Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki podróżnicze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki podróżnicze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 czerwca 2014

Swoją drogą...

Ktoś kiedyś mnie pytał książki, którego z podróżników lubię najbardziej. Kiedyś bez zastanowienia podałabym nazwisko Wojciecha Cejrowskiego, ale potem gdy postawiłam go w jednym rzędzie z innymi podróżnikami wypadł mocno blado. Kiedy ostatnio czytałam jakąś jego książkę (chyba "Rio Anaconda") zapachniało mi sporą dawką hipokryzji, a ja jako czytelnik czułam się traktowana mocno z góry. Teraz na jego miejsce pewnie wskoczyłaby Beata Pawlikowska, ale brak jej książek w bibliotekach i zaporowe ceny w księgarniach trochę odstraszają. Pewnie znalazłoby się jeszcze kilku autorów, ale ostatnio zdecydowanie na czoło peletonu wysunął się Tomek Michniewicz. Gdy przeczytałam "Samsarę" z miejsca zakochałam się w jego sposobie pisania i takim sposobem w swojej biblioteczce mam wszystkie jego książki, a czasem zaglądam też na bloga.
Zabierając się za "Swoją drogą. Opowieść o trzech podróżach po inne życie" wiedziałam już mniej więcej czego mogę się spodziewać - barwnych opowieści o niesamowitych przygodach i wielkich tarapatach w jakie zwykle pakuje się autor. Tym razem jednak było trochę inaczej. Autor wybiera trzy osoby i proponuje im podróż, która ma zmienić ich życie, sposób patrzenia na świat oraz ludzi.
Na pierwszy ogień idzie dawno niewidziany znajomy, który porzucił marzenia o zbawianiu świata i zajął się pracą. Taką nudną pracą w korporacji, w której jak sam stwierdza przerzuca tylko papiery z miejsca na miejsce. Tomek proponuje mu więc wyprawę w dowolne miejsce na świecie, stawia tylko jeden warunek - ma podjąć decyzję natychmiast. Marcin wybiera, więc Afrykę, która kiedyś była mu bliska i tak panowie jadą obserwować życie powoli zanikających we współczesnym świecie Pigmejów. Tam Marcin musi w zasadzie nauczyć się jak przebywać w dżungli i radzić sobie ze wszystkim w bardzo prymitywnych warunkach. Autor opisuje ich różne przygody np. ugrzęźnięcie samochodu w błocie i bohaterskie wypychanie go albo sytuacje bardziej poważne jak choroba Marcina, która kończy podróż, czy próba pomocy dziecku, któremu wdało się zakażenie w ranie na stopie.
Kolejną osobą jest jego żona Marianna, która musi znosić żywot słomianej wdowy, bo Tomek jest wiecznie w rozjazdach. Ich podejście do podróży jest skrajnie różne. Ona - to basen, plaża i drink z parasolką. On - błoto, choroby i wszelakiej maści tarapaty. Kiedy, więc Marianna decyduje się jechać z Tomkiem do Arabii Saudyjskiej ten jest nieco przerażony, a jego ojciec uznaje go za idiotę. Gdy docierają na miejsce dochodzi kobieta szybko ulega frustracji spowodowanej tym, że jest mnóstwo ograniczających ją praw. Jednak im dłużej przebywa w Arabii tym bardziej zaczyna ona zmieniać swój stosunek do tego państwa, jednocześnie dostrzegając jak bardzo wybiórcze są media w informowaniu ludzi o tym, co się tam dzieje.
Trzecią osobą jest ojciec Tomka. Autor wymyślił sobie, że będzie to podróż, która pozwoli im załagodzić jakoś napięte stosunki i dodatkowo sam decyduje, gdzie zabierze tatę. Celem ich podróży jest Nowy Orlean i tamtejsza muzyka. Panom nie jest łatwo się ze sobą porozumieć, ale przynajmniej próbują, a w tle towarzyszy im muzyka, która narodziła się wśród niewolników właścicieli plantacji bawełny. Koniec końców jednak nie udaje im się porozumieć i podróż przynosi rozczarowanie. Tomek nie jest w stanie zrozumieć, czemu jego tata nie jest szczęśliwy i nic nie chciał, nie chce zmienić w swoim życiu. Jego tata dalej nie potrafi zrozumieć czemu Tomek woli szaleć po świecie zamiast podjąć się "dorosłych" zobowiązań.
W moim odczuciu ta książka mocno różni się od dwóch poprzednich. Pióro Michniewicza dalej jest lekkie, a sposób pisania bardzo ciekawy. Jednak tym razem historie te nie mają nawet lekkiego zabarwienia awanturniczo-przygodowego, ale jest to bardziej próba opisania przeżyć drugiego człowieka, który ma zupełnie inny stosunek do podróży niż autor. Nic nie jest przerysowane i podbarwiane żeby był ciekawszy materiał, bo przecież przyjemniej byłoby przeczytać, że podróż do Nowego Orleanu ponownie połączyła ojca z synem, a pewien starszy Saudyjczyk uświadomił Tomkowi jaki ma skarb w domu i, że bojąc się podejmować pewnych decyzji mnóstwo traci. Jednak tak nie jest i dobrze, bo były by to kolejne historie jakich wiele. Po za tym można się śmiać, czasem powieje grozą, a czasem fabuła rozwija się jak filmach o Indianie Jonesie (choć to nieco rzadziej niż w poprzednich książkach).
Do tego wszystkiego autor wplata mnóstwo swoich spostrzeżeń na temat danego kraju, czy zjawiska konfrontując je ze stereotypami jakie na ten temat krążą wśród ludzi. W całej książce jest też mnóstwo zachęcania do podążania swoją drogą i spełniania marzeń, a nie tylko życia nimi.
Książka podobnie jak dwie poprzednie trzyma poziom i jest warta polecenia. Mnie wchłonęła bez reszty, mimo, że tym razem było w niej trochę więcej refleksji i przemyśleń. Warto było czekać na kolejna książkę Tomka Michniewicza i mam nadzieję, że warto będzie czekać na następne. "Swoją drogą" dołączyło już do mojej skromnej kolekcji, choć pewnie teraz puszczę je w obieg, bo warto takie książki promować.

P.S.
Pozdrowienia z Lublina ;)

wtorek, 27 maja 2014

Jadę sobie...

Przy okazji wparowania do księgarni jak tylko ukazało się wznowienie "Samsary" Tomka Michniewicza z przerażeniem stwierdziłam, że od prawie roku nie czytałam żadnej książki podróżniczej (tak blog się czasem przydaje). Dlatego kiedy tylko koleżanka zaproponowała mi pożyczenie książki Marzeny Filipczak "Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet" nie zastanawiałam się za długo i wybrałam się z autorką w podróż po Azji.
Marzena Filipczak opisuje swoje przygody z samotnej podróży po Indiach, Kambodży, Tajlandii, Wietnamie. Opowiada o spotkanych tam ludziach, zadziwiających sposobach podróżowania i próbach przeżycia na ulicy, na której wszyscy jeżdżą wszędzie. Do tego opisuje swoje przeboje z wynajdywaniem hoteli, wycieczek oraz próbie przyzwyczajenia się do typowo indyjskiego sposobu jeżdżenia autobusem, czyli jak przyjedzie na czas to super, jak się spóźni godzinę też fajnie, jak pięć godzin to przecież nic się nie stało, a jak w ogóle nie przyjedzie - trudno jutro też jest dzień. Do tego wszystkiego zderza wyobrażenie Europejczyka o Azjatach oraz różnice kulturowe, które powodują w tamtej części świata (przynajmniej z perspektywy autorki) raczej zabawne niż straszne incydenty.
Część poświęcona podróżowaniu jest pisana bardzo swobodnie w formie notatki na bloga, przez co czytelnik ma wrażenie, że autorka często zwraca się do niego bezpośrednio. To trochę tak jakby siąść ze znajomym na kawie albo na skype i słuchać o tym jak to go pogryzły małpy i trzeba było całą podróż podporządkować terminom szczepień na wściekliznę, co było powiązane często z poszukiwaniem szpitala, który w ogóle ma szczepionkę.
Bywało wesoło, sielankowo, a czasem wydawało się, że bohaterka pakuje się w tarapaty bez wyjścia (zwłaszcza hotelowe koszmary) albo wszyscy ją próbują na wszystkim oszukać i często im się to udaje.
Z drugiej jednak strony mam wrażenie, że niektóre miejsca, czy tematy są traktowane zbyt powierzchownie. Trochę mnie nawet zirytowało to z jakim lekceważeniem pisała o zwiedzaniu miejsc powiązanych z historią wojny w Wietnamie. Ja rozumiem, że ktoś może tematów wojennych i martyrologii narodowej nie trawić, można też nie trawić turystów, którzy zachowują się jak kretyni fotografując się na tle kości ofiar tej wojny, ale błagam nie wkładajmy wszystkich do jednego wora. Skoro pani Marzenie to nie odpowiada rozumiem, ale są ludzie, którzy nie zwiedzają takich miejsc po to by zrobić sobie tam "sweet focie", ale choć w jakiś sposób dotknąć historii, która nigdy nie była różowa.
I to jest pierwsza część książki, którą czyta się łatwo lekko i przyjemnie czasem śmiejąc się pod nosem lub dziwiąc niemiłosiernie np. gdy zachodni turyści w przesadny sposób chcą wsiąknąć w hinduską duchowość.
Jednak książka ma jeszcze drugie bardziej praktyczne oblicze, w którym pisarka stara się zawrzeć kilka dobrych rad, czyli "Ciocia Dobra Rada radzi".
Marzena Filipczak pokazując często na własnym przykładzie pokazuje czego unikać, jak szukać noclegów, wycieczek, czy najzwyczajniej w świecie nie dać się oszukać przez hotelarza, który próbuje nam wcisnąć jeszcze jeden rachunek, którego niby to przypadkiem zapomniał wcześniej policzyć. Jakie karty kredytowe, co z telefonami i kilkoma typowo babskimi sprawami się ogarnąć. Trochę mnie ta część nudziła, ale dla kogoś (nie tylko kobiet) to może być pożyteczne źródło informacji o tym jak poruszać się w bądź, co bądź nieznanym środowisku.
Jednego czego mi czasem brakowało to zdjęć. Nie żeby było ich mało, ale w niektórych miejscach aż się prosiło o zdjęcie! Po za tym brakowało też zdjęć autorki w jakimkolwiek miejscu, do czego przyzwyczaili autorzy innych książek podróżniczych.
Podsumowując. "Jadę sobie" to lekka książka podróżnicza, przy której fajnie można się zrelaksować i trochę pośmiać. Choć autorka dołożyła podtytuł "Przewodnik dla podróżujących kobiet" to nie tylko kobiety mogą ją czytać. Panowie też znajdą coś dla siebie.
Muszę też przyznać się do jednej rzeczy. Trochę podziwiam autorkę za odwagę albo szaleństwo (zależy, z której strony patrzeć). Sama na tak długo bym się nigdzie nie wybrała tym bardziej, że mam traumę przed szykującym się wyjazdem na UMCS w Lublinie. Po za tym o ile w górach lubię posiedzieć sama i podładować baterie, tak jadąc gdzieś muszę mieć osobę do pogadania i robienia jej zdjęć.


Książka bierze udział w Wyzwaniu bibliotecznym i Czytamy polecone książki u MK


Źródło ilustracji:
http://merlin.pl/Jade-sobie-Azja-Przewodnik-dla-podrozujacych-kobiet_Marzena-Filipczak,images_big,29,978-83-929512-9-2.jpg

piątek, 31 maja 2013

Blondynka Tao

Panią Beatę Pawlikowską bardzo lubię z jej audycji radiowych, a nawet z tych dziwacznych programów TVP "Zagadkowa Blondynka" i "Podróże z żartem". Zabawę z jej książkami w moim przypadku zaczęło National Geographic, bo kiedyś jedna jej mini-książeczka była dołączona do tej gazety. No i polubiłam te historie, a książki Pawlikowskiej już chyba na stałe będą moimi gośćmi. W mojej skromnej biblioteczce na stałe została "Blondynka w Tybecie", a reszta drobnicy poszła w obieg, bo są to książeczki, które aż proszą się o to żeby iść w świat.
Kiedy sięgałam po "Blondynkę Tao: rajd samochodami przez dżunglę w Malezji" wiedziałam już mniej więcej czego mogę się spodziewać i z przyjemnością przewracałam kolejne kartki śledząc losy ekipy, która wspierała polskich kierowców na rajdzie Rainforest Challange.
Książka ta trochę odbiegała od tego do czego przyzwyczaiłam się czytając książeczki z serii "Blondynka w...". Nie była to opowieść snuta o miejscach i mieszkających tam ludziach, ich zwyczajach, wierzeniach.
Był to rodzaj relacji z rajdu, ale o samych rajdowcach było niewiele. Cała opowieść dotyczyła raczej ekipy, która stanowiła ich wsparcie techniczne, a jest to ekipa warta uwagi. Trzej rośli mężczyźni Balkon - fotograf, Konik - repoter i Romek - mechanik, którzy zderzają swoje wyobrażenia o dżungli rodem z amerykańskich filmów z prawdziwą dżunglą. Do tego ich kierowca Chris i tytułowa Blondynka. Przeżycia panów w tym Balkona, któremu świat najwyraźniej się zawalił albo stanął na głowie w zależności od sytuacji potrafią rozbawić do łez, a jeśli do tego dodać zawoalowane wiązanki w stylu: Morwy nać zamigdalała po skubanym, hebanowym wuju.... to już w ogóle ciężko było się nie uśmiechnąć. 
Po za postaciami panów, które są czasami mocno przerysowane, narratorka przedstawia nam ekipy z różnych krajów. Są równie barwne, co polska i czasem nawet trochę hałaśliwe, a przez to dżungla w porze deszczowej wydaje się nieco mniej nieprzyjemna.
No właśnie... Dżungla. To chyba jej najwięcej miejsca poświęca Pawlikowska. Opisy są bardzo plastyczne i przemawiające do wyobraźni w taki sposób, że czuć wilgoć, zieleń, a nawet wciskające się wszędzie błoto. Nawet wielkie krwiożercze pijawki zdają się chować pod łóżkiem i czyhać na kawałek nogi do nadgryzienia.
Sam las deszczowy zdaje się pojawiać też po za opisami roślinności, zmagań samochodów z błotem i bohaterów z wszechobecną wodą. Widać jego wpływ na różne przewijające się przez tę relację postacie i ich reakcje na zupełnie inne środowisko w jakim przyszło im przez te kilka tygodni przebywać. Czasem wydaje się, że narratorka ma zbyt wysokie mniemanie o sobie to, ale na szczęście nie jest to uczucie dominujące podczas czytania. Można je nawet zrozumieć patrząc na Konika, Romka i Balkona, którzy wybrali się na wyprawę w dżungle jak Rambo na wojnę i troszkę zdezerterowali przytłoczeni zbyt dużą liczbą nowych wrażeń i brakiem doświadczenia.
Najmniej realną i najdziwniejszą częścią tej książki jest historia tajemniczego chińczyka, który zdaje się śledzić panią Beatę niemal na każdym kroku. Ba, nawet ratuje ją po tym jak polska ekipa zostawiła ją w środku dżungli razem z całym dobytkiem teamu i kazała czekać na transport. Kiedy doczytywałam książkę do końca bardzo chciałam się dowiedzieć kim jest ów tajemniczy chińczyk i dowiedzieć się, czy Pawlikowska spotkała go kiedyś jeszcze.
Oczywiście jak we wszystkich książkach podróżniczych, bardzo urzekły mnie zdjęcia i chciałabym ich więcej i więcej, bo to tylko dodatkowo rozbudza wyobraźnię. Pomaga też trochę spojrzeń na miejsce oczami autora zdjęcia, bo każdy z nas pewnie zwróciłby uwagę na coś innego.
Jest jeszcze jedna malusieńka rzecz, którą lubię w książkach Beaty Pawlikowskiej. Są to te malusie, czasem dziecinne, ale i często przezabawne rysunki opatrzone zabawnym lub refleksyjnym komentarzem (ten tutaj nie jest z "Blondynki Tao", ale w klimat się wpasowuje).
Książkę polecam każdemu kto jest w podróży i na wakacje, choć w sumie na jakiś zimny wieczór pod kocem z kubkiem kakao też może być. Bardzo poprawia humor i pozytywnie nastraja nawet do wielgachnej ulewy, którą Pawlikowska oswaja opowiadając historię swojej gumowej kurtki.


Źródła ilustracji:
www.publio.pl
www.mediatravel.pl

sobota, 23 marca 2013

Kulinarna podróż dookoła świata

Lubię gotować i chętnie to robię choć rodzina w dużej mierze kręci nosem, bo przecież udziwniam, a oni woleliby zwykłego schabowego. Lubię też patrzeć jak gotują i jedzą w różnych częściach świata, choć bywa to czasem przerażające. Ja w każdym bądź razie nie byłabym w stanie przełknąć jeszcze ruszającej się białej larwy albo innej gadziny, która robi za moje domowe zwierzątko.
To plus oglądany kiedyś tam dawno temu program "Bez rezerwacji" spowodowało, że postanowiłam się zaopatrzyć w książkę Anthonyego Bourdaina "Świat od kuchni. W poszukiwaniu posiłku doskonałego" i poczytać o zupełnie innym aspekcie podróżowania, czyli jedzeniu.
Zaczyna się nieprzyjemnie (nawet bardzo!) od listu do żony, w którym opisuje obskurny hotelowy pokój, w którym są wykafelkowane ściany i rura kanalizacyjna na środku. Potem jest wstęp, który też do przyjemnych nie należy i dodatkowo nie trzyma się ładu i składu. Najpierw lądujemy w środku wietnamskiej dżungli, po czym następny akapit przenosi nas do Nowego Jorku i dziwnych rozmyślań autora. W sumie jestem w stanie te refleksje zrozumieć, bo w jakiś sposób wyjaśniają dlaczego powstała taka, a nie inna książka. Dodatkowo dowiadujemy się, że za Bourdainem będzie stale latać ekipa telewizyjna, więc zapowiada się, że może być nawet śmiesznie. Po wstępie postanowiłam się z góry nie uprzedzać i spokojnie przeczytać całą resztę książki. Dobre jedzenie, ciekawe miejsca i pewnie efektowne wpadki autora, który nienawidzi programów kulinarnych, ale zgadza się być bohaterem jednego z nich (swoją drogą niezła hipokryzja). 
Bourdain, który jest kucharzem z Nowego Jorku wyrusza na wyprawy do różnych krajów żeby poznać i czasem zmierzyć się z lokalną kuchnią i tradycjami. Odwiedza takie kraje jak: Portugalia, Francja, Japonia, Kambodża, Wietnam, Maroko, Wielka Brytania, USA (zachodnie wybrzeże),Rosja i Hiszpania. Odwiedza różnej restauracje. Od renomowanych z trzema gwiazdkami Michelina po spelunki, do których strach wejść. Bierze udział często w makabrycznym przygotowywaniu posiłku, chociażby świniobicie w Portugalii albo ma obowiązek jako honorowy gość ukatrupić indyka na obiad, który je u swojego meksykańskiego asystenta. Często musi się zmierzyć z różnego rodzaju stereotypami i swoimi wyobrażeniami o jakimś miejscu, czy posiłku. Do tego wszystkiego dochodzi czasem ekipa telewizyjna i dziwaczne sytuacje, jak chociażby dokręcanie różnych scen. Najgorszą taką wpadką było chyba dokręcanie scen wchodzenia do restauracji w Rosji, Tony i jego towarzysz byli kompletnie pijani, a mimo to musieli grać ludzi zupełnie trzeźwych. Katastrofa. Z drugiej strony autor wpada niemal w ekstazę pisząc o restauracji French Laundry w Yountville, czy o jedzeniu w Wietnamie.
Pomimo tego, że nie jest to typowa książka kulinarna poczułam się niemal przytłoczona ilością wymienianych często jednym ciągiem potrwa, nazw składników i przypraw. Rozpływaniem się nad talentem lub jego brakiem u różnych znanych kucharzy. W wielu miejscach autora ratowały przypisy, które swoją drogą nie pochodziły od niego, a od wydawcy. 
Nie rozumiem czemu Bourdain pojechał do Kambodży. W rozdziale poświęconym temu krajowi więcej było o konfliktach, dziwkach i barach, gdzie można sobie postrzelać z broni różnego kalibru niż o jedzeniu. O niebezpieczeństwach i znajomościach zawiązanych z lokalnymi bandziorami (niestety nie potrafię inaczej określić tych ludzi, którzy ewidentnie chowali się w tym kraju przed prawem swoich ojczyzn) też było więcej niż o lokalnej kuchni. Nie rozumiem też po co poświecił Wietnamowi aż trzy rozdziały, wolałabym zebrać to w jeden większy i opisać inne kraje. Najeżdżanie na wegetarian (może i się im trochę należało) i wychwalanie pod niebiosa przez ponad pół rozdziału jednego faceta to dla mnie za dużo.
Owszem było kilka fajnych momentów. Podobało mi się jak opisywał swoje kulinarne (i nie tylko) przygody w Japonii. Oprócz tego, że od razu chciałam rzucić wszystko i zrobić porządne sushi dostałam sporą wiedzę na temat tamtejszej tradycji jedzenia różnych posiłków. Nawet wizyta na targu rybnym była bardzo ciekawa. W Meksyku też było ciekawie, ale już nie tak świetnie opisane jak Japonia. Oczywiście nie można pominąć Wietnamu, gdzie naprawdę z zainteresowaniem czytałam o tym jak to płynąc rzeką można załatwić dosłownie wszystko. Od kupienia jeszcze ciepłych bagietek, wypicia kawy do zjedzenia świetnego obiadu. To chyba jedne z niewielu plusów tej książki.
Pomijam już fakt, że "Świat od kuchni" jest raczej zlepkiem anegdot, które czasami się nie trzymają niczego, a do tego autor dokłada swoją jakąś pseudofilozofię. Naprawdę dużo lepiej to wyglądało i realniej wyglądało to w programie telewizyjnym. Również język jakim posługuje się Bourdain pozostawia wiele do życzenia, czasem wydaje mi się, że już amerykańscy wydawcy powycinali wszystkie niecenzuralne kawałki. W żaden sposób nie oddawał magii różnych miejsc, ani tym bardziej nie mogłam chociaż spróbować sobie wyobrazić jak coś smakuje, czy pachnie. Owszem przymiotników używa bardzo dużo, ale nijak się mają do wszystkiego. Bo co mi da, że coś było: wspaniałe, cudowne, okropne, ohydne, niebiańskie itd. No i też to porównywanie większości rzeczy do foie gras. Zupełnie tak jakbym słuchała mojej koleżanki z roku, która na jednym z referatów przyrównywała smak wszystkiego do kurczaka (bo tak pisało w Internecie!). Po za tym miałam ciągle wrażenie, że jest to książka pisana tylko i wyłącznie do kucharzy.
Rozumiem, że to miała być książka subiektywna, bo każdy z nas pewnie szuka swojego idealnego dania, ale bez przesady. To o jedzeniu lepiej pisała Beata Pawlikowska w "Blondynce Tao", czy Tomek Michniewicz w "Samsarze", a nie były to książki poświęcone tylko i wyłącznie jedzeniu.
Jeśli ktoś ma ochotę ją przeczytać to nie zabronię, ale naprawdę polecam ograniczyć się do rozdziałów z Japonią i Wietnamem, bo są najlepiej napisane. Po za tym nie jest to książka, która powala na kolana, ale fundująca raczej solidne rozczarowanie. Zupełnie nie rozumiem czemu ta książka została bestsellerem New York Timesa jak informuje nas wydawnictwo na tylnej okładce.


Źródła ilustracji:
www.merlin.pl

piątek, 15 marca 2013

Lalki w ogniu

Lubię książki podróżnicze, można się na chwilkę bez wychodzenia z domu przenieść w jakiś inny świat. Większość jest pełna cudownych zdjęć, mniej lub bardziej zaskakujących przygód i tego czegoś nieuchwytnego, co w jakiś sposób każe zazdrościć tym ludziom odwagi, ale wcale nie umniejsza do nich sympatii. Czasem jednak mam wrażenie, że opis danego miejsca jest trochę wygładzony, a to co nieciekawe, co mogłoby zrazić jest przemycane ukradkiem.
Gdy pani w bibliotece polecała mi "Lalki w ogniu" Pauliny Wilk pomyślałam sobie, że kolejna książka o barwnych, nieco mistycznych Indiach, pełnych różnych cudów i dobrego jedzenia. No, ale jak to ja przetrawiłam to, poczekałam aż ją kupią do biblioteki, co oczywiście się nie stało bo przegrała z jakimiś romansidłami. Na jakiś czas o niej zapomniałam, ale książka dała o sobie znać, gdy kupowałam "Gorączkę" Michniewicza. Jakoś tak ten dzieciaczek z niesamowitymi oczami uśmiechał się do mnie z okładki. Pomyślałam sobie "Co tam, najwyżej zaniosę do biblioteki." i poczłapałam z nadmiarową książką do kasy.
Już po kilku stronach wiedziałam, że nie będzie to typowa książka podróżnicza jakiej się spodziewałam. Jest to raczej nasycony wyrazistymi obrazami reportaż, który pozwala poznać prawdziwe oblicze Indii. Nie to wygładzone na potrzeby marketingu, ale to prawdziwe nieokiełznane i pełne zastraszających kontrastów.
Już w pierwszym rozdziale trafiamy w zupełnie inny świat. Jak ten noworodek, którego babcia niesie do cyrulika żeby rytualnie ogolić mu głowę, lądujemy na gwarnej ulicy. Jest tam wszystko od widowni przyglądającej się rytuałowi, przez psy czekające na resztki z polowych kuchni po zmęczonego kulisa i znudzonego kierowcę taksówki. Już po tak króciutkim opisie można by dostać potężnej agorafobii, bo ludzi jest tak dużo i tak różnych. Ludzie dosłownie wchodzą na siebie nawzajem, bo jest tak ciasno.Podobnie jak ten maluch rozpoczynamy wędrówkę przez życie tego drugiego pod względem liczby ludności kraju na świecie.
Z każdym kolejnym rozdziałem poznajemy inny obraz tego kraju. Paulina Wilk opisuje wszystko, co możemy spotkać, a o czym nie przeczytamy w przewodnikach. Bo tam nikt nie wspomni o tym jak ludzie załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne często na rogu ulicy i w jak skrajnej potrafią żyć biedzie - zasypiają tam gdzie siądą. Nie dowiemy się o różnych niuansach kulturowych, które potrafią piekielnie utrudnić hindusom wyjście na kolację z przyjaciółmi, bo albo utrudnia to podział kastowy albo religia. A nawet przygotowanie obiadu może się okazać wielkim logistycznym wyzwaniem.
O tym jest właśnie ta książka. Autorka w każdym rozdziale pokazuje najróżniejsze aspekty życia w Indiach. Czasem może przerażać tak bardzo, że nie dostrzeże się nic więcej niż biedę i korowody żebrzących kalek. Tak właśnie miał mój kolega, któremu pożyczyłam "Lalki". Stwierdził, że autorce w tym kraju nic się nie podoba i nie rozumie po co tam jeździła tyle czasu. Jednak jak się wczytamy to spod tego brudu wychodzi coś jeszcze. Patrzymy na barwne stroje kobiet, których sari nie musi być tak krzykliwe jak w bollywoodzkim filmie. Podziwiamy ludzi, którzy potrafią przenosić i przewozić rzeczy w taki sposób, że staje się niemal akrobatyką, podczas gdy przeciętny europejczyk stanąłby nad towarem nie wiedząc co ze sobą zrobić. Trafiamy w miejsca tak dziwne jak olbrzymia pralnia, w której nie giną i nie mieszają się rzeczy należące do tysięcy ludzi albo na cmentarzysko książek, gdzie obok Harrego Pottera stoi "Mein Kampf".
Jeszcze inną kwestią jest religia, która w Indich zdaje się być zlepkiem wszystkich innych. Obok wesołego Ganeshy Hindus potrafi postawić obrazek z Jezusem, bo przecież jeden bóg więcej w domowym ołtarzyku nie robi różnicy, a poprosić o wsparcie i pomyślność więcej niż jednego boga nie zawadzi. Autorka obala mit o tym jak wdowy dobrowolnie poddawały się sati, a jednocześnie też opisuje jak w przyszłość ruszyło wydawanie za mąż swoich dzieci.
Z barwnych ulic współczesnych Indii, autorka zabiera nas w podróż w przeszłość tego kraju wyjaśniając dlaczego wyglądają dzisiaj tak, a nie inaczej. Poznajemy historię o Gandhim, czy o Indirze Gandhi, jaki wpływ miało na ludzi panowanie Imperium Brytyjskiego.
Książka jest tak ułożona, że mamy wrażenie iż spędzamy w tym kraju jeden dzień. Towarzysząc tym ludziom w każdym aspekcie ich życia. Dodatkowo całość podkreślają piękne zdjęcia i czasem żałuję, że jest ich w tej książce tak niewiele. Jednak z drugiej strony język jakim posługuje się Paulina Wilk jest bardzo plastyczny i przemawiający do wyobraźni w taki sposób, że można niemal poczuć zapach przypraw wymieszany z ulicznym pyłem.
Książkę ciężko jest jednoznacznie ocenić, podobnie jak same Indie. Sama spotkałam się z dwiema skrajnymi opiniami. Tą negatywną, o której pisałam wcześniej i pełną zachwytu opinię siostry koleżanki z roku. Moja jest chyba czymś pomiędzy, choć po pewnym czasie jaki upłynął od przeczytania tej książki chyba będę się bardziej skłaniać ku tej pochlebnej, ale z gorzkim posmakiem w tle i pewnie dlatego sięgnę po "Lalki w ogniu" jeszcze raz.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Flirt z Bogiem

Przyznam się szczerze, bez bicia,"Poznam sympatycznego Boga" kupiłam bo podobała mi się okładka i tytuł jak z ogłoszenia matrymonialnego. Coś co dla pewnej specyficznej grupy mogłoby być nie na miejscu, ale czy naprawdę tak powinno być? Dodatkowo oliwy do ognia, czyli mojej ciekawości dolał opis z tylnej okładki. Pomyślałam sobie: "Ha! Jak trwoga to do Boga." i tak wiedziona ciekawością poczłapałam do pani w Matrasie z pytaniem czy jest ta książka w miękkiej oprawie (zawsze to te 5zł mniej). Po burzliwych przekopywaniach półek (bo komputer twierdził, że jest czemu przeczył stan fizyczny) zostałam posiadaczką drugiej książki w dorobku Erica Weinera.
Może napiszę troszkę o samym autorze, ponieważ siłą rzeczy jest on naszym dość specyficznym przewodnikiem po niekiedy dziwacznym świecie religii. Eric Weiner jest zagranicznym korespondentem NPR (National Public Radio) i regularnie publikuje swoje teksty w magazynie podróżniczym AFAR. Ma też swoją własną stronę, na której możemy znaleźć jego artykuły, które ukazywały sie w różnych czasopismach. Sam o sobie mówi, że jest innym korespondentem niż inni. Ponieważ przeciętny korespondent wybiera najsmutniejsze miejsca i opisuje najsmutniejszych ludzi, on robi zupełnie odwrotnie i to widać w jego tekstach. Na swoim koncie ma też dwie książki "Geografię szczęścia" i "Poznam sympatycznego Boga".
Cała przygoda Erica zaczyna się w szpitalu, a dokładniej w momencie kiedy jedna z pielęgniarek zadaje mu dość osobliwe pytanie "Czy odnalazłeś już swojego Boga?". Pytanie to wwierciło się gdzieś głęboko w jego podświadomość i nie dawało mu spokoju. Postanowił więc poszukać na nie odpowiedzi i wokół tych poszukiwań skupia się cała książka. 
Jeszcze w domowym zaciszu wybrał z setek religii osiem, które postanowił "wypróbować". Są to: islam, chrześcijaństwo, judaizm (sam jest autor jest Żydem, więc wybrał jeden z popularniejszych i kontrowersyjnych odłamów - kabałę), buddyzm, taoizm, realianizm, szamanizm i wiccę.  Po czym wyrusza w podróż, podczas której przebywa z i rozmawia z ludźmi. Próbuje różnych praktyk, często dziwacznych. Wiruje (a przynajmniej próbuje) jak derwisz, medytuje (też się stara, ale za dużo myśli), a nawet przebiera się za kobietę (realianie są zbyt dziwaczni nawet jak dla mnie).
Pomimo, że Weiner podejmuje poważny temat to jego książka i sposób pisania nie są pozbawione humoru. W tej książce opowiada bardzo dużo o sobie samym, często przytacza nam anegdoty ze swojego życia, przemyślenia, rozmowy z przyjaciółmi (moim numerem jeden są jego rozmowy z córką). Ułatwia nam w ten sposób jej odbiór i sprawia, że nie jest to kolejna rozprawa na temat religii, a ponieważ autor tak jak pewnie większość z nas sam jest pełen różnych wątpliwości i ma tysiące pytań, na które bardzo trudno znaleźć odpowiedzi łatwo się z nim utożsamić. 
Nie znajdziemy tu odpowiedzi na trudne pytania może będzie ich jeszcze więcej. Sam autor pokusił się na coś w rodzaju podsumowania, ale nie opowiada się po żadnej konkretnej stronie. Jest to swojego rodzaju przewodnik po różnych wyznaniach i podejściach do Boga, bez krytyki, czy wskazywania na konkretną wiarę. Po za tym autor pokazuje, że wiara nie musi być poważna i sztywna, ale może być jak dobry przyjaciel. Pomaga otworzyć się na inne, często zupełnie odmienne od naszych własnych doświadczenia i sposoby myślenia.
Książka ta na pewno wiele może nauczyć (jako zakreślacz książkowy pozaznaczałam sobie w niej całkiem sporo fajnych przemyśleń autora i dopisałam swoich) i pomóc otworzyć się na odmienne wizje świata.
Muszę kiedyś przeczytać "Geografię szczęścia", bo jak jest napisana takim samym lekkim i jednocześnie refleksyjnym językiem, to będzie to bardzo przyjemna i pouczająca lektura.

źródła ilustracji:
http://www.dwpwn.pl/

piątek, 22 lutego 2013

W świecie poszukiwaczy skarbów

Z Tomkiem Michniewiczem poznałam się przez przypadek biorąc w bibliotece do ręki "Samsarę". Świetnie napisana książka o tym jak Tomek z przyjaciółmi i plecakami przedzierają się przez dżungle te miejskie i te prawdziwe, gonią za magią, przemytnikami dzieł sztuki, a nawet załapali się na spotkanie partii socjalistycznej. Opowieść o podróży z gigantyczną dawką pozytywnej energii, rozbrajającym humorem i dystansem do siebie. Chętnie dorwę ją jeszcze raz i najlepiej by jej było na mojej półce (albo podłodze, bo półki i  biurko zaczynają już mówić nie). Tym razem chciałam opowiedzieć jednak o drugiej z książek tego dziennikarza. 

"Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów" to w zasadzie reportaż z podróży śladami poszukiwaczy skarbów, szalonych milionerów, złodziei, przemytników, a nawet kłusowników. Opowieści o przygodach Tomka, jego przyjaciela i ludzi, na których w czasie pogoni za poszukiwaczami skarbów wyglądają jakby wydarto je żywcem z filmów o Indianie Jonesie. Michniewicz pokazuje, że poszukiwacze skarbów nie należą tylko i wyłącznie do świata bohaterów książek przygodowych, czy minionych epok. Są to ludzie z krwi i kości, którzy porzucili dotychczasowe poukładane życie, czasem z niezbyt ciekawą przeszłością, ale nawet wśród takich awanturników można znaleźć naukowców: historyków, geografów, oceanologów i wielu innych. Mozolnie przeczesują archiwa w poszukiwaniu potwierdzenia legend, czy opowieści o skarbach, z odpowiednim sprzętem i mapami przeszukują jaskinie i morskie dno.
Z jednej strony widzimy, że takie poszukiwanie skarbów staje się wręcz ogromnym przemysłem jak to ma miejsce w przypadku poszukiwania zatopionych galeonów, a z drugiej podobnie jak prof. Jones możemy wpakować się w niebezpieczne pułapki. Tak, tak może nam grozić ucieczka przed toczącymi się głazami jeśli staniemy nie na ten kamyk, co trzeba :)
Całe to poszukiwanie skarbów ma też swoje brutalne oblicze. Od wzajemnego okradania się, do regularnych "wojen" związanych z gorączką złota, która może pochłonąć człowieka bez reszty, budząc najgorsze instynkty. Po brutalną rzeź słoni i nosorożców. Bo skarbem są nie tylko kruszec, czy dzieła sztuki, ale też kość słoniowa, rogi nosorożców uważana przez głupich ludzi za lekarstwo wzmacniające potencję.
Tomek Michniewicz opowiada nam o tym jak w dalszym ciągu kwitnie handel kością słoniową. Sam nawet z kumplem od plecaka wpakowali się w historię z demaskowaniem nielegalnych handlarzy kością. Oraz o tym jak kłusownicy są w stanie zabijać zwierzęta nawet w ogrodzonych rezerwatach. Przytaczana jest smutna historia nosorożca Tatende, która koniec końców skończyła się dla malucha dobrze. Wyobrażacie sobie jak takie wielkie cielsko włazi wam do kuchni? No to ten zwierzak wychowywany w rezerwacie Imre właśnie to zrobił! Wlazł Traversom do kuchni. 
Razem z Tomkiem i jego przyjaciółmi podróżujemy po pustyniach USA, głębinach Morza Karaibskiego, niebezpiecznych miastach (czytamy chociażby o przerażających zdarzeniach w RPA), śpimy nawet w buszu. Dużo się dzieje, ale są też chwile na odpoczynek i refleksje nad ludzką głupotą albo miłością do przygód. Co najważniejsze są to prawdziwe przygody i opowieści o prawdziwych ludziach, o czym nas zapewnia autor na osobnej stronie.
Książka ta podobnie jak "Samsara. Na drogach, których nie ma" jest napisana z lekkością i humorem, ale autor nie boi się poruszać też trudnych spraw (np. wspomniane kłusownictwo). Do tego wszystkiego dochodzą naprawdę piękne zdjęcia  często opatrzone zabawnym komentarzem w stylu:
 "Moi znajomi z buszu spali w namiocie. Gdy w środku nocy nieopodal ryknął lew, wskoczyli do samochodu, nie opuszczając namiotu." 
uwierzcie mi ciężko jest się nie uśmiechnąć, gdy sobie wyobrazicie namiot biegnący do auta.
Po za tym w książce została podjęta fajna inicjatywa. Po całej historii naszego małego nosorożca Tomek Michniewicz z pomocą Greenpeace i Grant Thornton zorganizował zbiórkę, dochody z której zostały przekazane do rezerwatu Imre. Poniżej podziękowania za tę akcję.
 
Naprawdę fajna rzecz, a każda akcja, która pomaga ratować zagrożone zwierzęta jest dobra (chociaż ja za Greenpeacem nie za bardzo przepadam, chociażby z powodu ludzików łażących po ul. Stawowej w Katowicach).
Wracając do samej książki. Otwarte naprawdę się postarało, "Gorączka" wydana jest na mocnym papierze (ładnie prezentują się zdjęcia), w przyjaznej do transportu broszurowej okładce (nie zajmowała mi połowy torby, a jak się zsunęła na dno to nie dźgała mnie kantami). Z drugiej strony ten papier też może być wadą, bo spowodował, ze książka swoje waży. Niestety tak jak w większości książek klejonych, wypadło mi z niej kilka pierwszych stron, co mnie zezłościło. Po książce za 39,90 zł oczekiwałabym jednak tego, że kartki z niej nie wypadną.
Pomijając aspekty techniczne książkę naprawdę polecam! Jest jedna z lepszych książek podróżniczych, które czytałam i porusza naprawdę fascynujący temat, który rozpala wyobraźnię.

A i byłabym zapomniała! Każdego kto chce więcej zapraszam na oficjalnego bloga Tomka Michniewicza, na którym można poczytać teksty równie dobre jak w obu jego książkach i audycjach radiowych lub na jego oficjalną stronę internetową .