Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urban fantasy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 stycznia 2015

Tajemnica diabelskiego kręgu...

Przy pierwszym kontakcie Anna Kańtoch oczarowała mnie niesamowitym "13 aniołem", którego z miejsca pokochałam. Za nietuzinkowy, pełen sprzeczności świat, w który zostali rzuceni ciekawi i niejednoznaczni bohaterowie. Miałam, więc nadzieję, że reszta książek, które wyszły spod jej pióra będzie w równie intrygujący sposób czytelnika pochłaniać. Dlatego też bardzo długo polowałam na zbiory opowiadań o Domenicu Jordanie, ale nimi się trochę rozczarowałam. Kiedy, więc zobaczyłam w księgarni "Tajemnicę diabelskiego kręgu" pomyślałam sobie, że można dać autorce jeszcze jedną szansę. Po za tym z pleców okładki uśmiechała się do mnie notka wydawcy o aniołach i tajemniczych wydarzeniach. Zupełnie zignorowałam przód (bo przecież nie ocenia się książek po okładce) i wspomnienie o głównej bohaterce, a to wszystko przez mistrzowsko napisany prolog, który spowodował niesamowitą ciekawość dalszego ciągu.
Kiedy jednak wróciłam do domu i bardziej trzeźwym okiem spojrzałam na zawartość to przestraszyłam się, że będzie to horror dla trochę młodszej młodzieży. No i niestety nie pomyliłam się, co w cale nie znaczy, że książka była zła. Po prostu nie mój przedział wiekowy.
Gdy z nieba w powojennej Polsce, w której twarde rządy sprawują komuniści nagle spadają anioły ludzie zaczynają mieć nadzieję na odmianę swojego losu. Zaślepieni nią zdają się nie zauważać, że to oni muszą pomagać tym istotom ukrywając je przed SB. Nina, czyli główna bohaterka widziała jak spadały anioły i początkowo jak wszyscy w jej otoczeniu była nimi urzeczona. Jednak stopniowo zaczęła podchodzić do sprawy bardziej trzeźwo. Kiedy jednak zostaje wezwana do ukrywającego się na jej osiedlu aniołów nawet nie domyśla się jak bardzo wywróci się jej świat do góry nogami.
Anioł wysyła ją na wakacje do starego klasztoru w Markotach i chociaż dziewczyna nie rozumie motywów istoty to z chęcią jedzie. W końcu, co może być strasznego w wakacjach nad jeziorem i zabawie z innymi dziećmi. Jednak kłopoty zaczynają się już na początku podróży, ale to tak naprawdę przedsmak tego, co ją czeka. Gdy dociera do klasztoru wszystko zaczyna wydawać jej się dziwne, a perspektywa udanych wakacji zaczyna się rozwiewać. Nic nie wydaje się normalne począwszy od zachowania przebywającego tam anioła, dwójki dziwnych pomocników, przez nie radzącą sobie z opieką nad dziećmi panią Cecylią, po tajemniczy krąg wyjałowionej ziemi, który z każdym wieczorem zdaje się powiększać. Miejsce to przyciąga, a jednocześnie odstręcza martwotą, powykręcanymi drzewami, czuć że skrywa się tam jakaś mroczna, niebezpieczna tajemnica. A w tym wszystkim jest trzynaścioro zupełnie różnych dzieci, wśród których ma być wybraniec mogący uratować świat przed złem.
Na pierwszy rzut oka nic ciekawego. Ot, kolejne dziecko mające uratować świat przed złem i nawet nie trudno się domyślić kto to może być. Wszystko już na samym początku staje się jasne i jedyną zagadką, której trudno się domyślić są ci aniołowie, ale jej rozwiązanie było chyba najbardziej rozczarowującym elementem książki. Jednak jest coś w sposobie pisania Anny Kańtoch, że doczytałam te książkę do końca.
Autorka tworzy niesamowicie barwne postacie. O żadnym z bohaterów, którego poznajemy nie można powiedzieć, że jest nijaki. Niestety często trąci stereotypowymi bohaterami z książek dla młodzieży, co bywa strasznie irytujące. Dodatkowo na początku jeszcze trudno pozbyć się wrażenia, że przynajmniej na początku historia wygląda dziwie znajomo. Klasztor przypominający tajemniczy zamek, jezioro z czymś niepokojącym w swoich głębinach i trójka przyjaciół, którzy mierzą się z tajemnicą tego miejsca. Jakieś skojarzenia?
Na szczęście im dalej tym podobieństw mniej, ale trudno się potem pozbyć odruchu wyłapywania podobieństw. A u mnie jest to tym większe, że Harry Potter nigdy nie był moją ulubioną książką i dalej nie rozumiem dlaczego historia czarodzieja ofermy, za którego wszystko wszyscy robią, a on zbiera laury została wciągnięta w kanon lektur szkolnych w podstawówce. Mnie nie pytajcie.
Najmocniejszą stroną "Tajemnicy diabelskiego kręgu" jest klimat i realia w jakich osadzono wydarzenia. Powojenna zniszczona Polska, w której ludzie żyją w atmosferze ciągłego strachu czającego się gdzieś z tyłu głowy. Na wszystko brakuje, nie usunięto jeszcze wszystkich śladów wojny. No i ten wciskający się od samego początku mrok w środku lata. Anna Kańtoch operuje słowem w taki sposób, że chociaż główna bohaterka doprowadza do nerwicy, to czyta się dalej, bo atmosfera jest niemal namacalna. Raz przyłapałam się na tym, że po zgaszeniu światła (miałam powtórkę z rozrywki z lampą) pędziłam do łóżka oglądając się przez ramię.
Niestety nie mogłam pozbyć się wrażenia, że książka jest napisana dla dzieci, a w zasadzie dla tej trochę młodszej młodzieży. Książka trafiłaby w moje gusta gdybym dostała ją w gimnazjum kiedy to zaczytywałam się z koleżanką "Serią niefortunnych zdarzeń", czy "Szkołą przy cmentarzu", ale nie teraz. Nie potrafiłam polubić głównej bohaterki ani znaleźć wspólnego języka. Gdybym była młodsza pewnie byłoby inaczej, ale teraz Nina mnie po prostu irytowała.
"Tajemnica diabelskiego kręgu" jest dobrą książką, ale to nie mój przedział wiekowy dlatego czułam się nią rozczarowana, a rozczarowanie to podsyciło jeszcze rozwiązanie tajemnicy kim są naprawdę aniołowie. Obca rasa z kosmosu? Błagam, ale trąci tandetą (przynajmniej dla mnie). Na swoją obronę książka ma niesamowite ilustracje, które idealnie podsycają klimat historii.
Nie jest to pozycja dla starszych czytelników, ale mogę ją natomiast z czystym serca polecić dwunasto-, trzynastolatkom-.
Ciekawa jestem też opinii kuzynki. Nie ma ona co prawda trzynastu lat i chodzi już do liceum, ale to w dalszym ciągu młodzież :)


Źródło ilustracji:
http://www.matras.pl/media/catalog/product/cache/1/image/9df78eab33525d08d6e5fb8d27136e95/t/a/tajemnica_diabelskiego_kregu_IMAGE1_299910_5.jpg

niedziela, 10 sierpnia 2014

Opowieści rodem z cmentarza...

W napadzie dzikiego szału po dłuższym okresie odstawienia księgarni wpadłam do Matrasa jak dziki osioł i zrobiłam szaleńcze zakupy. Za 80 zł kupując całe dwie książki. Wiem odebrało mi rozum kompletnie, ale co zrobić, przynajmniej uzupełniłam swoją biblioteczkę o kolejnego Gaimana z "Księgą cmentarną" i pierwszego w kolekcji Dicka z "Bladerunnerem. Czy androidy śnią o elektrycznych owcach", na które to polowałam gdzie się tylko dało. Mam więc swoje prywatne egzemplarze i mimo szaleńczego rachunku jest mi z tym bardzo dobrze.
Napad dzikiego szału jednak nie skończył się na zakupach, ale trwał i po nich. Bo wbrew zasadzie, że książki biblioteczne mają pierwszeństwo, gdy tylko zamknęłam "Upadek króla Artura" nie wytrzymałam i zabrałam się za "Księgę cmentarną". No i jak to zwykle z Gaimanem bywa, przepadłam w jego świecie bez reszty.
Pisarz opowiada historię Nikta Owensa, chłopaka, który będąc pełzającym brzdącem uniknął śmierci z rąk Jacka i znalazł schronienie na cmentarzu. Dziecko zostaje przygarnięte przez pewne zmarłe małżeństwo, a opieką otacza je tajemniczy Silas, który jako jedyny może opuszczać cmentarz, by zapewnić mu jedzenie. I tak nasz Nik dorasta na cmentarzu otoczony przez życzliwych mu zmarłych. Cmentarz okazuje się jednak nie tylko miejsce wiecznego i spokojnego spoczynku, chociaż powiedzenie, że tętni życiem może być dziwne. Dzieje się bardzo dużo i Nikt pakuje się w różne tarapaty, chcąc na przykład postawić pomnik wiedźmie, czy dowiedzieć się kto leży w najstarszym z grobów na cmentarzu. Do tego wszystkiego dalej poluje na niego tajemniczy Jack, którego sprawa wyjaśnia się na końcu książki, w ostatnim opowiadaniu.
"Księgę cmentarną" czyta się bardzo szybko, bardzo dobrze i  nie można przy niej być śmiertelnie poważnym. Już sam pomysł na to by osadzić powieść na cmentarzu wydawał się dziwny, a gdy do tego doszedł chłopiec wychowywany przez parę duchów uznała go niemal za absurdalny i strasznie mi się to podobało. Historie trzymają w napięciu, przyprawiając czasem o gęsią skórkę, ale jak przystało na bajki (bo tak czasem odbierałam te opowieści) mają swój morał. Opisują różne etapy życia Nika, jego próby zrozumienia świata i zderzenia ze światem żywych, ale przy okazji pokazują, że można kochać ponad często niewyobrażalnymi różnicami dzielącymi poszczególnych członków rodziny oraz, że z każdego zdarzenia można wyciągnąć jakąś lekcje. Pokazuje też, że dorastanie i świat  w cale nie są takie straszne, a przynajmniej nie bardziej straszne niż cmentarna rodzina.
Jak przystało na książki Gaimna "Księga cmentarna" jest po brzegi wypchana czarnym humorem, ale nie takim wymuszonym jak w "Rodzinie Adamsów". Równie dobrze można by te opowieści czytać tym troszkę starszym dzieciom. Bo nawet dzieci lubią się czasem bać, a każda z przygód Nika mimo wszystko kończy się dobrze, a przy okazji pozwala naszemu małemu bohaterowi wyciągnąć odpowiednią lekcję. Jest tu troszkę tak jak w "Koralinie" i to sprawiło, że znów poczułam się jak dziecko, które bierze latarkę i chowa się z książką pod kołdrą.
Polecam wszystkim. Dużym i małym, fanom Gaimana i tym, którzy go nie znają. Naprawdę warto przeczytać i pewnie kiedyś wrócić.
Z "Księgą cmentarną" wiąże się też jeszcze jedno zdarzenie, które kompletnie mnie zaskoczyło. Siedziałam sobie kiedyś w autobusie i kiedy w końcu rozbudziłam się na tyle by czytać, wyciągnęłam te książkę. Siedząca obok mnie starsza pani zerknęła na tytuł (a moje wydanie jest w czarnej oprawie z wytłoczonym srebrnym tytułem) i zaczęła coś mruczeć o satanistach nie mających wstydu. Tak więc zostałam chyba w najgorszym wypadku uznana za antychrysta, bo jak tylko zwolniło się miejsce na innym fotelu pani zabrała swoje siaty i się przeniosła zerkając na mnie dziwnie. Długo jeżdżę autobusami, ale takie coś spotkało mnie po raz pierwszy.

sobota, 12 lipca 2014

Bangarang!

Swojego czasu szalałam za każdą książką napisaną przez Jakuba Ćwieka i w sumie do teraz zajmuje on sporo miejsca na mojej półce. Jednak od kiedy "Kłamca" zaczął się staczać po równi pochyłej moje zainteresowanie tym autorem spadło i nie leciałam do księgarni po każdą jego książkę. Nawet nie jestem pewna do końca, czy ostatnio wydał coś nowego i nie znam znacznej części tego, co było po Lokim. Nadzieją byli "Chłopcy", którzy mimo całkiem pokaźnej liczby minusów jednak mi się podobali, bo mam jakiś sentyment do łamania bajkowych kanonów. Niestety jak zwykle zdenerwowało mnie otwarte zakończenie zbiorku i wizja długiego czekania na ciąg dalszy, więc odpuściłam sobie śledzenie poczynań Ćwieka
O tym, że jest druga część "Chłopców" dowiedziałam się przez zupełny przypadek, gdy na facebooku (niestety mam konto na tej zarazie) rzuciłam hasłem o oddaniu w dobre ręce "Xiao Longa" Dawida Juraszka. Koleżanka zaproponowała wymianę za drugą część przygód dorosłych-niedorosłych Zagubionych Chłopców. Jak to u mnie książka odleżała oczywiście swoje do ostatniego czwartku kiedy to skończyłam czytać "Oko Jelenia: Drewnianą Twierdze", a nie było widoków na wypożyczenie kolejnych części szybciej niż w piątek popołudniu. Potrzebowałam szybkiego czytadła na góra dwa dni i tak padło na "Chłopców: Bangarang".
Wszystko na co narzekałam przy okazji poprzedniej książki, czyli wulgaryzmy, uprzedmiotowienie kobiet i ogólne chamstwo w czystej postaci na mój gust w tej części mocno eskalowało. W pewnym momencie odnosiłam nawet wrażenie, że panowie pod wodzą Dzwoneczka nie robią nic innego tylko pieprzą wszystko, co chodzi, tłuką wszystkiemu, co chodzi i chleją wszystko, co się da. Bez żadnych porywających, zabawnych, czy nawet idiotycznych przygód w klimacie gore. W porównaniu do pierwszej części były to raczej statyczne i niesmaczne historyjki podlane dużą dozą przekleństw oraz chamstwa. Było kilka momentów, które mogły przypominać Shwarceneggera w "Komando", czyli przyjść i rozwalić wszystkich, ale kończyło się na mocnym wejściu, a potem, wszystko obrastało brutalnym absurdem rodem z filmów klasy B.
Na język jakim w "Chłopcach" posługuje się autor nie mogę narzekać, bo jest jaki jest i inny by nie mógł być. Koniec końców książka jest o gangu motocyklistów, którzy mentalnie są na poziomie rozrabiających dwunastolatków. Po za tym wkrada się tu nieśmiało coś co nazywamy dorosłością (do tej pory dorosłymi byli Dzwoneczek i Stalówka) i chłopaki nie do końca zdają sobie z tego sprawę, ale też robią co się da żeby to opóźnić, a na koniec i tak ich dopada. Tutaj jednak niestety znów muszę pomstować na Jakuba Ćwieka i jego talent do kończenia jak w brazylijskich telenowelach. Mówię tu o uderzeniu czytelnika na koniec książki mocno pałką w tył głowy i zostawienie na Bóg wie jak długo z otwartym zakończeniem.
Ponarzekałam sobie, ale jest w tym wszystkim pewien mały paradoks. W pewnym sensie podobało mi się to. Pomysł, konwencja przyjęta przez autora mimo, że brakowało temu tej świeżości z pierwszej części i świetne obrazki Iwo Strzeleckiego, chociaż tym razem okładka mi się nie podoba. Lubie motory, ale ścigacze nie są tym, co tygryski lubią najbardziej, wolałabym żeby rysownik wyeksponował te piękne harleye z tła, a nie to wielkie czerwone coś. W sumie mógłby zostać też sam Stalówka, ale co zrobić.
Podsumowując. "Chłopcy: Bangarang" to książka dla tych, którym spodobała się część pierwsza i darzą jakimś sentymentem Jakuba Ćwieka. Nie jest to na pewno książka dla kobiet, bo te obrażą się za sprowadzenie do roli "dupy i cycków", chyba że przymkną na to oko i skupią się na Dzwoneczku. Po za tym jest to dobra książka na przeczekanie do następnej wizyty w bibliotece, po coś ciekawszego i bardziej zajmującego. O samej serii pewnie znów zapomnę i o tym, że autor napisał trzecią część znów dowiem się przez przypadek. No cóż... takie brutalne zakończenia powodują mimo wszystko na dłuższą metę amnezję.


Źródła ilustracji:
http://jakubcwiek.pl/images/stories/chlopcy2-cover.jpg

niedziela, 20 kwietnia 2014

Pod ulicami Londynu

Mój internetowy spiśnik przeczytanych książek trochę zarósł kurzem, ale to nie znaczy, że nic nie czytałam. Między jednym artykułem, przygotowaniem ćwiczeń i załatwianiem szkolenia w Lublinie było jeszcze 90 minut jazdy autobusem dziennie, więc książki odłogiem nie leżały, choć nie było ich dużo. Całe trzy "Nigdzie bądź", "Solaris" i "Rzeka zimna", a w miedzy czasie przygrywał Sabaton, o którym przypomniał mi wywiad wysłuchany w Antyradiu. Potem tradycyjnie były Misteria Kalwaryjskie bez, których sobie nie potrafię już Wielkanocy wyobrazić. Dlatego teraz łapiąc oddech między śniadaniem, a odwiedzinami u babci wypadałoby w końcu coś napisać i bloga odkurzyć. Dlatego zacznę może po kolei od Neila Gaimana, który trochę się już w mojej głowie uleżał (w przeciwieństwie do Lema, którego dalej trawię, ale w tym przypadku to akurat dobrze).
Za każdym razem biorę do ręki książki Gaimana to mam wrażenie, że za chwilę otworzę uwspółcześnioną wersję baśni braci Grimm. W jego książkach jest wszystko czego można wymagać od baśni, nawet tych uwspółcześnionych. Dlatego z ogromną przyjemnością dorwałam się wreszcie do swojego egzemplarza "Nigdziebadź", który już od dłuższego czasu leżał na biurku, uśmiechając się i kusząc na wszystkie możliwe sposoby.
Richard Mayhew wpakował się w kłopoty chcąc być dobrym samarytaninem. Pomógł rannej dziewczynie nie zważając na nic i nikogo. A kiedy okazało się, że nagle przestał istnieć w świadomości otaczających go ludzi postanowił odnaleźć przyczynę swoich kłopotów, czyli Drzwi, ale żeby ją znaleźć musi zejść do Londynu Pod, gdzie są ludzie i stwory, o których słyszy się w miejskich legendach. Richard jest zły na Drzwi, która doskonale wiedziała co się stanie z jej wybawicielem i nie ostrzegła go. Młody mężczyzna wyrwany ze swojego idealnie przeciętnego życia zaczyna poszukiwanie dziewczyny i utraconego życia, przez co pakuje się w awanturę, w której dominującymi szwarc charakterami są Pan Croup i Pan Vandermar, którzy na zlecenie zleceniodawcy wymordowali rodzinę Drzwi, a teraz nie przebierając w środkach szukają jej. A kiedyś stara kobieta przepowiedziała mu, że ma unikać drzwi...
Jest to opowieść w typowo gaimanowskim stylu, choć jej pierwowzorem był scenariusz miniserialu, do którego scenariusz z resztą napisał Gaiman. Opowieść jest mroczna i pełna wyjątkowo nieprzyjemnych rzeczy, które mogą powodować mdłości. Bohaterowie muszą się zmierzyć ze swoim losem i w tym celu jak w każdej powieści drogi wyruszają na wyprawę. Każdy ma w tej wyprawie swój cel: Richard - chce odzyskać utracone życie, Drzwi - dowiedzieć się kto i dlaczego zabił jej rodzinę, a może nawet ich pomścić, Łowczyni wynajęta do ochrony Drzwi - chce pokonać Bestię z Londynu Pod, Markiz de Carabas - spłaca dawny dług. Do tego wszystkiego dochodzą dziwnie znajomi Croup i Vandermar, którzy przypominają Pana Szpilę i Pana Tulipana (albo odwrotnie). A motorem napędowym tej nieoczekiwanej wyprawy jest anioł Islington, który obiecał Richardowi i Drzwi pomoc, pod warunkiem, że przyniosą mu pewien klucz.
Poznajemy życie w Londynie Pod i jego dziwacznych mieszkańców, którzy nie zawsze okazują się tym za kogo się podają i nie zawsze okazują się należeć do naszych czasów. Mimo tego, że przez większość czasu wszystko rozgrywa się w mrocznych kanałach i podziemiach to powieść jest niesamowicie barwna. Jest też pełno sytuacji, w których obgryzać można palce ze strachu lub śmiać się np. gdy Richard pierwszy raz trafia na targ w Harrodsie.
Z drugiej strony też obserwujemy jak zmienia się sam Richard. Z przeciętniaka przeobraża się w bohatera, który jest w stanie pokonać nie tylko atakujących z zewnątrz, ale przede wszystkim własne demony i w końcu odkryć swoje przeznaczenie.
Książka świetna i warta przeczytania nie tylko przez miłośników fantasy, ale wszystkich innych. Mimo, że jest to adaptacja serialowego scenariusza to jest to naprawdę kawał dobrej roboty i gdyby mi ktoś nie powiedział, że był taki film to myślałabym, że jest odwrotnie. Bohaterowie są bardzo prawdziwi, chociaż kompletnie nierealni (no może po za Richardem), a ich przygody i rozważania są bardzo intrygujące, a czasem przerażająco podobne do moich własnych odczuć.
Co tu dużo mówić. Gaiman jest mistrzem swojego gatunku i wszystko, co wyszło spod jego pióra, a co do tej pory miałam okazje przeczytać było genialne. Polecam z całego serca.
A z okazji Świąt Wielkanocnych wszystkim życzę:


P.S.
Co do okładki mojego wydania, to była troszkę irytująca, bo cały czas w pierwszym odruchu obracałam ją do góry nogami ;)



Źródła ilustracji:
https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEicdeKD-gKVN1Rm6S9kJRrME-eabwOVrLfHwnIPmXpfx4UHnTWQNYFLyZ-xY1o5DDZkIpfsQuTC638tkdBeBnwQPvwraDjvlp-7glW2TRIXcBrjdl3Vv5fgH1OGWbT_wtGZJSZ0vHKBr5w/s1600/nigdziebadz.jpg
http://mgok.bobolice.pl/wp-content/uploads/2012/04/weso%C5%82ych-%C5%9Bwiat.jpg

niedziela, 12 stycznia 2014

Ocean na końcu drogi

Ostatni tydzień przypominał trochę przejażdżkę na kolejce górskiej, bo musiałam organizacyjnie ogarnąć dwie rzeczy na Noc Biologów, ale koniec końców udało się i z efektów jestem bardzo zadowolona. Na szczęście w całej tej kotłowaninie udało się wyrwać parę chwil dla siebie i żeby nie zwariować do reszty martwieniem się, czy będę mieć cały potrzebny sprzęt do sekcji i czy nie pogubią się klocki z "Roju" zabrałam się za "Ocean na końcu drogi".
Kto czytał "Koralinę" ten może troszkę wiedzieć czego się spodziewać po tym maleństwie, bo Gaiman po raz kolejny postanowił uczynić bohaterem swojej książki dziecko, a w zasadzie dorosłego mężczyznę, który wraca w rodzinne strony szukając pocieszenia. Szukając miejsc z dzieciństwa trafia na farmę rodziny Hempstock, a tam za pozwoleniem Starszej Pani Hempstock siada nad stawem, który jego koleżanka z dzieciństwa nazywała oceanem. Siedząc sobie tak na zielonej ławce zaczyna sobie przypominać pewne wydarzenia, które zdarzyły się gdy miał siedem lat. A wszystko to by się nie zaczęło, gdyby lokator wynajmujący pokój w domu naszego bohatera nie postanowił popełnić samobójstwa, które spowodowało, że do naszego świata zapragnęła dostać się pewna istota. Istota ta miała zostać przegnana przez Lettie Hempstock, ale coś poszło nie tak i zrobiła sobie z naszego bohatera drogę. Od tego momentu już nic nie jest takie samo. Silna istota, która wykorzystała go by dostać się do prawdziwego świata zaczęła ingerować w życie jego i jego rodziny, próbując ułożyć wszystko według siebie. Jednak oprócz tego zaczynają do chłopaka docierać też inne problemy, takie bardziej realne.
Jak to u Gaimana bywa nie ma rozgraniczenia między rzeczywistościami, w których znajdują się nasi bohaterowie. Światy zdają się płynnie przenikać, czego przykładem może być chociażby to złudzenie dwóch księżyców, które zarejestrował nasz dorosły bohater. Ciężko jest oddzielić to, co być może jest prawdą, a co być może jest wytworem dziecięcej wyobraźni, która próbuje obronić bohatera przed zbyt mocnym zderzeniem ze światem dorosłych.
W książce nie mamy zbyt wielu bohaterów, ale przedstawiają oni bardzo różne charaktery. Zdecydowanie dominuje narrator, którego poznajemy zarówno jako dorosłego mężczyznę po przejściach i siedmiolatka, który przeszedł przyspieszony kurs dorastania po tym jak w samochodzie jego rodziców pewien człowiek popełnił samobójstwo. Kolejnymi najważniejszymi bohaterami są kobiety. Wszystkie panie Hempstock, które nie wiadomo kim są, ani czy są do końca prawdziwe, ale mimo to nasz bohater czuje się przy nich bezpiecznie, czego nie może powiedzieć o własnej rodzinie. Bo w zasadzie od momentu, gdy w domu pojawiła się Ursula Monkton jego życie rodzinne staje na głowie. Tajemnicza kobieta opanowuje wszystkich. Siostra jest w nią ślepo zapatrzona, matka zdaje się nie widzieć, że kobieta uwiodła jej męża i znęca się nad synem. Jeśli odrzeć to wszystko z magii (a nie zawsze się da) mamy opowieść o tym jak dziecko zostaje postawione w naprawdę trudnej sytuacji i musi sobie radzić z tym wszystkim samo. 
Ktoś w recenzji jaką czytałam zanim wzięłam książkę do ręki napisał, że to mroczna baśń, w której zakończenie jest jednocześnie dobre i nie dobre. Nie trudno mi się z tym zgodzić. "Ocean na końcu drogi" to opowieść pełna ciepła i nostalgii, ale jednocześnie makabryczna i mroczna. Jest to bajka, ale może nie koniecznie dla dzieci, choć bohaterem jest siedmiolatek, ale dzieci pewnie też się nie obrażą, gdy zacznie się im ją czytać. Bo opowieść w klimacie ma w sobie coś z "Koraliny" i "Gwiezdnego pyłu", a te choć też nie do końca są dla dzieci to dzieciom się podobają.
Za to właśnie lubię powieści Gaimana. Za to ciepło, niezbyt oczywistą magię, której też nie sposób z książki wyrzucić, ale i mniejszy lub większy posmak horroru. "Ocean na końcu drogi" to maleństwo, które warto przeczytać, a czyta się szybko i z przyjemnością, czasem doprowadzając czytelnika o szybsze bicie serca.


Źródło ilustracji:
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/163238/ocean-na-koncu-drogi