Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 stycznia 2015

Tajemnica diabelskiego kręgu...

Przy pierwszym kontakcie Anna Kańtoch oczarowała mnie niesamowitym "13 aniołem", którego z miejsca pokochałam. Za nietuzinkowy, pełen sprzeczności świat, w który zostali rzuceni ciekawi i niejednoznaczni bohaterowie. Miałam, więc nadzieję, że reszta książek, które wyszły spod jej pióra będzie w równie intrygujący sposób czytelnika pochłaniać. Dlatego też bardzo długo polowałam na zbiory opowiadań o Domenicu Jordanie, ale nimi się trochę rozczarowałam. Kiedy, więc zobaczyłam w księgarni "Tajemnicę diabelskiego kręgu" pomyślałam sobie, że można dać autorce jeszcze jedną szansę. Po za tym z pleców okładki uśmiechała się do mnie notka wydawcy o aniołach i tajemniczych wydarzeniach. Zupełnie zignorowałam przód (bo przecież nie ocenia się książek po okładce) i wspomnienie o głównej bohaterce, a to wszystko przez mistrzowsko napisany prolog, który spowodował niesamowitą ciekawość dalszego ciągu.
Kiedy jednak wróciłam do domu i bardziej trzeźwym okiem spojrzałam na zawartość to przestraszyłam się, że będzie to horror dla trochę młodszej młodzieży. No i niestety nie pomyliłam się, co w cale nie znaczy, że książka była zła. Po prostu nie mój przedział wiekowy.
Gdy z nieba w powojennej Polsce, w której twarde rządy sprawują komuniści nagle spadają anioły ludzie zaczynają mieć nadzieję na odmianę swojego losu. Zaślepieni nią zdają się nie zauważać, że to oni muszą pomagać tym istotom ukrywając je przed SB. Nina, czyli główna bohaterka widziała jak spadały anioły i początkowo jak wszyscy w jej otoczeniu była nimi urzeczona. Jednak stopniowo zaczęła podchodzić do sprawy bardziej trzeźwo. Kiedy jednak zostaje wezwana do ukrywającego się na jej osiedlu aniołów nawet nie domyśla się jak bardzo wywróci się jej świat do góry nogami.
Anioł wysyła ją na wakacje do starego klasztoru w Markotach i chociaż dziewczyna nie rozumie motywów istoty to z chęcią jedzie. W końcu, co może być strasznego w wakacjach nad jeziorem i zabawie z innymi dziećmi. Jednak kłopoty zaczynają się już na początku podróży, ale to tak naprawdę przedsmak tego, co ją czeka. Gdy dociera do klasztoru wszystko zaczyna wydawać jej się dziwne, a perspektywa udanych wakacji zaczyna się rozwiewać. Nic nie wydaje się normalne począwszy od zachowania przebywającego tam anioła, dwójki dziwnych pomocników, przez nie radzącą sobie z opieką nad dziećmi panią Cecylią, po tajemniczy krąg wyjałowionej ziemi, który z każdym wieczorem zdaje się powiększać. Miejsce to przyciąga, a jednocześnie odstręcza martwotą, powykręcanymi drzewami, czuć że skrywa się tam jakaś mroczna, niebezpieczna tajemnica. A w tym wszystkim jest trzynaścioro zupełnie różnych dzieci, wśród których ma być wybraniec mogący uratować świat przed złem.
Na pierwszy rzut oka nic ciekawego. Ot, kolejne dziecko mające uratować świat przed złem i nawet nie trudno się domyślić kto to może być. Wszystko już na samym początku staje się jasne i jedyną zagadką, której trudno się domyślić są ci aniołowie, ale jej rozwiązanie było chyba najbardziej rozczarowującym elementem książki. Jednak jest coś w sposobie pisania Anny Kańtoch, że doczytałam te książkę do końca.
Autorka tworzy niesamowicie barwne postacie. O żadnym z bohaterów, którego poznajemy nie można powiedzieć, że jest nijaki. Niestety często trąci stereotypowymi bohaterami z książek dla młodzieży, co bywa strasznie irytujące. Dodatkowo na początku jeszcze trudno pozbyć się wrażenia, że przynajmniej na początku historia wygląda dziwie znajomo. Klasztor przypominający tajemniczy zamek, jezioro z czymś niepokojącym w swoich głębinach i trójka przyjaciół, którzy mierzą się z tajemnicą tego miejsca. Jakieś skojarzenia?
Na szczęście im dalej tym podobieństw mniej, ale trudno się potem pozbyć odruchu wyłapywania podobieństw. A u mnie jest to tym większe, że Harry Potter nigdy nie był moją ulubioną książką i dalej nie rozumiem dlaczego historia czarodzieja ofermy, za którego wszystko wszyscy robią, a on zbiera laury została wciągnięta w kanon lektur szkolnych w podstawówce. Mnie nie pytajcie.
Najmocniejszą stroną "Tajemnicy diabelskiego kręgu" jest klimat i realia w jakich osadzono wydarzenia. Powojenna zniszczona Polska, w której ludzie żyją w atmosferze ciągłego strachu czającego się gdzieś z tyłu głowy. Na wszystko brakuje, nie usunięto jeszcze wszystkich śladów wojny. No i ten wciskający się od samego początku mrok w środku lata. Anna Kańtoch operuje słowem w taki sposób, że chociaż główna bohaterka doprowadza do nerwicy, to czyta się dalej, bo atmosfera jest niemal namacalna. Raz przyłapałam się na tym, że po zgaszeniu światła (miałam powtórkę z rozrywki z lampą) pędziłam do łóżka oglądając się przez ramię.
Niestety nie mogłam pozbyć się wrażenia, że książka jest napisana dla dzieci, a w zasadzie dla tej trochę młodszej młodzieży. Książka trafiłaby w moje gusta gdybym dostała ją w gimnazjum kiedy to zaczytywałam się z koleżanką "Serią niefortunnych zdarzeń", czy "Szkołą przy cmentarzu", ale nie teraz. Nie potrafiłam polubić głównej bohaterki ani znaleźć wspólnego języka. Gdybym była młodsza pewnie byłoby inaczej, ale teraz Nina mnie po prostu irytowała.
"Tajemnica diabelskiego kręgu" jest dobrą książką, ale to nie mój przedział wiekowy dlatego czułam się nią rozczarowana, a rozczarowanie to podsyciło jeszcze rozwiązanie tajemnicy kim są naprawdę aniołowie. Obca rasa z kosmosu? Błagam, ale trąci tandetą (przynajmniej dla mnie). Na swoją obronę książka ma niesamowite ilustracje, które idealnie podsycają klimat historii.
Nie jest to pozycja dla starszych czytelników, ale mogę ją natomiast z czystym serca polecić dwunasto-, trzynastolatkom-.
Ciekawa jestem też opinii kuzynki. Nie ma ona co prawda trzynastu lat i chodzi już do liceum, ale to w dalszym ciągu młodzież :)


Źródło ilustracji:
http://www.matras.pl/media/catalog/product/cache/1/image/9df78eab33525d08d6e5fb8d27136e95/t/a/tajemnica_diabelskiego_kregu_IMAGE1_299910_5.jpg

niedziela, 10 sierpnia 2014

Opowieści rodem z cmentarza...

W napadzie dzikiego szału po dłuższym okresie odstawienia księgarni wpadłam do Matrasa jak dziki osioł i zrobiłam szaleńcze zakupy. Za 80 zł kupując całe dwie książki. Wiem odebrało mi rozum kompletnie, ale co zrobić, przynajmniej uzupełniłam swoją biblioteczkę o kolejnego Gaimana z "Księgą cmentarną" i pierwszego w kolekcji Dicka z "Bladerunnerem. Czy androidy śnią o elektrycznych owcach", na które to polowałam gdzie się tylko dało. Mam więc swoje prywatne egzemplarze i mimo szaleńczego rachunku jest mi z tym bardzo dobrze.
Napad dzikiego szału jednak nie skończył się na zakupach, ale trwał i po nich. Bo wbrew zasadzie, że książki biblioteczne mają pierwszeństwo, gdy tylko zamknęłam "Upadek króla Artura" nie wytrzymałam i zabrałam się za "Księgę cmentarną". No i jak to zwykle z Gaimanem bywa, przepadłam w jego świecie bez reszty.
Pisarz opowiada historię Nikta Owensa, chłopaka, który będąc pełzającym brzdącem uniknął śmierci z rąk Jacka i znalazł schronienie na cmentarzu. Dziecko zostaje przygarnięte przez pewne zmarłe małżeństwo, a opieką otacza je tajemniczy Silas, który jako jedyny może opuszczać cmentarz, by zapewnić mu jedzenie. I tak nasz Nik dorasta na cmentarzu otoczony przez życzliwych mu zmarłych. Cmentarz okazuje się jednak nie tylko miejsce wiecznego i spokojnego spoczynku, chociaż powiedzenie, że tętni życiem może być dziwne. Dzieje się bardzo dużo i Nikt pakuje się w różne tarapaty, chcąc na przykład postawić pomnik wiedźmie, czy dowiedzieć się kto leży w najstarszym z grobów na cmentarzu. Do tego wszystkiego dalej poluje na niego tajemniczy Jack, którego sprawa wyjaśnia się na końcu książki, w ostatnim opowiadaniu.
"Księgę cmentarną" czyta się bardzo szybko, bardzo dobrze i  nie można przy niej być śmiertelnie poważnym. Już sam pomysł na to by osadzić powieść na cmentarzu wydawał się dziwny, a gdy do tego doszedł chłopiec wychowywany przez parę duchów uznała go niemal za absurdalny i strasznie mi się to podobało. Historie trzymają w napięciu, przyprawiając czasem o gęsią skórkę, ale jak przystało na bajki (bo tak czasem odbierałam te opowieści) mają swój morał. Opisują różne etapy życia Nika, jego próby zrozumienia świata i zderzenia ze światem żywych, ale przy okazji pokazują, że można kochać ponad często niewyobrażalnymi różnicami dzielącymi poszczególnych członków rodziny oraz, że z każdego zdarzenia można wyciągnąć jakąś lekcje. Pokazuje też, że dorastanie i świat  w cale nie są takie straszne, a przynajmniej nie bardziej straszne niż cmentarna rodzina.
Jak przystało na książki Gaimna "Księga cmentarna" jest po brzegi wypchana czarnym humorem, ale nie takim wymuszonym jak w "Rodzinie Adamsów". Równie dobrze można by te opowieści czytać tym troszkę starszym dzieciom. Bo nawet dzieci lubią się czasem bać, a każda z przygód Nika mimo wszystko kończy się dobrze, a przy okazji pozwala naszemu małemu bohaterowi wyciągnąć odpowiednią lekcję. Jest tu troszkę tak jak w "Koralinie" i to sprawiło, że znów poczułam się jak dziecko, które bierze latarkę i chowa się z książką pod kołdrą.
Polecam wszystkim. Dużym i małym, fanom Gaimana i tym, którzy go nie znają. Naprawdę warto przeczytać i pewnie kiedyś wrócić.
Z "Księgą cmentarną" wiąże się też jeszcze jedno zdarzenie, które kompletnie mnie zaskoczyło. Siedziałam sobie kiedyś w autobusie i kiedy w końcu rozbudziłam się na tyle by czytać, wyciągnęłam te książkę. Siedząca obok mnie starsza pani zerknęła na tytuł (a moje wydanie jest w czarnej oprawie z wytłoczonym srebrnym tytułem) i zaczęła coś mruczeć o satanistach nie mających wstydu. Tak więc zostałam chyba w najgorszym wypadku uznana za antychrysta, bo jak tylko zwolniło się miejsce na innym fotelu pani zabrała swoje siaty i się przeniosła zerkając na mnie dziwnie. Długo jeżdżę autobusami, ale takie coś spotkało mnie po raz pierwszy.

środa, 23 lipca 2014

Oko Jelenia

Od finału Pucharu Świata trochę mnie tu nie było, ale tym razem nie będę się usprawiedliwiać brakiem czasu. W sumie nie mam nawet takiej potrzeby, bo przepadłam gdzieś w XVI wieku razem z bohaterami cyklu popełnionego przez Andrzeja Pilipiuka o wdzięcznym tytule "Oko jelenia".
Na samym wstępie muszę jednak wspomnieć, że nie przeczytałam wszystkich sześciu tomów. Tym razem nie z winy mojego gapiostwa, a brzydkiego zachowania kogoś kto nie zwrócił dwóch pierwszych tomów bibliotece. Łoś albo zapomniał albo przygarnął na stałe, powodując, że przez chwilę czytając "Drewnianą twierdzę" czułam się tak jak gdyby matrix mi się zawiesił. Na szczęście wrażenie to spektakularnie umknęło, gdyż wiele rzeczy udało mi się wywnioskować i obyło się bez szperania po sieci za streszczeniami. Tyle tytułem wstępu, czas przejść do części właściwej.
Cykl "Oko jelenia" składa się z sześciu tomów: "Droga do Nidaros", "Srebrna Łania z Visby", "Drewniana twierdza", "Pan Wilków", "Triumf lisa Reinicke" i "Sfera Armilarna", jego autorem jest Andrzej Pilipiuk, którego większość kojarzy przede wszystkim z Jakubem Wędrowyczem. W cyklu tym śledzimy losy trójki osób, które w różnych okolicznościach zostały przeniesione w przeszłość do XVI wieku przez obcego - Skrata, który jest kimś w rodzaju kolekcjonera, a w niektórych miejscach posądzany jest nawet o kłusownictwo na innych cywilizacjach. Pierwsi dwaj bohaterowie to Marek, nauczyciel informatyki, który uratował przed zakatowaniem drugiego z bohaterów, czyli Staszka. Obaj spotykają kosmicznego kolekcjonera w momencie, gdy wydaje się, że zginą podczas deszczu meteorytów niszczącego Ziemię. Zgadzają się oni zostać jego niewolnikami i istota ta przenosi ich do XVI wiecznej Norwegii, gdzie mają za zadanie odnaleźć za wszelką cenę artefakt nazywany Okiem Jelenia. Trzecią uczestniczką tej całej awantury jest Hela. Młodziutka szlachcianka, która była kurierką podczas powstania styczniowego. Ich poczynaniami kieruje natomiast Ina - kosmitka na usługach Skrata, która na ziemi przyjmuje formę łasicy. To ona wyznacza im zadania, ale także nadzoruje i w razie potrzeby odtwarza z tzw. "scalaka" - rodzaju pamięci, na którym wgrane są osobowości bohaterów.
Ta nietypowa grupa w pogoni za Okiem pakuje się w rożne tarapaty i wchodzi za skórę różnym ludziom w tym Hanzie, która by bronić swoich sekretów jest w stanie nawet wywoływać wojny. Jednak Marek, Staszek i Hela spotykają na swojej drodze też ludzi im życzliwych, a niedawni wrogowie zaczynają odczuwać wobec nich coś w rodzaju szorstkiej przyjaźni np. Borys i Sadko najpierw torturują Marka, a gdy ten w jakiś sposób ratuje życie Petera Hansavritsona zaczynają go szanować.
Oprócz naszych podróżników w czasie w ciągu całego cyklu spotykamy szereg ciekawych i nietuzinkowych postaci, wobec których nie da się przejść obojętnie. Na przykład wspomniani Borys i Sadko - Rosjanie,  którzy uciekli z Nowogrodu i stanowią coś w rodzaju zbrojnego ramienia Hanzy, Kozak Maksym, o którym autor pisze, że wygląda jakby urwał się z planu "Ogniem i Mieczem", ale jest niezwykle sympatycznym domorosłym filozofem, który całkiem nieźle potrafi robić szablą, czy Grzegorz Gerhard Grot - justycjariusz z Gdańska, który co prawda pakuje Marka do lochów i torturuje go, ale ma też niezwykle przenikliwy umysł i potrafi poprosić o pomoc.
Kolejnym bardzo dużym atutem książki jest tło historyczne i sceneria. Autor podszedł do sprawy bardzo rzetelnie, dzięki czemu nie otrzymujemy wyidealizowanego obrazu XVI wiecznej Norwegii, Gdańska i innych miejsc, w których pojawiają się bohaterowie. Nie są to miejsca, w których wszystkie domy są murowane, a okna szklana, ale przypominają prawdziwe miasta z tamtego czasu. Z rynsztokami, pchłami, wszami, pluskwami w siennikach, ludźmi walczącymi na co dzień z problemami o jakich nam się nawet nie śni oraz lochami, w których więźniowie raczej nie mają, co liczyć na ulgowe traktowanie. Nie jest to świat, w którym na każdym kroku nasi podróżnicy spotykają możnych tamtego okresu. Zdarza się, że mijają ich na schodach, ale jak przystało na ludzi którzy zostali przeniesieni do tamtej epoki tylko w tym, co mieli na grzbiecie obracają się raczej w niższych warstwach społecznych.
Nie jestem historykiem, tylko biologiem, ale trochę się interesowałam kiedyś tym okresem i pod tym względem też zostałam całkiem mocno dopieszczona. Pilipiuk nie idealizuje historii, nie zmienia jej tak żeby mu pasowała, ale zręcznie wplata w nią losy swoich bohaterów, co świadczy o tym, że autor naprawdę mocno wgłębił się w temat.
Mam jednak jedno małe zastrzeżenie. W cyklu pojawia się kilka wątków, które autor zostawił same sobie. Nie są dokończone i w dalszym ciągu trawi mnie ciekawość jak to się mogło skończyć np. wątek z Chińczykami. Na szczęście nie ma zbyt wiele takich luk i po za tym, że ja mam jakieś napady chorobliwej ciekawości to nie wpływało to na odbiór książki.
Warto jeszcze wspomnieć o Posłowiu, w którym autor wyjaśnia wiele rzeczy. Skąd wziął się pomysł na cykl "Oko Jelenia", jak powstawał, a nawet odpiera kilka zarzutów, które mogłyby się pojawić po przeczytaniu książek i opowiada jak się wybronił przed posądzeniem o skopiowanie "Pana Lodowego Ogrodu". W sumie bardzo dobrze się stało, że zmienił kilka rzeczy, bo wyszło to książkom na dobre.
Cykl bardzo mi przypadł do gustu i naprawdę żałuję, że nie udało mi się dorwać pierwszych dwóch tomów, ale przyznam się szczerze, że zaczynam się poważnie zastanawiać nad jego zakupem i wróceniem razem z bohaterami do XVI Europy.
Ja ze swojej strony gorąco polecam i przyznaję, że Andrzej Pilipiuk w takim wydaniu podoba mi się chyba najbardziej.

Cykl bierze udział w Wyzwaniu Bibliotecznym u MK

Źródło ilustracji:
http://p.alejka.pl/i2/p_new/55/45/oko-jelenia-pakiet-6-ksiazek-andrzej-pilipiuk_0_b.jpg

piątek, 13 czerwca 2014

Diabeł na wieży i jego zepsute zabawki

Po bardzo długich poszukiwaniach i polowaniach w końcu udało mi się dostać obydwa tomy opowiadań o Domenicu Jordanie Anny Kańtoch. Byłam ich bardzo ciekawa, bo zbierały świetne recenzje, a ja sama  byłam i dalej jestem pod wrażeniem "13 anioła" tej autorki. Dlatego obie książki nie musiały czekać zbyt długo na swoją kolej tym bardziej, że miałam jechać do Lublina. Pięć godzin jazdy busikiem do i pięć godzin z oraz cztery wolne wieczory podczas, których nikt mi nie przeszkadzał aż prosiło się o to by zabrać więcej niż jedną książkę. Oprócz męczonego od kilku dni "Takeshiego" zabrałam ze sobą "Diabła na wieży". 
"Diabeł na wieży" to pierwszy tom opowiadań, w którym Anna Kańtoch przedstawia nam Domenica Jordana. Postać, o której możemy spokojnie powiedzieć, że nie wiemy o niej nic, a jednocześnie wszystko. Tak jak otaczający naszego głównego bohatera ludzie zakładamy, że jest szlachcicem albo przynajmniej chce żeby tak uważać. Jest lekarzem, który woli unikać leczenia żywych, ale za to fascynuje go magia, niewyjaśnione zjawiska i tajemnice - zagadki do rozwiązania. Z jednej strony chce być biernym obserwatorem, a z drugiej strony ma silne pragnienie zwrócenia na siebie uwagi, o czym może świadczyć ubieranie się tylko i wyłącznie w czerń, ale nie byle jaką tylko najmodniejszą. Nie wiadomo nic o jego przeszłości, za to w każdym opowiadaniu poznajemy jego teraźniejsze życie i światopogląd. Do tego wszystko osadzone w realiach odpowiadających siedemnastowiecznej Europie, gdzieś tak w okolicach Hiszpanii, Włoch, czy Francji, co sugerują stylizowane imiona, nazwiska, czy nazwy miejscowości.
Na pierwszą część składa się dziewięć opowiadań (Diabeł na wieży - tytułowe, Czarna Saissa, Damarinus, Serena i Cień, Długie noce, Pełnia lata), w których Domenic musi wysilić swój umysł, ale i wyobraźnię ponieważ nie wszystkie wydarzenia da się ogarnąć logiką. Mierzy się z demonami, magią, a przede wszystkim ludzkimi słabościami, które powodują, że pojawiają się problemy ponad ich siłę. Tak, więc próbuje uwolnić kobietę od prześladowania demona, którego wezwała albo dąży do poznania prawdy wypadku na wieży i wyjaśnieniu dziwnego zachowania matki zmarłego tragicznie chłopca, czy tajemnicy jaka kryje się za dziwnymi zgonami w pewnej górskiej wsi zimową porą.
Opowiadania są równie ciekawe jak nasz tajemniczy główny bohater. W jednych jest wartka akcja, a w innych bardziej detektywistyczny klimat, a wszystkie łączy aura tajemnicy. Opowiadania są napisane w sposób ciekawy i bardzo plastyczny. Autorka umiejętnie buduje klimat grozy i wciskającej się wszędzie tajemnicy, której czasem uchyla rąbka pozwalając czytelnikowi stworzyć sobie ze zlepków informacji obraz Domenica Jordana, a także tego co może być przyczyną wydarzeń w danej historii. Trochę to przypominało mi klimatem opowieści E.A. Poe. Czytało się naprawdę bardzo dobrze, a smaczku dodawały bardzo ładne ilustracje. "Diabeł na wieży" to bardzo fajny zbiór opowiadań, który warto przeczytać i pozostać przez jakiś czas pod jego lekko mrocznym urokiem. Anna Kańtoch zawiesiła sobie nimi bardzo wysoko poprzeczkę, a przede wszystkim nie rozczarowała mnie. Na coś takiego właśnie liczyłam w wykonaniu autorki  "13 anioła". Moje oczekiwania wobec "Zabawek diabła" były więc jeszcze większe niż w przypadku "Diabła na wieży", bo jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia.
Podobnie jak w przypadku pierwszej części druga składa się z sześciu opowiadań (Mandracourt, Strażnik Nocy, Cień w słońcu, Ciernie, Karnawał we krwi, Zabawki diabła), w których znów obserwujemy jak Domenic Jordan zmaga się z... No właśnie z czym? Jest jakby inaczej, mroczniej, ale co z tego, gdy do tego wszystkiego pojawia się duża dawka ckliwego sentymentalizmu, a z tajemniczego Domenica Jordana robi się irytujący ekscentryk grubo podszyty ciekawski egoistą. Jak rozumieć ten świat w którym wszystko stoi na głowie? Mamy Kościół z księżmi, biskupami i świętymi, którzy nie są świętymi, a jedynie specjalnymi duszami, które po śmierci mogą czynić cuda lub uprzykrzać ludziom życie do momentu wstąpienia w nowe ciało. Jak rozumieć to, że nakazuje się ludziom wiarę w Boga, w którego wątpią nawet biskupi? Autorka chciała wprowadzić coś nowego oprócz czarownic, wilkołaków, demonów i magii, ale chyba sama do końca tego nie przemyślała i spowodowała tym dość duży dysonans. Przez to wszystko gubi się cały klimat. Nie ma grozy i napięcia, a zwyczajnie wieje nudą. Domenic staje się przewidywalny do bólu, a odarty z tajemnicy i niedopowiedzeń jest kolejną irytującą postacią, która twierdzi, że pozjadała wszystkie rozumy i traktuje innych z góry. Ot, bohater jakich wiele. Robi się ckliwie i sentymentalnie, a przede wszystkim nudno. Opowiadania są przegadane do tego stopnia, że problem sprawia pomijanie opisów żeby przeczytać same dialogi, których jest jak na lekarstwo i nie są zbyt błyskotliwe. Krótko mówiąc tytułowy diabeł bawi się zepsutymi zabawkami. Dodatkowo przy założeniu w kreowaniu świata jaki przyjęła Anna Kańtoch tytuł jest zupełnie nietrafiony, chociaż chwytliwy.W porównaniu z pierwszymi opowiadaniami te są nudne i nieciekawe. Akcja cieknie jak krew z nosa i odechciewa się wszystkiego, a szkoda, bo gdyby autorka dalej trzymała klimat z "Diabła na wieży" byłby to jeden z genialniejszych zbiorów opowiadań w mojej kolekcji, a tak mam wrażenie, że próba połączenia ich w coś w rodzaju spójniejszej historii stała się gwoździem do trumny tej książki. Nawet ilustracje wydają się gorsze.
Podsumowując. Polecam "Diabła na wieży", a "Zabawki diabła" odradzam żeby sobie nie zepsuć dobrych wrażeń.

P.S.
Sędzia kretyn zepsuł mi mecz otwarcia Mundialu niesłusznym karnym i sędziowaniem ewidentnie na rzecz gospodarzy. Szkoda, bo gdyby nie to starcie Brazylia : Chorwacja byłoby wspaniałym meczem.

Źródła ilustracji:
http://esensja.stopklatka.pl/obrazki/okladkiks/82561_diabel-na-wiezy_w2_300.jpg
http://fabrykaslow.com.pl/imgs_upload/Image/ksiazki/ASY/reedycje/zabawkiDiabla_reed.jpg

czwartek, 5 czerwca 2014

Takeshi. Cień Śmierci

Kolejna książka wobec, której mam mieszane uczucia i tak naprawdę nie wiem, czy mi się podobała ani też nie bardzo wiem, co o niej myśleć. W sumie nad nowościami moich ulubionych pisarzy ciąży chyba jakieś fatum, które dotknęło też Maję Lidię Kossakowską. "Takeshi. Cień Śmierci" to najnowsza książka tej pisarki, którą większość kojarzy z bardzo plastycznymi opowiadaniami i cyklem anielskim (o jednej tutaj) jednak ta pozycja jest czymś zdecydowanie innym.
Historia zaczyna się dość brutalnie, bo grupka nudzących się, niezbyt rozgarniętych bandziorów postanawia napaść na jakiegokolwiek samotnego przechodnia, który pójdzie w stronę wsi. Kiedy drogą idzie wędrowny artysta nie spodziewają się oporu i starają się brutalnie go brutalnie ukatrupić. Nie przewidują jednak tego, że to ich flaki będą fruwać w powietrzy, gdyż "szpak" jest genialnym szermierzem. 
Trupy zostają, a wędrowiec idzie dalej chcąc uniknąć kolejnych tarapatów. Niestety w gospodzie z dziwkami i hazardem, gdzie liczył na łatwy zarobek pakuje się w następne kłopoty i mamy kolejną rzeźnie. Takeshi ucieka mając nadzieję, że nikt go nie widział postanawia zajrzeć do wsi Zimna Woda, gdzie ma nadzieję na uczciwy zarobek oraz odrobinę spokoju. Niestety jest tam zbyt długo, a gwoździem do jego trumny jest córka wójta, który zamówił dla dziewczyny u wędrownego artysty portret. Mała Haru niestety widziała Takeshiego i zadłużyła się w wojowniku okraszając to wszystko swoją bujną wyobraźnią o wielkiej miłości jaka ich połączyła. Samo to w sobie nie byłoby tragedią, gdyby nie to, że mała wpada w ręce szalonej siostry lokalnego mafiosa nic by się nie stało. Jednak Haru wypaplała Mariko, że holopacykarz, który jest we wsi ukatrupił ludzi jej brata w gospodzie i Czarna Gejsza idzie wyzwać go na pojedynek. Takim oto sposobem dochodzimy do kolejnej rzeźni, choć poprzedzonej tradycyjnym pojedynkiem. I tak w kółko...
Takeshi z kolejnych kłopotów, po chwilowym przestoju wpada w kolejne większe. A za nim ciągnie się mała Haru, która ma swój malutki świat, chociaż wcale nie jest głupiutką laleczką, tylko mocno rozpuszczoną przez ojca córeczką ze swoim własnym romantycznym wyobrażeniem świata.
Niestety nie potrafię sprecyzować do jakiego gatunku te książkę zaliczyć. Nie wiem, czy to steam punk, cyber punk, sci-fi albo fantasy. Świat przedstawiony jest bardzo dziwaczny. Przypomina feudalną Japonię, ale wszędzie pełno biostworów (krzyżówki maszyn i zwierząt), pędzą bolidy (nie umiem ich sobie wyobrazić, a na 100% autorka nie chciała bym wyobrażała sobie kobietę odzianą w kimono za sterami bolidu F1), a co najważniejsze to chyba jakaś planeta, którą kiedyś skolonizowali ludzie. Po za tym dziwacznie też czytało mi się o ludziach przeróżnych kolorów skóry, oczu i włosów wciśniętych w ramki podrasowanego okresu Edo oraz o magicznych zwierzętach z japońskich legend, demonach oraz innych takich.
Żeby było jeszcze śmieszniej wszystko jest utrzymane w klimacie Kill Billa. Zdecydowanie mocno pachnie filmami Quentina Tarantino, którego swoją drogą nie lubię. Jest brutalnie, absurdalnie i krew leje się gęsto, a do tego większość bohaterów ma bardzo poważne problemy z psychiką oraz zadatki na psychopatów lub są ewidentnymi socjopatami. Jedynym normalnym w całym tym szaleństwie wydaje się być mnich o tęczowych oczach, którego dusza może przeskakiwać z ciała na ciało jeżeli się ono zużyje. Sam Takeshi również wydaje się być postacią z krwi i kości (pomijając dziwne właściwości) z prawdziwymi problemami natury moralnej. Człowiek ten ukrywa się po tym jak został renegatem i uciekł z zakonu, który go brutalnie wykorzystał, potem zdradził, a w końcu urządził na niego polowanie. Walczy on nie tylko z tym żeby się nie wydała jego prawdziwa tożsamość, ale i walczy z tym kim jest naprawdę. Nie chce wrócić do poprzedniego życia, ale ono uparcie chce go odzyskać. Pozostałe postacie jak wcześniej wspomniałam są zupełnie skrajne i ze świecą szukać kogoś kto nie biega po tym dziwacznym świecie z mieczem w ręce oraz mordem w oczach.
Język jakim jest napisana książka nie przypomina tego do czego przyzwyczaiła mnie Kossakowska we wcześniejszych swoich pracach. Jest brutalnie i filmowo, zupełnie jakby ktoś przeniósł na papier scenariusz filmowy nie zapominając o rozbudowanych opisach zwłaszcza krwawych jatek. Gdyby to był film na dekoracje pewnie poszło by bardzo dużo ketchupu. Dialogi w większości nie powalają na kolana, ale mimo wszystko jest to w jakiś sposób ciekawe. Nie nudziłam się czytając te książkę, ale czasami bywała męcząca, bo przypominała filmy klasy B.
Kolejną słabą stroną tej książki w moim odczuciu był pojedynek. Było dość nudno i piekielnie przewidywalnie. O ile taki sposób opisywania sprawdzał się przy masowych rzeźniach, ale przy walce jeden na jeden było zwyczajnie nudno.
Pożalić muszę się też na zakończenie książki. Skończyła się równie brutalnie i gwałtownie jak bijatyki w niej opisywane. Zdenerwowało mnie to trochę i nie pozostaje mi czekać na kolejną część. Na pewno nie jest to książka, która zostanie ze mną na dłużej i nie będę zbierać kolejnych tomów jak to było w przypadku "Kłamcy", czy serii z Rebeką Martinsson. Pewnie dam ją kuzynce, bo ona lubi takie japońskie klimaty, w których historia przypomina krwawe anime w stylu Hellsinga, którego w przeciwieństwie do "Kill Billa" uwielbiam. Dalej też nie wiem, co o niej myśleć. Z jednej strony była dobra i zgrabnie napisana, a z drugiej kompletnie nie moja bajka i chyba dalej wolę te plastyczne nieco oniryczne książki Mai Lidii Kossakowskiej z jej zestawem skrzydlatych bohaterów.
Wydaje mi się, że "Takeshi" idealnie nadaje się do tego żeby wzbogacić moją listę dziwnych książek.



Źródło ilustracji:
http://fabrykaslow.com.pl/uploads/media/okladka/0001/04/thumb_3047_okladka_duzy.jpeg

niedziela, 20 kwietnia 2014

Pod ulicami Londynu

Mój internetowy spiśnik przeczytanych książek trochę zarósł kurzem, ale to nie znaczy, że nic nie czytałam. Między jednym artykułem, przygotowaniem ćwiczeń i załatwianiem szkolenia w Lublinie było jeszcze 90 minut jazdy autobusem dziennie, więc książki odłogiem nie leżały, choć nie było ich dużo. Całe trzy "Nigdzie bądź", "Solaris" i "Rzeka zimna", a w miedzy czasie przygrywał Sabaton, o którym przypomniał mi wywiad wysłuchany w Antyradiu. Potem tradycyjnie były Misteria Kalwaryjskie bez, których sobie nie potrafię już Wielkanocy wyobrazić. Dlatego teraz łapiąc oddech między śniadaniem, a odwiedzinami u babci wypadałoby w końcu coś napisać i bloga odkurzyć. Dlatego zacznę może po kolei od Neila Gaimana, który trochę się już w mojej głowie uleżał (w przeciwieństwie do Lema, którego dalej trawię, ale w tym przypadku to akurat dobrze).
Za każdym razem biorę do ręki książki Gaimana to mam wrażenie, że za chwilę otworzę uwspółcześnioną wersję baśni braci Grimm. W jego książkach jest wszystko czego można wymagać od baśni, nawet tych uwspółcześnionych. Dlatego z ogromną przyjemnością dorwałam się wreszcie do swojego egzemplarza "Nigdziebadź", który już od dłuższego czasu leżał na biurku, uśmiechając się i kusząc na wszystkie możliwe sposoby.
Richard Mayhew wpakował się w kłopoty chcąc być dobrym samarytaninem. Pomógł rannej dziewczynie nie zważając na nic i nikogo. A kiedy okazało się, że nagle przestał istnieć w świadomości otaczających go ludzi postanowił odnaleźć przyczynę swoich kłopotów, czyli Drzwi, ale żeby ją znaleźć musi zejść do Londynu Pod, gdzie są ludzie i stwory, o których słyszy się w miejskich legendach. Richard jest zły na Drzwi, która doskonale wiedziała co się stanie z jej wybawicielem i nie ostrzegła go. Młody mężczyzna wyrwany ze swojego idealnie przeciętnego życia zaczyna poszukiwanie dziewczyny i utraconego życia, przez co pakuje się w awanturę, w której dominującymi szwarc charakterami są Pan Croup i Pan Vandermar, którzy na zlecenie zleceniodawcy wymordowali rodzinę Drzwi, a teraz nie przebierając w środkach szukają jej. A kiedyś stara kobieta przepowiedziała mu, że ma unikać drzwi...
Jest to opowieść w typowo gaimanowskim stylu, choć jej pierwowzorem był scenariusz miniserialu, do którego scenariusz z resztą napisał Gaiman. Opowieść jest mroczna i pełna wyjątkowo nieprzyjemnych rzeczy, które mogą powodować mdłości. Bohaterowie muszą się zmierzyć ze swoim losem i w tym celu jak w każdej powieści drogi wyruszają na wyprawę. Każdy ma w tej wyprawie swój cel: Richard - chce odzyskać utracone życie, Drzwi - dowiedzieć się kto i dlaczego zabił jej rodzinę, a może nawet ich pomścić, Łowczyni wynajęta do ochrony Drzwi - chce pokonać Bestię z Londynu Pod, Markiz de Carabas - spłaca dawny dług. Do tego wszystkiego dochodzą dziwnie znajomi Croup i Vandermar, którzy przypominają Pana Szpilę i Pana Tulipana (albo odwrotnie). A motorem napędowym tej nieoczekiwanej wyprawy jest anioł Islington, który obiecał Richardowi i Drzwi pomoc, pod warunkiem, że przyniosą mu pewien klucz.
Poznajemy życie w Londynie Pod i jego dziwacznych mieszkańców, którzy nie zawsze okazują się tym za kogo się podają i nie zawsze okazują się należeć do naszych czasów. Mimo tego, że przez większość czasu wszystko rozgrywa się w mrocznych kanałach i podziemiach to powieść jest niesamowicie barwna. Jest też pełno sytuacji, w których obgryzać można palce ze strachu lub śmiać się np. gdy Richard pierwszy raz trafia na targ w Harrodsie.
Z drugiej strony też obserwujemy jak zmienia się sam Richard. Z przeciętniaka przeobraża się w bohatera, który jest w stanie pokonać nie tylko atakujących z zewnątrz, ale przede wszystkim własne demony i w końcu odkryć swoje przeznaczenie.
Książka świetna i warta przeczytania nie tylko przez miłośników fantasy, ale wszystkich innych. Mimo, że jest to adaptacja serialowego scenariusza to jest to naprawdę kawał dobrej roboty i gdyby mi ktoś nie powiedział, że był taki film to myślałabym, że jest odwrotnie. Bohaterowie są bardzo prawdziwi, chociaż kompletnie nierealni (no może po za Richardem), a ich przygody i rozważania są bardzo intrygujące, a czasem przerażająco podobne do moich własnych odczuć.
Co tu dużo mówić. Gaiman jest mistrzem swojego gatunku i wszystko, co wyszło spod jego pióra, a co do tej pory miałam okazje przeczytać było genialne. Polecam z całego serca.
A z okazji Świąt Wielkanocnych wszystkim życzę:


P.S.
Co do okładki mojego wydania, to była troszkę irytująca, bo cały czas w pierwszym odruchu obracałam ją do góry nogami ;)



Źródła ilustracji:
https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEicdeKD-gKVN1Rm6S9kJRrME-eabwOVrLfHwnIPmXpfx4UHnTWQNYFLyZ-xY1o5DDZkIpfsQuTC638tkdBeBnwQPvwraDjvlp-7glW2TRIXcBrjdl3Vv5fgH1OGWbT_wtGZJSZ0vHKBr5w/s1600/nigdziebadz.jpg
http://mgok.bobolice.pl/wp-content/uploads/2012/04/weso%C5%82ych-%C5%9Bwiat.jpg

piątek, 21 marca 2014

Sezon burz, czyli fanfiction w wykonaniu Sapkowskiego

Dużo o "Sezonie burz" słyszałam, przeczytałam też całkiem sporo recenzji, jedne radziły raczej chłodne i zdystansowane, inne wychwalały nowe dzieło Sapkowskiego pod niebiosa. Opowieści o wiedźminie Geralcie z Rivii przeplatały się u mnie niemal przez cały okres szkolny, więc trochę nie wiedziałam co zrobić. Sagi, co prawda nie trawiłam, ale opowiadania jeszcze do końca liceum czytałam wielokrotnie i z dużą przyjemnością, więc trochę mnie ten dysonans zdziwił. Postanowiłam, więc nie lecieć na łeb na szyję do księgarni jak miałam w planach, ale grzecznie poczekać na swoją kolejkę w bibliotece. Niestety muszę stwierdzić, że była to chyba najlepsza decyzja jaką mogłam zrobić.
Zaczyna się zgrabnie, jak w opowiadaniach od polowania i ubicia potwora dręczącego ludzi. Kłopoty zaczynają się jednak w pewnym maleńkim państewku, gdzie Geralt w wyniku manipulacji pewnej czarodziejki zostaje zamknięty w lochach oskarżony o przekręty finansowe, a potem wypuszczony za kaucją wpłaconą przez tę samą czarodziejkę. Jeszcze większe kłopoty zaczynają się, gdy okazuje się, że ktoś ukradł jego miecze. Tym sposobem białowłosy wiedźmin zostaje wplątany w gierki rozgrywające na pałacu w Kerack, zamku czarodziei w Rissbergu i machinacje pewnego łotra, który chce rządzić. To tak w telegraficznym skrócie.
Niby wszystko fajnie. Są potwory zarówno ludzkie, tworzone przez ludzi oraz istoty ze świata legend. Są kłopoty i dylematy przed którymi staje Geralt. Są starzy bohaterowie, próbujący sobie jakoś radzić z tym co im autor funduje. Niestety jest jedno bardzo duże "ALE". "Sezon burz" przypomina bardziej średniej klasy fanfic niż książkę pisaną przez AS'a. Jeszcze gorzej to wygląda jak sobie człowiek uświadomi, że to AS napisał fanfic do własnej twórczości! Inaczej tego nie mogę nazwać i jest mi z tego powodu bardzo przykro, bo zaczęło się naprawdę bardzo ciekawie, a apetyt na przeczytanie książki z przyjemnością definitywnie odebrały panie z kordegardy w Kerack (kto czytał ten wie) i uwierzcie, że nie było nic bardziej obrzydliwego i żenującego. Nie przeszkadzały mi nawet flaki rozwleczone po wiosce.
Kuleje wszystko. Od klimatu, którego w zasadzie nie ma bo umknął gdzieś między jedną intrygą, a drugą pozostawiając jedynie swoje nikłe wspomnienie. Kto czytał wcześniejsze dzieje wiedźmina ten wie, że klimat był jednym z głównych atutów. Sapkowski potrafił zbudować porażający klimat nawet w króciutkim kilkustronicowym opowiadaniu, a tu mamy go jak na lekarstwo. Barwnych postaci też brak. Niby jest opętany czarodziej  i jego szalone eksperymenty, ale jest boleśnie przerysowany, sztuczny, a jego motywacje chyba są tylko wynikającym z powietrza kaprysem autora. Koral jest zlepkiem kilku bohaterek ze starego cyklu i bardziej irytuje niż przekonuje. Ja w każdym bądź razie na miejscu Geralta nie robiła do niej maślanych oczu, bo może po za kolorem włosów nie było w niej nic wartego uwagi. O wiele ciekawszą postacią była jej asystentka, ale na nią też w pewnym momencie brakło Sapkowskiemu pomysłu.
Jeszcze bardziej przykro mi się zrobiło, gdy z Geralta, który wyróżniał się na tle innych bohaterów nie zostało za wiele po za białymi włosami. W niektórych momentach charakteryzuje się kompletnym brakiem myślenia (czego wcześniej nie było). Chociaż doskonale zna charakter czarodziei, to niezwykle łatwo daje się wmanewrować w ich intrygę. Niesłychanie ułatwia to też kompletny brak myślenia i łatwe wpakowanie się w cos w rodzaju związku z Koral. To był cios poniżej pasa. jedynym bohaterem, który zachowuje się tak jak kiedyś jest chyba Jaskier.
Strasznie brakuje tu też dialogów. Zarówno pod względem jakości i ilości. Pojawiają się one rzadko i najczęściej są to monologi jakichś opętańców. Kiedy już się jakaś rozmowa wywiąże to brakuje humoru i ciętych ripost, a jak pojawiają się głębsze myśli to brzmią aż za bardzo patetycznie.
Do tego wszystkiego muszę jeszcze dorzucić prześladujące mnie przez całą książkę deja vu. Cały czas miałam wrażenie, że to wszystko już kiedyś było, ale w jakiejś innej dużo lepszej formie. Wrażenie to pogłębiał jeszcze taki bardzo śmieszny zabieg. Na początku rozdziału Sapkowski pisał jedno zdanie, po czym prowadził historię zupełnie w inną stronę, by po jakimś czasie znów zacząć od tego zdania. Za pierwszym razem odniosłam wrażenie, że musiała mi zakładka w torebce wypaść i, że już ten fragment czytałam wcześniej. Kiedy pojawiło się to kilka razy już aż takiego szoku nie było, ale dalej miałam wrażenie, że po sto razy czytam to samo, a strony w książce uciekają.
Książka jak na Sapkowskiego jest mocno przeciętna i chyba nie warta by ją kupować do kolekcji. Będę wredna, ale moim zdaniem książka odpowiada poziomem wszystkiego filmowi Marka Brodzkiego z 2001. To coś jak z "Kłamcą" Ćwieka - początek genialny, a koniec to już równia pochyła.  Gdzieś przeczytałam, że "Sezon burz" to w wykonaniu skok na kasę, ja bym jeszcze dodała rozpaczliwą próbę przypomnienia o sobie, bo wielu teraz wiedźmina kojarzy bardziej z grą niż książką.
Nie mogę jednak powiedzieć, że było całkiem źle. Czasami zdarzały się przebłyski dawnego wiedźmina, ale to zdecydowanie zbyt mało.
Ta książka to chyba moje największe rozczarowanie ostatnich lat. Oczekiwałam chyba zbyt wiele, a dostałam fanfiction Sapkowskiego na podstawie twórczości Sapkowskiego. Jedyne co dobre z tej afery wyszło to fakt, że znów mam ochotę na spotkanie ze starym dobrym Geraltem.

Książka bierze udział w Wyzwaniu Bibliotecznym u MK

niedziela, 12 stycznia 2014

Ocean na końcu drogi

Ostatni tydzień przypominał trochę przejażdżkę na kolejce górskiej, bo musiałam organizacyjnie ogarnąć dwie rzeczy na Noc Biologów, ale koniec końców udało się i z efektów jestem bardzo zadowolona. Na szczęście w całej tej kotłowaninie udało się wyrwać parę chwil dla siebie i żeby nie zwariować do reszty martwieniem się, czy będę mieć cały potrzebny sprzęt do sekcji i czy nie pogubią się klocki z "Roju" zabrałam się za "Ocean na końcu drogi".
Kto czytał "Koralinę" ten może troszkę wiedzieć czego się spodziewać po tym maleństwie, bo Gaiman po raz kolejny postanowił uczynić bohaterem swojej książki dziecko, a w zasadzie dorosłego mężczyznę, który wraca w rodzinne strony szukając pocieszenia. Szukając miejsc z dzieciństwa trafia na farmę rodziny Hempstock, a tam za pozwoleniem Starszej Pani Hempstock siada nad stawem, który jego koleżanka z dzieciństwa nazywała oceanem. Siedząc sobie tak na zielonej ławce zaczyna sobie przypominać pewne wydarzenia, które zdarzyły się gdy miał siedem lat. A wszystko to by się nie zaczęło, gdyby lokator wynajmujący pokój w domu naszego bohatera nie postanowił popełnić samobójstwa, które spowodowało, że do naszego świata zapragnęła dostać się pewna istota. Istota ta miała zostać przegnana przez Lettie Hempstock, ale coś poszło nie tak i zrobiła sobie z naszego bohatera drogę. Od tego momentu już nic nie jest takie samo. Silna istota, która wykorzystała go by dostać się do prawdziwego świata zaczęła ingerować w życie jego i jego rodziny, próbując ułożyć wszystko według siebie. Jednak oprócz tego zaczynają do chłopaka docierać też inne problemy, takie bardziej realne.
Jak to u Gaimana bywa nie ma rozgraniczenia między rzeczywistościami, w których znajdują się nasi bohaterowie. Światy zdają się płynnie przenikać, czego przykładem może być chociażby to złudzenie dwóch księżyców, które zarejestrował nasz dorosły bohater. Ciężko jest oddzielić to, co być może jest prawdą, a co być może jest wytworem dziecięcej wyobraźni, która próbuje obronić bohatera przed zbyt mocnym zderzeniem ze światem dorosłych.
W książce nie mamy zbyt wielu bohaterów, ale przedstawiają oni bardzo różne charaktery. Zdecydowanie dominuje narrator, którego poznajemy zarówno jako dorosłego mężczyznę po przejściach i siedmiolatka, który przeszedł przyspieszony kurs dorastania po tym jak w samochodzie jego rodziców pewien człowiek popełnił samobójstwo. Kolejnymi najważniejszymi bohaterami są kobiety. Wszystkie panie Hempstock, które nie wiadomo kim są, ani czy są do końca prawdziwe, ale mimo to nasz bohater czuje się przy nich bezpiecznie, czego nie może powiedzieć o własnej rodzinie. Bo w zasadzie od momentu, gdy w domu pojawiła się Ursula Monkton jego życie rodzinne staje na głowie. Tajemnicza kobieta opanowuje wszystkich. Siostra jest w nią ślepo zapatrzona, matka zdaje się nie widzieć, że kobieta uwiodła jej męża i znęca się nad synem. Jeśli odrzeć to wszystko z magii (a nie zawsze się da) mamy opowieść o tym jak dziecko zostaje postawione w naprawdę trudnej sytuacji i musi sobie radzić z tym wszystkim samo. 
Ktoś w recenzji jaką czytałam zanim wzięłam książkę do ręki napisał, że to mroczna baśń, w której zakończenie jest jednocześnie dobre i nie dobre. Nie trudno mi się z tym zgodzić. "Ocean na końcu drogi" to opowieść pełna ciepła i nostalgii, ale jednocześnie makabryczna i mroczna. Jest to bajka, ale może nie koniecznie dla dzieci, choć bohaterem jest siedmiolatek, ale dzieci pewnie też się nie obrażą, gdy zacznie się im ją czytać. Bo opowieść w klimacie ma w sobie coś z "Koraliny" i "Gwiezdnego pyłu", a te choć też nie do końca są dla dzieci to dzieciom się podobają.
Za to właśnie lubię powieści Gaimana. Za to ciepło, niezbyt oczywistą magię, której też nie sposób z książki wyrzucić, ale i mniejszy lub większy posmak horroru. "Ocean na końcu drogi" to maleństwo, które warto przeczytać, a czyta się szybko i z przyjemnością, czasem doprowadzając czytelnika o szybsze bicie serca.


Źródło ilustracji:
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/163238/ocean-na-koncu-drogi

środa, 8 stycznia 2014

Lotos musi kwitnąć... Lotos musi spłonąć!

Steampunk kojarzy mi się raczej z dziewiętnastowieczną Europą, rewolucją techniczną i tym, co w swoich książkach pokazywał Verne, ale nieco bardziej podkręcone. Nurt o bardzo ciekawej stylistyce, która nadaje strojom wiktoriańskim całkiem spory pazurek i jest to bardzo miłe dla oka. Na dodatek pojawia się tam oprócz dziwacznych wynalazków odrobina magii. Czyli na pierwszy rzut oka powinno to być coś, co tygryski lubią najbardziej. Mi jednak nie było raczej po drodze ze steampunkiem, aż do teraz.
Jak pisałam ostatnio w ramach książkowego rewanżu kuzynka pożyczyła mi "Tancerzy burzy", czym tak na dobrą sprawę od razu rzuciła mnie na głęboką wodę, bo nie dość, że to opowieść utrzymana w steampunkowym klimacie to na dodatek dzieje się w Japonii lub gdzieś w podobnym miejscu.
Świat wysp Shima jest skażony i stale zatruwany przez czerwony lotos, który paradoksalnie pozwala działać wszystkim maszynom jakie w tamtym świecie funkcjonują. Lotos jest materiałem na chi - paliwo, które Gildia tworząca technikę w świecie Shimy wykorzystuje do zasilania wszystkich swoich wynalazków, jest też narkotykiem, w którym ludzie szukają ucieczki od otaczającej ich rzeczywistości. A ta w cale nie jest taka piękna. Lotos wyjaławia ziemię, spaliny chi zatruwają powietrze do tego stopnia, że trzeba nosić ochronne gogle i maski (jeżeli kogoś oczywiście stać), śmiertelnie trujący pył spowija miasta gęstym smogiem, który powoduje, że ludzie masowo umierają na raka zwanego czarnopłucem. Nie ma świeżego powietrza, wody, czystego nieba, a ziemia zniszczona przez lotos tylko pod wpływem silnego nawozu jest coś w stanie urodzić, ale i też niezbyt długo.Do tego wszystkiego dochodzi system kastowy, którym niepodzielną władzę sprawuje szalony shogun, który głową państwa został w wieku trzynastu lat i już w tedy był okrutny do tego stopnia, że bez mrugnięcia okiem kazał zabijać kobiety, dzieci, a nawet całe rodziny dla kaprysu lub za coś co wydawało mu się zniewagą. Ludzie są jednak zaślepieni i ze strachu  nie mają siły na zadawanie niewygodnych pytań. 
Szale goryczy pewnej młodej dziewczyny przechyla rozkaz shoguna, w którym każe schwytać mityczną bestię, która dawno wyginęła. Yukiko i jej ojciec, który jest cesarskim łowczym nie wierzą, że tygrys gromu istnieje. Misja wydaje się nie mieć sensu i, że jej końcem będzie śmierć w cesarskich lochach, gdy nagle mityczne zwierzę się pojawia. Łowczym udaje się złapać arashitorę, ale gdy już są prawie u celu statek, którym lecą rozbija się.
Kapitan z ojcem dziewczyny ratują za wszelką cenę ludzi zostawiając złapane zwierzę na pastwę losy. Yukiko się to nie podoba i ratuje mityczne stworzenie, które zaraz potem rewanżuje się i ratuje jej życie. tak się rozpoczyna przyjaźń między młodą dziewczyną, która dostrzega więcej niż inni i mityczną bestią, którą chciał zniewolić szalony shogun. Dziewczyna razem ze swoim gryfim przyjacielem uruchamiają zmiany, które wstrząsną światem.
Pierwsze słowo jakie mi się nasunęło po przeczytaniu tej książki to: wow!. Jay Kristoff napisał coś co tematycznie i nieco fabularnie wpisuje się w klimat "Diuny". Mamy systematycznie niszczone i ciemiężone społeczeństwo, jest mityczna postać, która ma uratować świat albo przynajmniej uruchomić pewien ciąg wypadków i mocno ekologiczne przesłanie. Powiedziałabym, że nawet bardzo łopatoligicznie i brutalnie pokazuje jak człowiek może dać się omamić technice, która najpierw jest dla niego, a potem przejmuje nad nim kontrolę, czego ewidentnym przykładem są połacie martwiej ziemi po uprawie lotosu i członkowie Gildii, którzy całkowicie poddali się swoim wynalazkom.
Jest to powieść o miłości, zdradzie, poświęceniu, przyjaźni, rozumieniu honoru i zaślepieniu strachem bądź głupotą, które niszczy świat. Napisana niesamowicie emocjonalnie, przez co jeszcze bardziej oddziałuje na wyobraźnię. 
Świat oglądany jest oczami młodej wchodzącej w dorosłe życie dziewczyny, która musi na co dzień zmagać się z nałogiem ojca i tym, że jest w stanie przepalić wszystkie pieniądze. Brakuje jej matki, która bardzo szybko zniknęła z jej życia i tęskni za czasami kiedy była małym dzieckiem żyjącym w nieskażonym miejscu należącym do klanu Lisa. Yukiko musiała bardzo szybko dorosnąć, ale dalej pozostaje wrażliwa na krzywdę ludzi i zwierząt, co widać chociażby w momencie kiedy pyskuje szalonemu szogunowi, który chciał zabić szczeniaka należącego do siostry tylko dlatego, że ten ugryzł ją w palec. Chce widzieć świat czarnym albo białym i nie zawsze rozumie dlaczego ojciec nie sprzeciwi się swojemu zwierzchnikowi, przez co też miedzy nimi dochodzi do kłótni.
Mamy możliwość obserwowania jak dziewczyna dorasta do pewnych rzeczy i jak bardzo się zmienia pod wpływem tygrysa gromu, który także zmienia się pod wpływem Yukiko. Patrzymy jak rodzi się niesamowita więź, która dla ludzi staje się mitem już w czasie jej trwania.
Pozostałe postacie też są bardzo ciekawe np. szalony szogun, czy do tego stopnia ślepy, zapatrzony w swego zwierzchnika i źle rozumiany honor samuraj pan Hiro, który zdradza kochającą go dziewczynę i wydaje ją na śmierć.
Czy jest coś co mi przeszkadzało? Jest parę takich rzeczy, ale raczej niewiele. Irytowały mnie łańcuchowe katany i brak przypisów tylko słowniczek. Zrobiłam się troszkę leniwa, ale tez nie chciałam przerywać czytania z dosłownie wypiekami na twarzy żeby sprawdzić np. co to jest hadanashi, czy gaijin.
Co z tym całym steampunkowo-japońskim klimatem? Trochę rzeczy mnie irytowało, ale po za tymi paroma zgrzytami czułam się tak jakby to, co opisywał Kristoff była najzupełniej w świecie normalne. Zgrabnie wpasował ten mechaniczny świat rodem z XIX wiecznej Europy w japońskie ramki. Wyszło bardzo naturalnie, bez sztuczności i zadęcia. Zgrabnie opisywane przedmioty, ludzie, ich mentalność i dziejąca się katastrofa ekologiczna. Jednym słowem: wow!
Jestem pod ogromnym wrażeniem i chcę jeszcze! Z niecierpliwością będę czekać na kolejne tomy cyklu o wojnie lotosowej i dziejach Tancerki Burzy. Z czystym sercem mogę polecić te książkę każdemu, nawet tym którzy z sci-fi w jakimkolwiek wydaniu nie są za pan brat. Bo w tej książce sci-fi przeplata się z fantasy z tak dużym ładunkiem emocjonalnym i akcją rozpędzająca się jak śnieżna lawina, że na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. 
Dawno nie miałam takiego czegoś w ręce i ja chce jeszcze więcej!


Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytamy polecone książki

Źródło ilustracji:
www.empik.com

środa, 18 grudnia 2013

Władcy niebios, kilka sekund od śmierci

No i nie bardzo wiem, co mam z tym fantem zrobić. Najgorsze jest to, że z bibliotecznego stosiku aż trzy wprawiły mnie w taki stan. Pierwszy był "Krzyż Romanowów" Masello, a teraz doszły do tego (i to w dodatku jedna po drugiej!) książki Franka Herberta i Harlana Cobena. Moje oczekiwania zupełnie rozminęły się z tym, co dostałam. Do tego stopnia, że nawet nie bardzo wiem, czy jestem rozczarowana, czy... No właśnie nie wiem jak ten stan określić.

Frank Herbert nierozerwalnie kojarzy mi się z genialną i legendarną wręcz "Diuną". Biorąc do ręki "Władców niebios" liczyłam na coś podobnego. Świetnie napisaną, mądrą i wciągającą książkę.
Niestety nie wiem, czemu nie potrafiłam tego strawić. Sam pomysł był bardzo ciekawy. Pewna nieśmiertelna rasa uciekała przed nudą manipulując mniej rozwiniętymi rasami z różnych planet i kręciła historyjki. Najbardziej popularne okazywały się te o ludziach, prowadzonych przez nich wojnach i zamieszaniach jakie to wprowadzało w życie całych społeczności. Jednak ich twórca został posądzony o naruszenie prawa, ale liczne kontrole nic nie wykazały, co jeszcze bardziej wzmogło podejrzenia zwierzchnika Chemów. W tym celu wysłał kolejnego kontrolera, który też wpada w sieć manipulacji, podobnie jak ludzie, którzy stają się ofiarami nudy tego nieśmiertelnego ludu.
Nie wiem, co mogło pójść nie tak, ale ta książka doprowadzała mnie wręcz do szału. Język jakim była napisana przypominał mi moje wypracowania z podstawówki, ale to w dużej mierze zasługa tłumacza. Temat poważny, przy którym nie potrafiłam być ani trochę poważna. Bohaterowie wydawali mi się sztuczni do bólu. Ani chemowie, ani pojawiający się we "Władcach niebios" ludzie nie mieli w sobie życia. Trochę tak jakby ktoś wyciął z papieru marionetki i poruszał przyczepionymi do nich sznurkami.
"Kilka sekund od śmierci" też mnie rozczarowało, ale może dlatego, że jest to raczej książka dla młodzieży i jej głównym bohaterem nie jest Myron Bolitar, a jego bratanek, który nie wzbudził u mnie zbyt dużej sympatii. Z resztą jego przyjaciele też niezbyt do mnie przemówili. Wytatuowana i wykolczykowana czternastolatka Ema, która nie mówi nic o sobie i ma źródła, o których nie może mówić. Łyżka drobny samotny chłopaczek szukający ucieczki od rzeczywistości w dziwnych informacjach twierdzący, że istnieje tajna siatka dozorców. Koszmarek, ale nastolatkom pewnie się spodoba.
Fabuła też mnie raczej nie wciągnęła. Nie widziałam w niej ładu i składu. Pojawiało się zbyt wiele pytań, na które odpowiedzi były zbyt nieprzewidywalne, ale niestety nie w pozytywnym sensie. Grupa dziwacznych nastolatków, tak na dobrą sprawę wykluczona ze szkolnej społeczności wplątuje się w jakieś podejrzane akcje z tajną organizacją o nazwie Schronisko Abeona. Niedomówienia gonią niedomówienia, Mickey, z kolegami Łyżką i Emą prowadzą jakieś śledztwo, w którym gonią w zasadzie jakieś cienie...
Nie jest to Coben jakiego znałam i ceniłam. Niestety potwierdziły się moje obawy, które miałam po "Wszyscy mamy tajemnice", że autor zaczyna kombinować jak koń pod górkę. Zdecydowanie wolę jego starsze książki.
Na pięć książek jakie wypożyczyłam ostatnio, trzy okazały się dość sporymi bublami. Miałam chyba po prostu pecha.


Źródła ilustrcji:
www.encyklopediafantastyki.pl
www.empik.com 

niedziela, 1 grudnia 2013

Dobry omen

Ile aniołów może zatańczyć na główce od szpilki? Teoretycznie ani jeden, bo aniołowie nie tańczą, ale jeśli się uprzeć to można znaleźć jednego, który pewnie by zatańczył, gdyby miał dobrą partnerkę. Jeżeli jednak upierać się jeszcze bardziej, to na główce od szpilki mogą zatańczyć miriady miriad aniołów. Koniec końców demony też są aniołami, tyle, że upadłymi. Ci natomiast z racji swojego upadku tańczyć potrafią, chociaż nie koniecznie tak jak to sobie wyobrażamy.
Pomieszanie z poplątaniem prawda? No i taki jest właśnie "Dobry Omen" duetu Gaiman & Pratchett.
Wszystko zaczyna się od tego, że na świat ma zostać sprowadzony Antychryst. Z tym, że syn Szatana jest niemowlęciem, które trzeba podmienić i odpowiednio wychować, żeby wielki NIEWYSŁOWIONY plan mógł dojść do skutku. To zadanie spada na diabła nazwiskiem A.J. Crowley, któremu wcale nie uśmiecha się przykładać ręki do potencjalnego Armegeddonu. Z tej prostej przyczyny, że mimo swojego zadania szerzenia zła na Ziemi bardzo polubił ludzi. Dlatego, więc konsultuje te sprawę ze swoim przyjacielem i jednocześnie wrogiem, czyli aniołem Azirafalem. Obaj wykoncypowali więc, że trzeba Antychrysta wychować tak, żeby był bardziej ludzki niż diabelski. Niestety kiedy przychodzi wyczekiwany Dzień Ostateczny okazuje się, że doszło do pomyłki przy pomienianiu dzieci przez zakonnice satanistki i dziecko poddawane sprzecznym sygnałom od nauczycieli, którymi zostało otoczone okazuje się być zwyczajnym dzieckiem. W tedy Crowley z Azirafalem wpadają w lekką panikę, przy czym naszemu demonowi grunt się bardziej pod nogami pali, bo spartaczył zadanie i piekło może mu się na głowę zwalić. Panowie postanawiają, więc odszukać Antychrysta i zapobiec Armageddonowi.
Żeby nie było jednak zbyt prosto. Wokół tego wszystkiego śledzimy losy czterech Jeźdźców Apokalipsy (i tak jest Śmierć, mówiący DUŻYMI LITERAMI!). Podglądamy życie prawdziwego Antychrysta imieniem Adam Young, który tworzy ze swoimi przyjaciółmi gang rozrabiaków, ale w gruncie rzeczy jest dobrym dzieckiem. Wysłuchujemy przistoynych i akuratnych profecyi Agnes Nutter odczytywanych przez zawodowych potomków, które choć dziwaczne sprawdzają się całkowicie. Pojawia się romansik między tropicielem wiedźm, a wiedźmą, czyli Newtonem Pulsiferem, a Anathemą Device (co Agnest też przepowiedziała). Świat zaczyna szaleć, a Głód z Wojną, Skażeniem i Śmiercią mkną na swych motorach żeby w końcu zacząć Arnageddon, a za nimi Crowley w płonącym Bentley'u, na różowym skuterze Azirafal w ciele mrs. Tracy z przyklejonym do pleców tropicielem wiedźm, żeby Armageddonowi zapobiec. Czyli ponownie pomieszanie z poplątaniem.
Paradoksalnie rzecz biorąc to podobał mi się ten bałagan. Szaleństwo Pratchetta oderwane od rzeczywistości z nutką zadumy tak charakterystyczną dla Gaimana. Każda z opowiadanych równolegle historii biegnie swoim rytmem i jest przerywana w różnych często dziwacznych momentach, by zacząć się w jeszcze dziwaczniejszych. Ale książki Pratchetta mają właśnie to do siebie, że to co u innych autorów powoduje, że dostaję nerwicy, to u niego wydaje się być jak najbardziej naturalne i na miejscu, a jeśli to wszystko jest jeszcze okraszone tym, co potrafi Gaiman to ja jestem w siódmym niebie. Chociaż muszę się przyznać, że na początku odnosiłam wrażenie, że "Dobry Omen" ma tak naprawdę tylko jednego autora. Z jednej strony to duży plus, bo książka jest spójna (choć w przypadku Pratchetta ciężko mówić o spójności) i nie ma się wrażenia, że pisał ją schizofrenik. Kiedy jednak się wczytać troszkę bardziej to można zobaczyć, że jest w tym wszystkim drugie dno.
Jeszcze słóweczko o okładce. Tak jak w środku, tak i na zewnątrz mamy pomieszanie z poplątaniem. Fajne w niej jest to, że kiedy czytamy książkę to łatwo możemy zidentyfikować postacie, a nawet sytuacje, które się na okładce pojawiły. Zombie Sputnik Corporation świetnie wykonała swoją robotę i zachowała pratchettowski klimat.
Mi się "Dobry Omen" podobał, ale nie jest to książka dla wszystkich, ponieważ trzeba lubić twórczość Pratchetta i Gaimana. Jeżeli sięgnie po nią ktoś, kto nie wie czego się spodziewać to się zrazi, ale jeśli sięgnie po nią ktoś kto uwielbia chociaż jednego z dwóch autorów, to z przyjemnością będzie śledził pomieszanie z poplątaniem jakie panuje w przededniu Armageddonu.
A wnioski jakie z całej tej awantury płyną? Nic wielkiego i wydumanego. Po prostu: czerń jest warunkiem istnienia bieli.

środa, 13 listopada 2013

Szewc z Lichtenrade, co ukradł...

Nie powiem, co ukradł wspomniany szewc bo nie będzie zabawy, a jeśli ktoś chce koniecznie wiedzieć to niech wędruje do najbliższej biblioteki i pyta o "Szewca z Lichtenrade" Andrzeja Pilipiuka.
Jest to zbiór dziesięciu różnych opowiadań, które nie mają nic wspólnego z najsłynniejszym bohaterem, dla którego pan Andrzej rzucił robotę archeologa. Pojawiają się jednak inne postacie znane przede wszystkim z różnych zbiorów opowiadań np. antykwariusz Robert Storm, archeolog o wyglądzie wkurzonego krasnoluda (bez aluzji do wyglądu pisarza!) Olszakowski, czy ogarnięty swojego rodzaju szałem uzdrawiania narodu doktor Skórzewski. Są to postacie dobrze znane fanom Pilipiuka, który znakomicie sprawdza się zarówno w krótkich opowiadaniach jak i pełnowymiarowych powieściach. 
Kiedy brałam ten zbiór opowiadań do ręki liczyłam po cichu na absurdalną jazdę bez trzymanki, ale jak to się w praktyce okazało moje wyobrażenia nijak się miały do rzeczywistości. Opowiadania są różne, zarówno w tematyce jak i klimacie. Poruszają różne tematy od alternatywnych rzeczywistości, gdzie Hitler ledwo umie uzbierać na czynsz, przez szukanie ducha, który trapi całą miejscowość po tajemniczą wyprawę na Wyspę Niedźwiedzią w poszukiwaniu tajemniczych gęsi Filaretowa.
Jedne opowiadania są zabawne jak np. to, w którym  Saamowie pomagają dr Olszakowskiemu uratować wykopaliska. Inne są absurdalne jak to, w którym Skórzewski wypowiada wojnę ciemnocie i zabobonom obcinając kołtuny w pewnej wiosce. Pojawiają się też jednak takie bardziej poważniejsze, tak trochę w klimacie "Kuzynek". Pisarz uderza w pewne struny, by wywołać refleksję, ale okrasza to swojego rodzaju humorem, który chroni przed wpadnięciem w depresję. Tak jest np. w tytułowym "Szewcu z Lichtenrade".
Co ciekawe Pilipiuk równie dobrze radzi sobie z narracją pierwszoosobową i narratorem wszechwiedzącym. Ja z reguły nie przepadam za tym pierwszym rodzajem prowadzenia opowiadania, bo mam wrażenie, że główny bohater i przy okazji opowiadacz popada w samozachwyt. Twierdzi jaki to nie jest super i tak dalej. Jednak tym razem opowiadania, w których swój świat przedstawiał nieco dziwny antykwariusz poszukiwacz Robert Storm bardzo mi się podobały. Miały świetny klimat, a bohater był człowiekiem z krwi i kości, o czym już wybitnie świadczy fakt, że jako typowy facet nie za bardzo rozumiał swoją dziewczynę i pojęcie "romantyczna randka".
Każdy powinien w tym zbiorku znaleźć coś dla siebie. Nawet jeśli z fantastyką jest na bakier to światy równoległe, duchy, czy ożywające przesądy powinny być w wydaniu Pilipiuka bardzo łatwo wchłanialne i przyjemne w odbiorze.
Pisząc o "Szewcu z Lichtenrade" warto wspomnieć choć troszeczkę o samym wydaniu. Tym razem Fabryka Słów poszła czytelnikowi bardzo na rękę. Książka jest lekka, w miękkiej okładce, która jest odporna na wszelakiego rodzaju poniewierania się w torbie. Dodatkowo ma bardzo fajny patent w postaci tasiemki pełniącej rolę zakładki. Zerowe ryzyko, że wypadnie i zgubi się podczas transportu książki.
Po za tym jest to typowa fabryczna książka. Okładka z błyszczącymi elementami i czarno-białe ilustracje, które mają się wpasowywać w klimat opowiadań. Z tych w tym wydaniu podoba mi się tylko jedno do opowiadania "W okularze stereoskopu", a pozostałe mam wrażenie, że są bardzo podobne do siebie. Za to wnętrze okładek bardzo mi się podoba. Mapa Berlina, który pojawia się w pierwszym i ostatnim opowiadaniu jest ciekawym manewrem.
No to tyle. Pilipiuka polecam w zasadzie wszystko oprócz "Dzienników norweskich", które mi jakoś za specjalnie nie podeszły. Ten zbiór opowiadań jest fajny, a opowiadania łączy kilka motywów przewodnich, a co bardziej spostrzegawczy uśmieją się z pewnych aluzji, które autor zamieścił w tekście.

piątek, 1 listopada 2013

Wojna w blasku dnia, którą najchętniej zamiotłabym pod dywan

Kiedy dorwałam "Malowanego człowieka" to z miejsca się zakochałam i jak głupia czekałam na kontynuację, bo chciałam wiedzieć jak potoczyły się losy Alrena, Leeshy i Rojera. Polubiłam tych bohaterów, ciekawe historie i pomysł na jaki wpadł Peter V. Brett. Kolejne strony pochłaniałam w tempie zastraszającym, obserwując jak ta trójka rzuca światu w jakim im przyszło żyć wyzwanie. Jak dorastają i zmieniają się pod wpływem nowych doświadczeń. jak radzą sobie z otchłańcami, które nocą rządzą światem niepodzielnie. Strasznie żałowałam, że są tylko dwa tomy. Kiedy wiec dowiedziałam się, że są następne części to bez zastanowienia wzięłam obie "Pustynne Włócznie" i ... Rozczarowałam się tak bardzo, że wydawało mi się, że bardziej już chyba nie można. Niestety dostałam w bibliotece "Wojnę w blasku" dnia, bo pani bibliotekarka pamiętała, że czytałam wcześniejsze tomy cyklu demonicznego.

Nie będę może przypominać i zarysowywać fabuły z poprzednich części, bo zajęłoby to zbyt wiele czasu. Warto jednak wspomnieć, że tamten świat kiedyś przypominał trochę nasz, ale coś się stało i nagle wrócił gdzieś na poziom Średniowiecza. Ludzie zapomnieli i zaczęli się chować za magicznymi barierami przed demonami, które rządzą nocą. Nie wiedzą jak sobie z tym radzić i wolą uciekać przez co co raz bardziej zapominają nawet runy, które ich chronią. W takim świecie przyszło żyć bohaterom książek Bretta, ale w pewnym momencie postanowili się temu przeciwstawić i tak Leesha stała się najlepszą zielarką jaką znał świat, Arlen podróżując jako Posłaniec poznawał inne kultury i szukał wskazówek jak walczyć z otchłańcami, a Rojer dowiedział się, że może panować nad potworami swoją muzyką.
W "Wojnie w blasku dnia" widzimy świat, który zaczynają zalewać i w brutalny sposób zdobywać Krasjanie. Lud z pustyni, który swoją kulturą strasznie przypomina kulturę arabską. Jednak ta część skupia się bardziej na rozgrywkach politycznych na dworze człowieka, który twierdzi, że jest oczekiwanym wybawicielem i siłą podporządkowuje sobie świat. Jednak nie jest do końca świadomy, że to jego rządna władzy i opętana myślą o stworzeniu Wybawiciela żona stara się nim sterować. Do tego w te rozgrywki wplątuje się Leesha i Rojer, którzy chcą poznać siłę Krasjan i w jakiś sposób ochronić swoich rodaków przed najeźdźcami.
Wszystko byłoby fajnie, gdyby ta część jakoś się kleiła. Niestety tak nie było. Gdy zaczęłam czytać o losach
Inevery, która została brutalnie oddzielona od rodziny by pobierać nauki i stać się najbardziej wpływową kobietą w świecie, gdzie zwykłe kobiety nie miały nic do powiedzenia, byłam pod wrażeniem. Brett stworzył ciekawą postać, która miała duży potencjał do rozwoju. Kilkuletnia dziewczynka siłą wyrwana może nie z komfortowych warunków domu rodzinnego i oddzielona od ukochanej matki brata, nagle zostaje rzucona w brutalny i hermetyczny świat kobiet, które potrafią korzystać z magii zawartej w kościach otchłańców. Poddawana morderczemu treningowi, rygorystycznej nauce i codziennym szykanom wyrasta na twardą kobietę, która jest w stanie wziąć los w swoje ręce. Niestety to, co mogło być wspaniałą historią na mój gust zostało zmarnowane. Z góry zaznaczam, że nie oczekiwałam, że z Inevery wyrośnie prawa i łagodna kobieta używająca swojej władzy z mądrością. Wręcz przeciwnie. Najbardziej denerwowało mnie to, że było to opowiadane bez jakiejkolwiek chronologii. Raz nasza bohaterka była małą dręczoną dziewczynką, a raz dorosłą bezwzględną kobietą, która żeby przyspieszyć swoją sukcesję nie zawaha się zabić. Do tego wszystko było okraszone pretensjonalnymi i nagminnymi opowieściami o tym jak to dama'ting potrafią na 77 sposobów zaspokoić mężczyznę. Byłabym to w stanie zrozumieć, gdyby seks był podstawową siłą tych kobiet, ale z tego co autor sugerował to ich szkolenie było o wiele ciekawsze niż nauka kręcenia tyłkiem przed leżącym facetem. Naprawdę wolałabym poczytać o tym jak Inevera uczyła się chociażby pisania runów, ale no cóż... Dostałam kobietki w przezroczystych szatach z dzwonkami na kostkach.
W cale nie lepiej było z wątkiem Leeshy i Rojera. Ta kobieta, którą teraz oglądałam w niczym nie przypominała tej silnej i mądrej dziewczyny z "Malowanego Człowieka". Była raczej rozkapryszoną marudą, która wywyższa się i wymądrza, a na dodatek ciągle boli ją głowa. Rojera jeszcze jestem w stanie Brettowi wybaczyć, no bo czego innego można się spodziewać po minstrelu jak ganianie za spódniczkami.
"Wojna w blasku dnia" ma jednak też jeszcze jeden ważny wątek. Jest Arlen i jego narzeczona Renna. To też była porażka, choć sama postać Malowanego Człowieka nie rozczarowała mnie tak bardzo jak postać Zielarki. Nie trudno się było domyślić do czego doprowadzi chłopaka jego pogoń za wiedzą na temat otchłańców i sposobów ich pokonywania połączona z tym, że z desperacji jadł ich mięso. Stało się trochę w myśl zasady: jesteś tym, co jesz. Nie pragnął okrzyknięcia go Wybawicielem, ale sam sobie na to zapracował swoim zachowaniem, tajemniczością i zdobytą wiedzą. Trochę się szarpie z tego powodu, ale w końcu odpuszcza i domyśla się dlaczego ludzie go tak nazwali. Bardziej denerwowała mnie jego narzeczona Renna Tuner. Och! Ta dziewczyna doprowadzała mnie wprost do szału. Zarozumiała, zaborcza i agresywna, wbrew radom narzeczonego postanowiła jeść mięso otchłańców by mu dorównać. Zdolna zaatakować każdego kto sprzeciwi się lub nie zgadza z Arlenem i zaborcza do tego stopnia, że najchętniej zabiłaby każdą kobietę, z którą kiedyś sypiał jej mężczyzna.
Zastanawiałam się, gdzie podziała się ta ciekawa historia, którą zaserwował Peter V. Brett w "Malowanym Człowieku". Najpierw zepsuł ją "Pustynną Włócznią", a teraz dobił "Wojną w blasku dnia". Kiepskie i strasznie przewidywalne dialogi. Główni bohaterowie zachowujący się tak jakby pozjadali wszystkie rozumy i nieliczący się ze zdaniem innych. Drugoplanowi bohaterowie w przeważającej części to ludzie ślepo podporządkowani Ahmannowi lub Ineverze albo przygłupawi i nierozgarnięci mieszkańcy np. Zakątka.
Niestety rozczarował mnie też mocno Marcin Mortka, który tłumaczy całą serię. Czasem miałam wrażenie, że sama też mogłabym to tak przetłumaczyć. Mnóstwo niezręczności i mam wrażenie nieporozumień, czy braku pomysłu jak po polsku napisać to, co stworzył Brett.
Książkę ratują jedynie genialne ilustracje Dominika Brońka, ale o tym, że według mnie to jeden z lepszych
Fabrycznych grafików chyba nie muszę pisać.
Książka mnie mocno rozczarowała i cały mój organizm głośno buntuje się przed sięganiem po tom II. Dlatego wybaczcie, ale tym razem nie pójdę w zaparte i odpuszczę sobie te książkę. Wolałabym zakończyć przygodę z cyklem demonicznym na "Malowanym człowieku", a całą resztę najchętniej bym zamiotła pod dywan i puściła w niepamięć. Ta książka to chyba moje największe rozczarowanie tego roku. Nie polecam, chyba, że ktoś ma wewnętrzną potrzebę poznania całej serii. Mnie tom I "Wojny w blasku dnia" skutecznie z tej potrzeby wyleczył.


Źródła ilustracji:
fabrykaslow.com.pl
podgk.pl

sobota, 10 sierpnia 2013

Pan Lodowego Ogrodu

Kiedy cztery lata temu zamknęłam trzeci tom "Pana Lodowego Ogrodu" czułam się oszukana i pozostawiona z niedokończoną historią bez możliwości poznania dalszych losów bohaterów. Nie lubię jak autor nagle ucina akcję książki pozostawiając mnie z wrażeniem, że coś ciężkiego uderzyło mnie w tył głowy. Nie potrafię się po tym ogarnąć i jestem zła. Niestety przez ostatnie trzy lata Grzędowicz nie popełnił nawet malutkiego opowiadania choćby w innej tematyce i powoli zaczęłam tracić nadzieję, że kiedykolwiek dowiem się co się stało z Drakkainenem i Filarem synem Oszczepnika. No i na tym kończy się moje marudzenie.
Nawet nie wyobrażacie sobie jak się ucieszyłam, gdy na półce w księgarni zobaczyłam czwarty tom "Pana Lodowego Ogrodu", a przed jego kupieniem powstrzymał mnie jedynie fakt, że nie miałoby sensu kupowanie samej ostatniej części. Poczłapałam więc grzecznie do biblioteki i ustawiłam się w kolejce czekających na książkę, a ta była długaśna. Po drodze doszło jeszcze kilka rzeczy, które były ważniejsze od zatopienia się w tym jakby nie patrzeć opasłym tomisku. No i w końcu z początkiem sierpnia znów mogłam na spokojnie zatonąć w Midgaardzie.
"Pan Lodowego Ogrodu" to powieść składająca się z czterech tomów, która nie jest ani fantasy, ani science fiction, ale czymś pomiędzy, chociaż wyraźnie czuć te bardziej mroczną i magiczną część świata stworzonego przez Grzędowicza. Dodatkowo świat, w którym się poruszamy powstał zupełnie od zera, choć widać wyraźnie, co i w jaki sposób inspirowało pisarza. Mamy więc świat, gdzieś tak mniej więcej w okresie wczesnego średniowiecza, w którym żyją plemiona podobne do plemion arabskich, czy azjatyckich i wikingów. Dzięki temu Midgaard staje się czymś bardzo znajomym, wręcz swojskim. Niby wszystko jest podobne, ale jednak gdzieś zawsze pojawiają się różnice i chodzi tu nie tylko o zamieszkujące planetę humanoidy, florę i faunę. Pojawia się magia, która często przynosi więcej szkody niż pożytku.
Nasz główny bohater, Vuko Drakkainen został wysłany z misją uratowania grupy naukowców badających Midgaard. Jest on wszechstronnie wyszkolonym zwiadowcą, którego organizm został dodatkowo podrasowany swojego rodzaju bionicznym pasożytem nazwanym cyfral. Dzięki niemu staje się on kimś w rodzaju nadczłowieka, może widzieć w ciemności, słyszeć nawet najcichsze dźwięki itd. Jego zadanie, które miało być dziecinnie proste nagle się komplikuje i nie sprowadza się do: znalezienia, doprowadzenia na wyznaczone miejsce i wpakowania do statku grupy naukowców. Okazuje się bowiem, że ziemianie mogą władać magią, a ta daje im wręcz nieograniczoną władzę. To zaś spowodowało, że najpierw rzucili się sobie do gardeł, a potem część oszalała, a część zapłonęła chorą wręcz nieograniczoną rządzą władzy. Chcą kształtować idealne społeczeństwo według ich planu, a drogą do tego ma być brutalna dyktatura kontrolująca każdy aspekt życia ludzi. Vuko ma trudny orzech do zgryzienia i przyjmując imię Ulf Nitj’sefni zaczyna coś w rodzaju krucjaty. Próbuje się odnaleźć w obcym świecie, który zaczyna mu być co raz bardziej bliski i chce go uratować przed tym co mogą zgotować szaleni naukowcy.
Drugim głównym bohaterem jest Filar syn Oszczepnika, który był następcą Tygrysiego Tronu i jako przyszły władca odebrał staranne wykształcenie. Jednak, gdy w jego kraju z powrotem zaczyna pojawiać się wiara w Podziemną Matkę, a jej kapłani wznoszą Czerwone Wieże wszystko zaczyna się sypać. W wyniku przewrotu jego rodzina ginie, a chłopiec jako jedyny z rodu ucieka rozpoczynając podróż po upadającym państwie. Przemierza on w towarzystwie Benkeja pustynie, góry, trafia do niewoli, a w końcu los zanosi go do Lodowego Ogrodu i splata jego drogę z drogą Drakkainena. Koniec tej podróży ma zaś przynieść rozwiązanie losu jego samego i jego ludu.
Do tego jeszcze dochodzi tytułowy Lodowy Ogród, który powstał przez jednego z naukowców Fjollsfinna. Ten nie oszalał, ale sprzeciwił się szaleńcom i prawie zginął. Zaczął on wykorzystywać rozumniej swoje umiejętności tworząc miejsce ukryte przed innymi i takie, w którym nie zmuszał ludzi do niczego siłą. Połączył on siły z Vukiem i razem postanowili ukrócić działania pozostałych członków ekipy badawczej. Zniszczyć albo pozbawić mocy i zapakować na statek do domu. W tym celu zaczęli podejmować szereg różnorodnych działań. Ulf zajął się tą stroną bardziej wojskową i dowodził całym przedsięwzięciem, a Fjollsfinn robił wszystko by móc mu ułatwić zadanie stanowiąc coś w rodzaju zaplecza badawczo-technicznego. W końcu doprowadzili do czegoś, co mieszkańcy Midgaardu nazwali wojną bogów, a jej rozstrzygnięcie... Tego musi się dowiedzieć każdy na własną rękę.
"Pan Lodowego Ogrodu" to najlepsze fantasy jakie dane mi było czytać w ostatnim czasie! Napisane z rozmachem i dopracowane w każdym możliwym szczególne. Mogę spokojnie powiedzieć, że prawie dorównał Tolkienowi, który dla mnie jest najlepszym z pisarzy fantasy. Jarosław Grzędowicz stworzył bardzo bogaty świat z własnymi legendami, wierzeniami i kulturą, a żeby to zrobić musiał się naprawdę sporo napracować. Bo widać tam nie tylko samą inspirację kulturami wykorzystanymi jako pierwowzory, ale i poważny research w zakresie uzbrojenia (nie tylko średniowiecze, ale i współczesność), sposobów walki i konstrukcji machin oblężniczych.
Książki te to jednak nie tylko sam świat, w którym się to rozgrywa. Są to również bohaterowie wszystkich możliwych planów. Główne postacie jak Vuko  i Filar mają porządnie stworzone portrety. Nie są sztucznymi postaciami, o których się zapomina po przeczytaniu książki, ale traktuje się ich jak ludzi z krwi i kości. Mają swoje słabości, marzenia, ciągle szarpią nimi jakieś dylematy. Potrafią też jednak znaleźć w sobie dość siły by przeciwstawić się różnym pokusom. Bo Drakkainen spokojnie mógł sięgnąć po władzę i tak jak naukowcy kształtować świat według siebie, łamać wszystkie zasady, ale tego nie zrobił. Filar mógł zapomnieć o swoim ludzie i wieść w miarę spokojne życie, ale postanowił walczyć do końca. Pisarz sprawnie pokazuje motywacje bohaterów i wystawia ich na różne próby, z których nie zawsze wychodzą zwycięsko.
Także pozostali bohaterowie, a jest ich całkiem sporo nie są jednowymiarowymi obrazami. Nocni Wędrowcy mają do Ulfa szacunek, ale i nie są bezkrytyczni wobec jego pomysłów. Zdarza się, że ktoś mu przygada albo wprost powie, że jest idiotą. Są różni, jedni pedantyczni, drudzy wręcz przeciwnie. Każdy ma swój niepowtarzalny charakter i to pozwoliło autorowi na tworzenie świetnych dialogów oraz różnych sytuacji, które przez to stawały się bardzo prawdziwe.
Obeszło się bez zbędnego patosu i wydumanych przesłań, jednak jeśli ktoś się wczyta dostrzeże też komentarze nie tylko do tego co się działo w Midgaardzie, ale i do naszej rzeczywistości, co najbardziej było widać w momentach, gdzie bohaterowie coś sobie obiecywali. Musieli polegać tylko i wyłącznie na danym słowie. Bez umów, bez prawników i wzajemnej nieufności.
Do tego wszystkiego jeszcze genialne opisy bitew. Bez wymuszonych i nienaturalnych scen. Niemalże czuć unoszące się w powietrzu krew, pył, strach i determinacje. Można dać się ponieść bitewnej zawierusze. Co najważniejsze nie ma tam innego zbędnego zamieszania i niepotrzebnych wtrąceń z przemyśleń bohaterów. Jak już są to są adekwatne i dotyczą prowadzonych działań. Także tajne akcje przeprowadzane przez Nocnych Wędrowców są opisywane bardzo profesjonalnie.
Spotykamy się także z trzema narratorami. Trzecioosobowym, którym najprawdopodobniej jest cyfral będący już pod postacią skrzydlatej wróżki. Wydaje mi się tak dlatego, że pojawiał się ona najczęściej w tedy, gdy Vuko go uaktywniał. Pozostali dwaj to Vuko i Filar, którzy opowiadają osobno swoje historie, a także pokazują z różnych punktów widzenia to z czym przyszło im się zmierzyć razem.
Ach no i jeszcze jedno. Vuko przeklina jak stary szewc, ale można mu to wybaczyć, bo ani razu nie przeklinał po polsku, a mieszanka fińskich i chorwackich przekleństw jest na tyle niezrozumiała, że nie można się przyczepić, a wypowiedziane z ciekawości na głos powodują, że człowiek się troszkę pod nosem uśmiecha.
Tyle o samych książkach. Mogłabym pisać jeszcze więcej i jeszcze bardziej się zachwycać, bo naprawdę
jest czym. Takiej książki w polskiej fantastyce dawno nie było i po genialnym czwartym tomie jestem w stanie wybaczyć autorowi, że musiałam na niego czekać prawie trzy lata. Warto było! Bo na pewno nie było tak jak z "Kłamcą" Ćwieka, w którym z tomu na tom było coraz gorzej. Historia z tomu na tom wciąga i moim jedynym zarzutem jest to, że w tomie III nagle się urywa, a w tomie IV nagle i bez ostrzeżenia lądujemy w bitewnej zawierusze. No może też troszkę brakowało mapek do pełni szczęścia.
"Pan Lodowego Ogrodu, t.4" to chyba najbardziej opasła książka jaką dane mi było ostatnio przeczytać. Ponad 800 stron, na których jest opisana dynamiczna i wciągająca historia to coś co tygryski lubią najbardziej. Łatwo jest wpaść w rytm narzucony przez pisarza i bez większych kłopotów przeskakiwać z jednego narratora na drugiego. Grzędowicz stworzył idealną wręcz dla takiej powieści atmosferę.
Nie byłabym jeszcze sobą gdybym nie wspomniała o ilustracjach. Wszystkie ilustracje i ozdobniki na początkach nowych rozdziałów wykonał Dominik Broniek. Grafiki są genialne i idealnie wpasowują się klimat książki.
Teraz tylko czekam aż może Fabryka Słów stworzy jakiś pakiet i będzie można wszystkie cztery części "Pana Lodowego Ogrodu" kupić za jednym razem. Bo są to książki do których na pewno wrócę i fajnie by było mieć swoje egzemplarze. Polecam wszystkim, nie tylko fanom fantastyki i s-f (którego w sumie nie ma tam aż tak dużo). Warto dać się wciągnąć tej historii.

Źródło ilustracji:
www.empic.com
zdjęcia własne

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Poczet dziwów miejskich

Swoją przygodę z fantastyką zaczynałam od "Władcy Pierścieni" i ta trylogia w dalszym ciągu pozostaje jedną z najważniejszych książek w moim życiu. Są jednak momenty kiedy człowiek potrzebuje małej odskoczni od poważnych tematów, a ostatnio od nadmiaru lepszych lub gorszych kryminałów. W takich momentach chętnie sięgam po polską fantastykę, a zwłaszcza te książki, które kręcą się dookoła urban fantasy.
Tym razem za nim zaczęłam się wgryzać w czwarty tom "Pana Lodowego Ogrodu" (nareszcie!) i odpocząć po "Powrocie" Nessera wyciągnęłam z półki "Poczet dziwów miejskich" Krzysztofa Piskorskiego. Po ten zbiorek opowiadań sięgam dość często i jest to rodzaj przerywnika między kolejnymi poważniejszymi (lub nie) książkami.
Na "Poczet dziwów miejskich" składa się 10 niezbyt długich opowiadań, które są ze sobą mniej lub bardziej powiązane. Akcja większości z nich rozgrywa się we Wrocławiu, który został zaatakowany przez różne mniej lub bardziej magiczne stwory. Z tym, że atak to chyba zbyt dużo słowo, bo jak się okazuje dziwoludy w mieście są praktycznie od zawsze. Takim stworkiem może okazać się nawet element dekoracyjny budynku albo antena satelitarna! Co innego jest jednak gdy do miasta sprowadzi się Baba Jaga. To już zwiastuje nieliche kłopoty, o czym wie każdy znający bajkę o Jasiu i Małgosi. I w tym momencie na scenę wkraczają dwaj przyjaciele: niezależny dziennikarz Rafał Witkowski i student Janek Miciński. Ci dwaj dostrzegają więcej niż pozostali mieszkańcy miasta dlatego wpakowują się w różne afery i choć dla nich nie zawsze jest wesoło to dla kogoś kto czyta już tak. No bo jak tu się nie uśmiechnąć albo wybuchnąć śmiechem, gdy student mierzy się na pojedynek w piciu z Babą Jagą albo PRL-owcy chrononauci chcą wprowadzić w życie swój plan, ale zapominają o jednym drobniutkim szczególe.
Opowiadania są różne zarówno pod względem poziomu i humoru, czyli jak w każdej antologii. Mamy historie napisane bardzo dobrze, przemyślane i zabawne np. "Na wczoraj" i "Prosty włam". Są też jednak takie, które wydawały mi się napisane na kolanie i na szybko, żeby tylko "Poczet dziwów miejskich" mógł być wydany. Albo autor w pewnym momencie chciał napisać coś ambitniejszego i mocno przekombinował.
Język jakim napisane są opowiadania jest prosty i nie wymagający. Czasami zdarzają się jakieś śmieszne kwiatki, ale wpasowują się w konwencję książki, więc nie rażą aż tak bardzo.
Ciężko jest przeanalizować każde z opowiadań, ale mają one kilka wspólnych punktów. Przykładem tego może być wyśmiewanie po PRL-owskich budynków i innych naleciałości po tym okresie. Nawet wysyłanie w przyszłość agentów żeby zdobywali fundusze na gierkowskie inwestycje może się wydawać zabawne choć dla mnie przekombinowane. Albo zgraja krasnoludków, która pracuje w wytwórni taniego wina i jest bardziej skora do bitki niż pomocy. Nie są to może dowcipy najwyższych lotów, a niektóre aluzje walą z siłą młota pneumatycznego. Można się jednak przy tym zrelaksować, a nawet ci co nie orientują się zbyt dobrze w fantastyce doszukają się kilku nawiązań do bardziej znanych książek i autorów.
Cały zbiorek czyta się szybko i przyjemnie, czasem dostając niekontrolowanych ataków śmiechu. Jest to dobry przerywnik między kolejnymi książkami i nie doprowadza do szału jak reklamy w telewizji. Mimo, że nie jest to urban fantasy w najlepszym wydaniu to warto po nią sięgnąć i poczytać jak Wrocław radzi sobie z ogromną ilością magicznych stworów.



Źródło ilustracji:
lubimyczytac.pl