Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantasy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 stycznia 2015

Achaja, czyli największy koszmar roku 2014

Nigdy z twórczością Ziemiańskiego nie było mi po drodze. "Breslau forever" zaczęłam i po kilku stronach wrócił do biblioteki, a jeśli już coś jakimś cudem zaplątało się na półce to najczęściej wracało nieprzeczytane. Koło "Achai" krążyłam bardzo długo zanim zdecydowałam się po nią sięgnąć i teraz już wiem, że podświadomie unikałam czytelniczej katastrofy. Książka ta rozczarowywała mnie niemal na każdej stronie i doprowadzała do skrajnej nerwicy, ale żeby móc z czystym sercem powiedzieć, że to największy z moich czytelniczych koszmarów ubiegłego roku musiałam ją doczytać do końca. Nie potrafię też zrozumieć nominacji do Zajdla, bo jedyne co mi się w niej podobało to niezawodne ilustracje Piotra Cieślińskiego.
O czym jest "Achaja"? To w zasadzie trój wątkowa powieść, w której główne skrzypce tytułowa Achaja. Córka jednego z Wielkich Książąt królestwa Troy będąca bystrą i dobrze wykształconą dziewczyną znienawidzoną przez młodszą od siebie macochę. Na skutek dworskich intryg i ewidentnej opieszałości umysłowej ojca zostaje wcielona do wojska, z którego trafia w niewolę, by następnie stać się wojownikiem i z tej niewoli uciec.
Kolejnym wątkiem jest opowieść o Zaanie. Świątynnym skrybie, który dojrzał swoją szansę w pewnym młodzieńcu, który uciekł z galer i był przy tym podobny do zaginionego syna jednego z Wielkich Książąt Troy. Ten niezbyt rozgarnięty chłopak daje się prowadzić Zaanowi, który okazuje się, że nagle ma gigantyczne zamiary wmieszania się w wielką politykę i o dziwo sprawnie sobie z nią radzi. Mimo iż wcześniej nie potrafił wybić się ponad posadę skryby.
No i wreszcie trzeci wątek, który z początku wydawał mi się najbardziej obiecujący, czyli losy czarownika Mereditha, który wplątał się w sprawy bogów i na ich polecenie wypowiada wojnę swojemu zakonowi. No może nie jest to dosłowna wojna, bo mężczyzna rozumem chyba nie grzeszy, chociaż na początku wydawał się najbardziej rozgarniętą z postaci stworzonych przez Ziemiańskiego.
Książka jest koszmarna pod każdym względem! Bohaterowie są idealnie nijacy, pełno jest błędów rzeczowych i merytorycznych. Zdarzało mi się odnosić wrażenie, że sam autor nie był do końca pewien, co i w jaki sposób napisać, wiec wrzucał wszystko jak leci, bez jakiegokolwiek zastanowienia. Kobiety są traktowane z niespotykaną wręcz przedmiotowością, a do tego wszystko, co z nimi ma związek przypomina kiepski film prono przepleciony z niewybrednymi fantazjami autora. A do tego dochodzi brak jakiegokolwiek researchu i koszmarne błędy rzeczowe. No błagam, jak można twierdzić, że mrówka nie oddycha, bo nie ma płuc?! No przecież zmieniający się w nią mag by się udusił, a przecież chwilę wcześniej zamieniając się w orła omal nie umarł, gdyż został mu normalny ludzki mózg. No to ja chyba czegoś nie rozumiem? Chwilę później przecież Meredith zamienia się w wirusa, a ten z biologicznego punktu widzenia nie jest ani żywy, ani martwy.
Jednak same błędy w rozumieniu biologii nie świadczą o idiotyzmie książki (chociaż w moich oczach to jest duża żółta kartka). Nie wiem skąd Ziemiański wziął tych bohaterów, ale tytułowa Achaja, która miała byś bystrą i śliczną dziewczyną nagle okazuje się pozbawioną jakiegokolwiek charakteru i rozumu laleczką, którą bez trudu wszyscy żonglują. Sirius jest niewiele lepszy. Głąb jakich mało, co już na samym początku zauważył Zaan, ale mimo to ambitny plan niegdysiejszego świątynnego skryby działa, bo całe otoczenie wyraźnie ignoruje brak jakichkolwiek procesów myślowych w głowie podstawionego księcia. Gdyby Ziemiański trzymał się w tym momencie swoich początkowych założeń to plan powinien sypnąć się w początkowym etapie, a dwaj podsądni powinni zgnić w lochach. 
Język jakim napisano "Achaję" ciężko traktować poważnie, gdyż trąci grafomaństwem jakich mało. Dialogi toporne poprzerywane niepotrzebnymi, ogromnie rozbudowanymi opisami, co sprawia, że trzeba się wracać, by przypomnieć sobie co głupiego powiedział Sirius albo jakim popisem inteligencji błysnęła Achaja. Sceny akcji, bo walkami nazwać tego nie można są często wręcz idiotyczne, a całe to gadanie o szermierzu natchnionym wychodziło mi wręcz bokiem. Cały czas miało się ochotę za Kmicicem powiedzieć "Kończ waść, wstydu oszczędź!".
Po za tym książka momentami (bardzo licznymi) przypomina kiepskie porno albo niewybredne fantazje seksualne na temat kobiet, które zostały przez autora sprowadzone w zasadzie do funkcji seksualnych niewolnic. I albo są kochankami idealnymi albo tak fatalnymi, że mężowie wolą wszczynać wojny by móc korzystać z usług dziwek. Gdy zaś czytałam opis jak to torturowano Achaję żeby wymóc na jej ojcu coś tam. Już nawet nie pamiętam, co chcieli uzyskać, ale doskonale pamiętam jak wyglądały tortury. Potem zastanawiałam się po jakiego grzyba torturowano ją tak by nie zostały ślady, a za chwilę wysłano ją jako niewolnicę na pustynię.
Autor chyba sam nie do końca wiedział jak zbudować swoją historię i bezkrytycznie wrzucał do niej wszystko i tworząc bohaterów o wątpliwym intelekcie. Nie polecam i ostrzegam. Tak kiepskiego fantasy jeszcze nigdy w rękach nie miałam.

środa, 30 lipca 2014

La Belle et la Bete

No i znów siadam wieczorem do komputera, ale po raz kolejny zamiast skupić się na pracy myślami błądzę gdzieś indziej. Tym razem wycieczkę po niebieskich obłokach zafundowali mi Francuzi i jedna z piękniejszych baśni jakie znam, czyli "Piękna i Bestia". Po za tym słonko na rybach dało mi się troszkę we znaki, więc miałam pełne prawo odpłynąć gdzieś do baśniowej Francji.
Większość z nas zna te historię pewnie w wersji disnejowskiej i choć jak wiadomo nie jest to może jej najwierniejsze przedstawienie to sens pozostaje ten sam. Wersja reżysera Christopha Gansa również nie jest idealnym odwzorowaniem tej opowieści jednak jest już bliższa oryginałowi, bo ojciec Belli nie jest szalonym wynalazcą, a zubożałym kupcem, nie ma też durnego Gastona, który chce zmusić piękną dziewczynę do ślubu przez szantaż.
Opowieść zaczyna się jak w większości ekranizacji baśni. Kobieta opowiada dzieciom na dobranoc historię, w którą na początku wplatane są pojedyncze Rok obrazy, by później całkowicie przenieść się do roku 1720, w którym faktycznie wszystko się dzieje.
Po zatonięciu statków bogatego kupca. Ojciec wraz z sześciorgiem dzieci musi przenieść się do domku na wieś. Każde z szóstki dzieci przeżywa to na swój sposób i jedynie najmłodsza Belle koniec końców znajduje w tej sytuacji jakieś pozytywne aspekty. Kiedy pojawia się możliwość odzyskania majątku ojciec wraca do miasta chcąc odzyskać własność, a przy okazji spełnić marzenia córek, które zażyczyły sobie sukien, szali i innych skarbów. Jednak, gdy okazuje się, że powrót do dawnej świetności jest niemożliwy z powodu nierozsądnego podpisania weksli i musi uciekać, gdyż dowiedział się o długach najstarszego syna wraca do domu z niczym. Po drodze gubi się w lesie i trafia do zamku Bestii, gdzie otrzymuje wszystko z listy dwójki córek. Kiedy ma wracać zatrzymuje się by z ogrodu ukraść różę dla ukochanej Belli. Bestia przyłapuje go na tym i daje mu jeden dzień na pożegnanie się z rodziną, po tym czasie ma wrócić by zginąć za kradzież kwiatu. Belle nie chce się na to zgodzić i postanawia poświęcić siebie. Na miejscu okazuje się, że to nie śmierć ją czeka, a życie na zamku w towarzystwie dziwnego gospodarza, którego widuje tylko wieczorami. Bestia zaczyna ją co raz bardziej intrygować, na dodatek potrafi mu brutalnie wygarnąć co myśli o jego zachowaniu i czasem człowiek zastanawia się kto tu faktycznie jest bestią. Po za tym jest wątek, który uwielbiam w tej opowieści, czyli poznawanie zaklętego księcia przez sny.
Film jest bardzo ładny, można się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest piękny wizualnie. Obrazy, ujęcia i efekty specjalne są niesamowite i tak dobrane, żeby nadać wszystkiemu mocno baśniowy klimat. Czułam się trochę tak jakbym przerzucała kolejne strony książki z niesamowitymi ilustracjami. Aktorzy też wypadli bardzo dobrze. Léa Seydoux spisała się bardzo dobrze i pokazała taką Belle, przy której ta z Disneya może się schować. Uparta, wyszczekana, ciekawska, a przy tym delikatna kobietka, która potrafi być dobra dla całego świata. Vincent Cassel również nie ustępował pola swojej filmowej partnerce. Zarówno grając księcia, który nie potrafił gany swoją rządzą zdobycia łani dotrzymać przyrzeczenia złożonego żonie oraz grając Bestie, która musi sprawić, że Belle go pokocha takim jakim jest, choć pewnie wolałaby od niego uciec jak najdalej potrafi.
Niestety jest w tym filmie jeden spory minus. Historia kończy się zbyt szybko i wygląda to troszkę tak jakby
reżyser został zmuszony do wycięcia sporej części środka. Przez to miałam wrażenie, że Belle zakochuje się w Bestii troszkę z niczego. Szkoda, bo mogło to potrwać troszkę dłużej i na pewno nie byłoby to ze szkodą dla oglądającego (ciekawe, czy mają jakąś wersje reżyserską, czy taki bonusy to tylko u Jacksona).
Nie mogę zapomnieć o jeszcze jednej i chyba dla mnie najważniejszej rzeczy! Film jest po francusku! Naprawdę nie mogło być lepiej. Piękne obrazy i piękny język, po prostu się rozpłynęłam od pierwszych słów, które padły podczas filmu. W takich momentach zaczynam tęsknić i rozpaczać nad tym, że nie mam z kim rozmawiać w tym pięknym języku. I dziwię się sobie, że był okres, w którym narzekałam, że muszę się go uczyć, a teraz  je suis enchante...
Film polecam i dużym, i małym, bo to naprawdę pięknie zmontowana historia, w której nie ma tylu dziwacznych bohaterów, a jest magia w najczystszej postaci. Z pięknymi obrazami, cudowną muzyką i jedną z moich najukochańszych historii.




Źródła ilustracji:
http://www.filmweb.pl/film/La+Belle+%26+la+b%C3%AAte-2014-656677/photos/473670

piątek, 21 marca 2014

Sezon burz, czyli fanfiction w wykonaniu Sapkowskiego

Dużo o "Sezonie burz" słyszałam, przeczytałam też całkiem sporo recenzji, jedne radziły raczej chłodne i zdystansowane, inne wychwalały nowe dzieło Sapkowskiego pod niebiosa. Opowieści o wiedźminie Geralcie z Rivii przeplatały się u mnie niemal przez cały okres szkolny, więc trochę nie wiedziałam co zrobić. Sagi, co prawda nie trawiłam, ale opowiadania jeszcze do końca liceum czytałam wielokrotnie i z dużą przyjemnością, więc trochę mnie ten dysonans zdziwił. Postanowiłam, więc nie lecieć na łeb na szyję do księgarni jak miałam w planach, ale grzecznie poczekać na swoją kolejkę w bibliotece. Niestety muszę stwierdzić, że była to chyba najlepsza decyzja jaką mogłam zrobić.
Zaczyna się zgrabnie, jak w opowiadaniach od polowania i ubicia potwora dręczącego ludzi. Kłopoty zaczynają się jednak w pewnym maleńkim państewku, gdzie Geralt w wyniku manipulacji pewnej czarodziejki zostaje zamknięty w lochach oskarżony o przekręty finansowe, a potem wypuszczony za kaucją wpłaconą przez tę samą czarodziejkę. Jeszcze większe kłopoty zaczynają się, gdy okazuje się, że ktoś ukradł jego miecze. Tym sposobem białowłosy wiedźmin zostaje wplątany w gierki rozgrywające na pałacu w Kerack, zamku czarodziei w Rissbergu i machinacje pewnego łotra, który chce rządzić. To tak w telegraficznym skrócie.
Niby wszystko fajnie. Są potwory zarówno ludzkie, tworzone przez ludzi oraz istoty ze świata legend. Są kłopoty i dylematy przed którymi staje Geralt. Są starzy bohaterowie, próbujący sobie jakoś radzić z tym co im autor funduje. Niestety jest jedno bardzo duże "ALE". "Sezon burz" przypomina bardziej średniej klasy fanfic niż książkę pisaną przez AS'a. Jeszcze gorzej to wygląda jak sobie człowiek uświadomi, że to AS napisał fanfic do własnej twórczości! Inaczej tego nie mogę nazwać i jest mi z tego powodu bardzo przykro, bo zaczęło się naprawdę bardzo ciekawie, a apetyt na przeczytanie książki z przyjemnością definitywnie odebrały panie z kordegardy w Kerack (kto czytał ten wie) i uwierzcie, że nie było nic bardziej obrzydliwego i żenującego. Nie przeszkadzały mi nawet flaki rozwleczone po wiosce.
Kuleje wszystko. Od klimatu, którego w zasadzie nie ma bo umknął gdzieś między jedną intrygą, a drugą pozostawiając jedynie swoje nikłe wspomnienie. Kto czytał wcześniejsze dzieje wiedźmina ten wie, że klimat był jednym z głównych atutów. Sapkowski potrafił zbudować porażający klimat nawet w króciutkim kilkustronicowym opowiadaniu, a tu mamy go jak na lekarstwo. Barwnych postaci też brak. Niby jest opętany czarodziej  i jego szalone eksperymenty, ale jest boleśnie przerysowany, sztuczny, a jego motywacje chyba są tylko wynikającym z powietrza kaprysem autora. Koral jest zlepkiem kilku bohaterek ze starego cyklu i bardziej irytuje niż przekonuje. Ja w każdym bądź razie na miejscu Geralta nie robiła do niej maślanych oczu, bo może po za kolorem włosów nie było w niej nic wartego uwagi. O wiele ciekawszą postacią była jej asystentka, ale na nią też w pewnym momencie brakło Sapkowskiemu pomysłu.
Jeszcze bardziej przykro mi się zrobiło, gdy z Geralta, który wyróżniał się na tle innych bohaterów nie zostało za wiele po za białymi włosami. W niektórych momentach charakteryzuje się kompletnym brakiem myślenia (czego wcześniej nie było). Chociaż doskonale zna charakter czarodziei, to niezwykle łatwo daje się wmanewrować w ich intrygę. Niesłychanie ułatwia to też kompletny brak myślenia i łatwe wpakowanie się w cos w rodzaju związku z Koral. To był cios poniżej pasa. jedynym bohaterem, który zachowuje się tak jak kiedyś jest chyba Jaskier.
Strasznie brakuje tu też dialogów. Zarówno pod względem jakości i ilości. Pojawiają się one rzadko i najczęściej są to monologi jakichś opętańców. Kiedy już się jakaś rozmowa wywiąże to brakuje humoru i ciętych ripost, a jak pojawiają się głębsze myśli to brzmią aż za bardzo patetycznie.
Do tego wszystkiego muszę jeszcze dorzucić prześladujące mnie przez całą książkę deja vu. Cały czas miałam wrażenie, że to wszystko już kiedyś było, ale w jakiejś innej dużo lepszej formie. Wrażenie to pogłębiał jeszcze taki bardzo śmieszny zabieg. Na początku rozdziału Sapkowski pisał jedno zdanie, po czym prowadził historię zupełnie w inną stronę, by po jakimś czasie znów zacząć od tego zdania. Za pierwszym razem odniosłam wrażenie, że musiała mi zakładka w torebce wypaść i, że już ten fragment czytałam wcześniej. Kiedy pojawiło się to kilka razy już aż takiego szoku nie było, ale dalej miałam wrażenie, że po sto razy czytam to samo, a strony w książce uciekają.
Książka jak na Sapkowskiego jest mocno przeciętna i chyba nie warta by ją kupować do kolekcji. Będę wredna, ale moim zdaniem książka odpowiada poziomem wszystkiego filmowi Marka Brodzkiego z 2001. To coś jak z "Kłamcą" Ćwieka - początek genialny, a koniec to już równia pochyła.  Gdzieś przeczytałam, że "Sezon burz" to w wykonaniu skok na kasę, ja bym jeszcze dodała rozpaczliwą próbę przypomnienia o sobie, bo wielu teraz wiedźmina kojarzy bardziej z grą niż książką.
Nie mogę jednak powiedzieć, że było całkiem źle. Czasami zdarzały się przebłyski dawnego wiedźmina, ale to zdecydowanie zbyt mało.
Ta książka to chyba moje największe rozczarowanie ostatnich lat. Oczekiwałam chyba zbyt wiele, a dostałam fanfiction Sapkowskiego na podstawie twórczości Sapkowskiego. Jedyne co dobre z tej afery wyszło to fakt, że znów mam ochotę na spotkanie ze starym dobrym Geraltem.

Książka bierze udział w Wyzwaniu Bibliotecznym u MK

niedziela, 26 stycznia 2014

Hobbit: pustkowie Smauga

Nareszcie! W sobotę byłam w kinie na drugiej części "Hobbita". Ci co mnie znają pewnie zastanawiają się dlaczego wybierałam się na niego ponad miesiąc. No cóż... Gdyby nie to, że nie lubię chodzić do kina sama, bo po filmie muszę kogoś zagadać na śmierć to pewnie byłabym już w dniu polskiej premiery, ale albo nikt nie miał czasu albo nagle coś wypadało i plany się sypały. W końcu udało mi się zmotywować mojego szanownego rodziciela, ale niestety pod jednym warunkiem. Tata powiedział, że pójdzie ze mną pod warunkiem, że nie będzie napisów. Musiałam więc obejrzeć film z polskim dubbingiem, ale o tym za chwilę.
Kto czytał oryginalnego "Hobbita" ten wie czego się spodziewać i chyba nie muszę streszczać historii o tym jak to Bilbo Baggins dołącza do szalonej wyprawy trzynastu krasnoludów. W książce dzieje się dużo, nawet bardzo dużo jak na książeczkę, która ma raptem 200 stron. Mój pierwszy foch o filmową adaptację "Hobbita" był taki, że rozbito ją na trzy części i w zasadzie do wczoraj zastanawiałam się, co też ten Peter Jackson nawymyślał, żeby przygody Bilba, Gandalfa i spółki rozdmuchać na 9 godzin filmu, podczas, gdy mi wchłoniecie oryginału zajmuje raptem trzy. No i już wiem.
Historia rozpoczyna się niewielką retrospekcją, w której Gandalf i Thorin Dębowa Tarcza spotykają się w Bree w karczmie "Pod rozbrykanym kucykiem" (gdzieżby indziej mogli się przecież spotkać?). Dodatkowo kto był uważny zaraz na samym początku mógł zobaczyć szanownego reżysera w filmie.
Kiedy już dowiadujemy się jakie motywy kierują wspomnianymi panami nagle przenosimy się w dalszy ciąg historii, w której Bilbo jak to na złodzieja przystało został wystawiony na czujkę i potem leci z górki. Wizyta w domu Beorna, tarapaty w Mrocznej Puszczy, brawurowa ucieczka w beczkach, kłopoty w Mieście na Jeziorze i w końcu randka ze Smaugiem Straszliwym.
No i tu się zaczyna radosna twórczość własna reżysera i scenarzystów, bo film z książkowym oryginałem ma całkiem sporo wspólnego, ale też masę rzeczy, o których Tolkien słówkiem nie wspomniał.
Tak więc pojawiają się orkowie, którzy prześladują Thorina i jego kompanię, pojawia się Nekromanta, który koniec końców okazuje się jednym z dziewięciu (Ci co znają Władcę Pierścieni wiedzą o kogo chodzi). Ucieczka w beczkach jest o wiele bardziej brawurowa niż w książce. Do tego wszystkiego pojawia się jeszcze Legolas i dziwaczny wątek miłosny, który przyprawiał mnie o parskanie śmiechem w kinie (co chyba nie bardzo spodobało się pani, która siedziała obok mnie). No i jeszcze ta szalona walka ze Smaugiem pod Górą. szaleństwo w czystej postaci, ale to sprawiło, że końcówka była mocna, choć nie do końca taka jak się spodziewałam.
O ile pierwsza część była dość mocno osadzona na książce Tolkiena, to "Pustkowie Smauga" jest radosną wariacją na jej temat, w której Peter Jackson upycha nawiązania do "Władcy Pierścieni". W niektórych przypadkach bywa to piekielnie irytujące, bo wiem, że nie powinny się tam znaleźć.
Oprócz tego była w całym filmie jeszcze jedna irytująca rzecz. Niektóre sceny wydawały mi się zbyt długie, niepotrzebnie rozwleczone, co powodowało, że przez pierwszą połowę filmu brakowało nieco dynamiki.
Warto też wspomnieć o polskim dubbingu. Spodziewałam się jawnego koszmaru, zwłaszcza, że Smaug w wykonaniu Benedicta Cumberbatcha jest niesamowity, po za tym aktorzy mają genialne akcenty i bałam się, że cała przyjemność słuchania dialogów mi gdzieś umknie. Na szczęście moje obawy okazały się trochę na wyrost i choć Gandalf nie mówił genialnym głosem McKellena, a Wiktora Zborowskiego byłam to w stanie przełknąć. Aktorzy podkładający głosy postarali się, choć dalej zamiast Jacka Mikołajczyka wolałabym słyszeć Cumberbatcha w roli Smauga.
Mimo, że jestem freakiem na punkcie twórczości Tolkiena i czasem bym za te wszystkie pomysły najchętniej zamknęła reżysera w jakimś lochu to muszę przyznać, że film bardzo mi się podobał. Smok był idealny! Znów miałam przyjemność z Gandalfem i Bilbem oraz tą całą wesołą gromadką, choć w wydaniu, które nie było wierne literackiemu ideałowi książki dla dzieci.


Źródła ilustracji:
1.fwcdn.pl/po/98/67/469867/7552619.3.jpg
www.filmweb.pl/film/Hobbit%3A+Pustkowie+Smauga-2013-469867#picture-1
static3.wikia.nocookie.net/__cb20121225145947/lotr/images/d/dd/Smaug_eye.jpg


środa, 8 stycznia 2014

Lotos musi kwitnąć... Lotos musi spłonąć!

Steampunk kojarzy mi się raczej z dziewiętnastowieczną Europą, rewolucją techniczną i tym, co w swoich książkach pokazywał Verne, ale nieco bardziej podkręcone. Nurt o bardzo ciekawej stylistyce, która nadaje strojom wiktoriańskim całkiem spory pazurek i jest to bardzo miłe dla oka. Na dodatek pojawia się tam oprócz dziwacznych wynalazków odrobina magii. Czyli na pierwszy rzut oka powinno to być coś, co tygryski lubią najbardziej. Mi jednak nie było raczej po drodze ze steampunkiem, aż do teraz.
Jak pisałam ostatnio w ramach książkowego rewanżu kuzynka pożyczyła mi "Tancerzy burzy", czym tak na dobrą sprawę od razu rzuciła mnie na głęboką wodę, bo nie dość, że to opowieść utrzymana w steampunkowym klimacie to na dodatek dzieje się w Japonii lub gdzieś w podobnym miejscu.
Świat wysp Shima jest skażony i stale zatruwany przez czerwony lotos, który paradoksalnie pozwala działać wszystkim maszynom jakie w tamtym świecie funkcjonują. Lotos jest materiałem na chi - paliwo, które Gildia tworząca technikę w świecie Shimy wykorzystuje do zasilania wszystkich swoich wynalazków, jest też narkotykiem, w którym ludzie szukają ucieczki od otaczającej ich rzeczywistości. A ta w cale nie jest taka piękna. Lotos wyjaławia ziemię, spaliny chi zatruwają powietrze do tego stopnia, że trzeba nosić ochronne gogle i maski (jeżeli kogoś oczywiście stać), śmiertelnie trujący pył spowija miasta gęstym smogiem, który powoduje, że ludzie masowo umierają na raka zwanego czarnopłucem. Nie ma świeżego powietrza, wody, czystego nieba, a ziemia zniszczona przez lotos tylko pod wpływem silnego nawozu jest coś w stanie urodzić, ale i też niezbyt długo.Do tego wszystkiego dochodzi system kastowy, którym niepodzielną władzę sprawuje szalony shogun, który głową państwa został w wieku trzynastu lat i już w tedy był okrutny do tego stopnia, że bez mrugnięcia okiem kazał zabijać kobiety, dzieci, a nawet całe rodziny dla kaprysu lub za coś co wydawało mu się zniewagą. Ludzie są jednak zaślepieni i ze strachu  nie mają siły na zadawanie niewygodnych pytań. 
Szale goryczy pewnej młodej dziewczyny przechyla rozkaz shoguna, w którym każe schwytać mityczną bestię, która dawno wyginęła. Yukiko i jej ojciec, który jest cesarskim łowczym nie wierzą, że tygrys gromu istnieje. Misja wydaje się nie mieć sensu i, że jej końcem będzie śmierć w cesarskich lochach, gdy nagle mityczne zwierzę się pojawia. Łowczym udaje się złapać arashitorę, ale gdy już są prawie u celu statek, którym lecą rozbija się.
Kapitan z ojcem dziewczyny ratują za wszelką cenę ludzi zostawiając złapane zwierzę na pastwę losy. Yukiko się to nie podoba i ratuje mityczne stworzenie, które zaraz potem rewanżuje się i ratuje jej życie. tak się rozpoczyna przyjaźń między młodą dziewczyną, która dostrzega więcej niż inni i mityczną bestią, którą chciał zniewolić szalony shogun. Dziewczyna razem ze swoim gryfim przyjacielem uruchamiają zmiany, które wstrząsną światem.
Pierwsze słowo jakie mi się nasunęło po przeczytaniu tej książki to: wow!. Jay Kristoff napisał coś co tematycznie i nieco fabularnie wpisuje się w klimat "Diuny". Mamy systematycznie niszczone i ciemiężone społeczeństwo, jest mityczna postać, która ma uratować świat albo przynajmniej uruchomić pewien ciąg wypadków i mocno ekologiczne przesłanie. Powiedziałabym, że nawet bardzo łopatoligicznie i brutalnie pokazuje jak człowiek może dać się omamić technice, która najpierw jest dla niego, a potem przejmuje nad nim kontrolę, czego ewidentnym przykładem są połacie martwiej ziemi po uprawie lotosu i członkowie Gildii, którzy całkowicie poddali się swoim wynalazkom.
Jest to powieść o miłości, zdradzie, poświęceniu, przyjaźni, rozumieniu honoru i zaślepieniu strachem bądź głupotą, które niszczy świat. Napisana niesamowicie emocjonalnie, przez co jeszcze bardziej oddziałuje na wyobraźnię. 
Świat oglądany jest oczami młodej wchodzącej w dorosłe życie dziewczyny, która musi na co dzień zmagać się z nałogiem ojca i tym, że jest w stanie przepalić wszystkie pieniądze. Brakuje jej matki, która bardzo szybko zniknęła z jej życia i tęskni za czasami kiedy była małym dzieckiem żyjącym w nieskażonym miejscu należącym do klanu Lisa. Yukiko musiała bardzo szybko dorosnąć, ale dalej pozostaje wrażliwa na krzywdę ludzi i zwierząt, co widać chociażby w momencie kiedy pyskuje szalonemu szogunowi, który chciał zabić szczeniaka należącego do siostry tylko dlatego, że ten ugryzł ją w palec. Chce widzieć świat czarnym albo białym i nie zawsze rozumie dlaczego ojciec nie sprzeciwi się swojemu zwierzchnikowi, przez co też miedzy nimi dochodzi do kłótni.
Mamy możliwość obserwowania jak dziewczyna dorasta do pewnych rzeczy i jak bardzo się zmienia pod wpływem tygrysa gromu, który także zmienia się pod wpływem Yukiko. Patrzymy jak rodzi się niesamowita więź, która dla ludzi staje się mitem już w czasie jej trwania.
Pozostałe postacie też są bardzo ciekawe np. szalony szogun, czy do tego stopnia ślepy, zapatrzony w swego zwierzchnika i źle rozumiany honor samuraj pan Hiro, który zdradza kochającą go dziewczynę i wydaje ją na śmierć.
Czy jest coś co mi przeszkadzało? Jest parę takich rzeczy, ale raczej niewiele. Irytowały mnie łańcuchowe katany i brak przypisów tylko słowniczek. Zrobiłam się troszkę leniwa, ale tez nie chciałam przerywać czytania z dosłownie wypiekami na twarzy żeby sprawdzić np. co to jest hadanashi, czy gaijin.
Co z tym całym steampunkowo-japońskim klimatem? Trochę rzeczy mnie irytowało, ale po za tymi paroma zgrzytami czułam się tak jakby to, co opisywał Kristoff była najzupełniej w świecie normalne. Zgrabnie wpasował ten mechaniczny świat rodem z XIX wiecznej Europy w japońskie ramki. Wyszło bardzo naturalnie, bez sztuczności i zadęcia. Zgrabnie opisywane przedmioty, ludzie, ich mentalność i dziejąca się katastrofa ekologiczna. Jednym słowem: wow!
Jestem pod ogromnym wrażeniem i chcę jeszcze! Z niecierpliwością będę czekać na kolejne tomy cyklu o wojnie lotosowej i dziejach Tancerki Burzy. Z czystym sercem mogę polecić te książkę każdemu, nawet tym którzy z sci-fi w jakimkolwiek wydaniu nie są za pan brat. Bo w tej książce sci-fi przeplata się z fantasy z tak dużym ładunkiem emocjonalnym i akcją rozpędzająca się jak śnieżna lawina, że na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. 
Dawno nie miałam takiego czegoś w ręce i ja chce jeszcze więcej!


Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytamy polecone książki

Źródło ilustracji:
www.empik.com

środa, 13 listopada 2013

Szewc z Lichtenrade, co ukradł...

Nie powiem, co ukradł wspomniany szewc bo nie będzie zabawy, a jeśli ktoś chce koniecznie wiedzieć to niech wędruje do najbliższej biblioteki i pyta o "Szewca z Lichtenrade" Andrzeja Pilipiuka.
Jest to zbiór dziesięciu różnych opowiadań, które nie mają nic wspólnego z najsłynniejszym bohaterem, dla którego pan Andrzej rzucił robotę archeologa. Pojawiają się jednak inne postacie znane przede wszystkim z różnych zbiorów opowiadań np. antykwariusz Robert Storm, archeolog o wyglądzie wkurzonego krasnoluda (bez aluzji do wyglądu pisarza!) Olszakowski, czy ogarnięty swojego rodzaju szałem uzdrawiania narodu doktor Skórzewski. Są to postacie dobrze znane fanom Pilipiuka, który znakomicie sprawdza się zarówno w krótkich opowiadaniach jak i pełnowymiarowych powieściach. 
Kiedy brałam ten zbiór opowiadań do ręki liczyłam po cichu na absurdalną jazdę bez trzymanki, ale jak to się w praktyce okazało moje wyobrażenia nijak się miały do rzeczywistości. Opowiadania są różne, zarówno w tematyce jak i klimacie. Poruszają różne tematy od alternatywnych rzeczywistości, gdzie Hitler ledwo umie uzbierać na czynsz, przez szukanie ducha, który trapi całą miejscowość po tajemniczą wyprawę na Wyspę Niedźwiedzią w poszukiwaniu tajemniczych gęsi Filaretowa.
Jedne opowiadania są zabawne jak np. to, w którym  Saamowie pomagają dr Olszakowskiemu uratować wykopaliska. Inne są absurdalne jak to, w którym Skórzewski wypowiada wojnę ciemnocie i zabobonom obcinając kołtuny w pewnej wiosce. Pojawiają się też jednak takie bardziej poważniejsze, tak trochę w klimacie "Kuzynek". Pisarz uderza w pewne struny, by wywołać refleksję, ale okrasza to swojego rodzaju humorem, który chroni przed wpadnięciem w depresję. Tak jest np. w tytułowym "Szewcu z Lichtenrade".
Co ciekawe Pilipiuk równie dobrze radzi sobie z narracją pierwszoosobową i narratorem wszechwiedzącym. Ja z reguły nie przepadam za tym pierwszym rodzajem prowadzenia opowiadania, bo mam wrażenie, że główny bohater i przy okazji opowiadacz popada w samozachwyt. Twierdzi jaki to nie jest super i tak dalej. Jednak tym razem opowiadania, w których swój świat przedstawiał nieco dziwny antykwariusz poszukiwacz Robert Storm bardzo mi się podobały. Miały świetny klimat, a bohater był człowiekiem z krwi i kości, o czym już wybitnie świadczy fakt, że jako typowy facet nie za bardzo rozumiał swoją dziewczynę i pojęcie "romantyczna randka".
Każdy powinien w tym zbiorku znaleźć coś dla siebie. Nawet jeśli z fantastyką jest na bakier to światy równoległe, duchy, czy ożywające przesądy powinny być w wydaniu Pilipiuka bardzo łatwo wchłanialne i przyjemne w odbiorze.
Pisząc o "Szewcu z Lichtenrade" warto wspomnieć choć troszeczkę o samym wydaniu. Tym razem Fabryka Słów poszła czytelnikowi bardzo na rękę. Książka jest lekka, w miękkiej okładce, która jest odporna na wszelakiego rodzaju poniewierania się w torbie. Dodatkowo ma bardzo fajny patent w postaci tasiemki pełniącej rolę zakładki. Zerowe ryzyko, że wypadnie i zgubi się podczas transportu książki.
Po za tym jest to typowa fabryczna książka. Okładka z błyszczącymi elementami i czarno-białe ilustracje, które mają się wpasowywać w klimat opowiadań. Z tych w tym wydaniu podoba mi się tylko jedno do opowiadania "W okularze stereoskopu", a pozostałe mam wrażenie, że są bardzo podobne do siebie. Za to wnętrze okładek bardzo mi się podoba. Mapa Berlina, który pojawia się w pierwszym i ostatnim opowiadaniu jest ciekawym manewrem.
No to tyle. Pilipiuka polecam w zasadzie wszystko oprócz "Dzienników norweskich", które mi jakoś za specjalnie nie podeszły. Ten zbiór opowiadań jest fajny, a opowiadania łączy kilka motywów przewodnich, a co bardziej spostrzegawczy uśmieją się z pewnych aluzji, które autor zamieścił w tekście.

piątek, 1 listopada 2013

Wojna w blasku dnia, którą najchętniej zamiotłabym pod dywan

Kiedy dorwałam "Malowanego człowieka" to z miejsca się zakochałam i jak głupia czekałam na kontynuację, bo chciałam wiedzieć jak potoczyły się losy Alrena, Leeshy i Rojera. Polubiłam tych bohaterów, ciekawe historie i pomysł na jaki wpadł Peter V. Brett. Kolejne strony pochłaniałam w tempie zastraszającym, obserwując jak ta trójka rzuca światu w jakim im przyszło żyć wyzwanie. Jak dorastają i zmieniają się pod wpływem nowych doświadczeń. jak radzą sobie z otchłańcami, które nocą rządzą światem niepodzielnie. Strasznie żałowałam, że są tylko dwa tomy. Kiedy wiec dowiedziałam się, że są następne części to bez zastanowienia wzięłam obie "Pustynne Włócznie" i ... Rozczarowałam się tak bardzo, że wydawało mi się, że bardziej już chyba nie można. Niestety dostałam w bibliotece "Wojnę w blasku" dnia, bo pani bibliotekarka pamiętała, że czytałam wcześniejsze tomy cyklu demonicznego.

Nie będę może przypominać i zarysowywać fabuły z poprzednich części, bo zajęłoby to zbyt wiele czasu. Warto jednak wspomnieć, że tamten świat kiedyś przypominał trochę nasz, ale coś się stało i nagle wrócił gdzieś na poziom Średniowiecza. Ludzie zapomnieli i zaczęli się chować za magicznymi barierami przed demonami, które rządzą nocą. Nie wiedzą jak sobie z tym radzić i wolą uciekać przez co co raz bardziej zapominają nawet runy, które ich chronią. W takim świecie przyszło żyć bohaterom książek Bretta, ale w pewnym momencie postanowili się temu przeciwstawić i tak Leesha stała się najlepszą zielarką jaką znał świat, Arlen podróżując jako Posłaniec poznawał inne kultury i szukał wskazówek jak walczyć z otchłańcami, a Rojer dowiedział się, że może panować nad potworami swoją muzyką.
W "Wojnie w blasku dnia" widzimy świat, który zaczynają zalewać i w brutalny sposób zdobywać Krasjanie. Lud z pustyni, który swoją kulturą strasznie przypomina kulturę arabską. Jednak ta część skupia się bardziej na rozgrywkach politycznych na dworze człowieka, który twierdzi, że jest oczekiwanym wybawicielem i siłą podporządkowuje sobie świat. Jednak nie jest do końca świadomy, że to jego rządna władzy i opętana myślą o stworzeniu Wybawiciela żona stara się nim sterować. Do tego w te rozgrywki wplątuje się Leesha i Rojer, którzy chcą poznać siłę Krasjan i w jakiś sposób ochronić swoich rodaków przed najeźdźcami.
Wszystko byłoby fajnie, gdyby ta część jakoś się kleiła. Niestety tak nie było. Gdy zaczęłam czytać o losach
Inevery, która została brutalnie oddzielona od rodziny by pobierać nauki i stać się najbardziej wpływową kobietą w świecie, gdzie zwykłe kobiety nie miały nic do powiedzenia, byłam pod wrażeniem. Brett stworzył ciekawą postać, która miała duży potencjał do rozwoju. Kilkuletnia dziewczynka siłą wyrwana może nie z komfortowych warunków domu rodzinnego i oddzielona od ukochanej matki brata, nagle zostaje rzucona w brutalny i hermetyczny świat kobiet, które potrafią korzystać z magii zawartej w kościach otchłańców. Poddawana morderczemu treningowi, rygorystycznej nauce i codziennym szykanom wyrasta na twardą kobietę, która jest w stanie wziąć los w swoje ręce. Niestety to, co mogło być wspaniałą historią na mój gust zostało zmarnowane. Z góry zaznaczam, że nie oczekiwałam, że z Inevery wyrośnie prawa i łagodna kobieta używająca swojej władzy z mądrością. Wręcz przeciwnie. Najbardziej denerwowało mnie to, że było to opowiadane bez jakiejkolwiek chronologii. Raz nasza bohaterka była małą dręczoną dziewczynką, a raz dorosłą bezwzględną kobietą, która żeby przyspieszyć swoją sukcesję nie zawaha się zabić. Do tego wszystko było okraszone pretensjonalnymi i nagminnymi opowieściami o tym jak to dama'ting potrafią na 77 sposobów zaspokoić mężczyznę. Byłabym to w stanie zrozumieć, gdyby seks był podstawową siłą tych kobiet, ale z tego co autor sugerował to ich szkolenie było o wiele ciekawsze niż nauka kręcenia tyłkiem przed leżącym facetem. Naprawdę wolałabym poczytać o tym jak Inevera uczyła się chociażby pisania runów, ale no cóż... Dostałam kobietki w przezroczystych szatach z dzwonkami na kostkach.
W cale nie lepiej było z wątkiem Leeshy i Rojera. Ta kobieta, którą teraz oglądałam w niczym nie przypominała tej silnej i mądrej dziewczyny z "Malowanego Człowieka". Była raczej rozkapryszoną marudą, która wywyższa się i wymądrza, a na dodatek ciągle boli ją głowa. Rojera jeszcze jestem w stanie Brettowi wybaczyć, no bo czego innego można się spodziewać po minstrelu jak ganianie za spódniczkami.
"Wojna w blasku dnia" ma jednak też jeszcze jeden ważny wątek. Jest Arlen i jego narzeczona Renna. To też była porażka, choć sama postać Malowanego Człowieka nie rozczarowała mnie tak bardzo jak postać Zielarki. Nie trudno się było domyślić do czego doprowadzi chłopaka jego pogoń za wiedzą na temat otchłańców i sposobów ich pokonywania połączona z tym, że z desperacji jadł ich mięso. Stało się trochę w myśl zasady: jesteś tym, co jesz. Nie pragnął okrzyknięcia go Wybawicielem, ale sam sobie na to zapracował swoim zachowaniem, tajemniczością i zdobytą wiedzą. Trochę się szarpie z tego powodu, ale w końcu odpuszcza i domyśla się dlaczego ludzie go tak nazwali. Bardziej denerwowała mnie jego narzeczona Renna Tuner. Och! Ta dziewczyna doprowadzała mnie wprost do szału. Zarozumiała, zaborcza i agresywna, wbrew radom narzeczonego postanowiła jeść mięso otchłańców by mu dorównać. Zdolna zaatakować każdego kto sprzeciwi się lub nie zgadza z Arlenem i zaborcza do tego stopnia, że najchętniej zabiłaby każdą kobietę, z którą kiedyś sypiał jej mężczyzna.
Zastanawiałam się, gdzie podziała się ta ciekawa historia, którą zaserwował Peter V. Brett w "Malowanym Człowieku". Najpierw zepsuł ją "Pustynną Włócznią", a teraz dobił "Wojną w blasku dnia". Kiepskie i strasznie przewidywalne dialogi. Główni bohaterowie zachowujący się tak jakby pozjadali wszystkie rozumy i nieliczący się ze zdaniem innych. Drugoplanowi bohaterowie w przeważającej części to ludzie ślepo podporządkowani Ahmannowi lub Ineverze albo przygłupawi i nierozgarnięci mieszkańcy np. Zakątka.
Niestety rozczarował mnie też mocno Marcin Mortka, który tłumaczy całą serię. Czasem miałam wrażenie, że sama też mogłabym to tak przetłumaczyć. Mnóstwo niezręczności i mam wrażenie nieporozumień, czy braku pomysłu jak po polsku napisać to, co stworzył Brett.
Książkę ratują jedynie genialne ilustracje Dominika Brońka, ale o tym, że według mnie to jeden z lepszych
Fabrycznych grafików chyba nie muszę pisać.
Książka mnie mocno rozczarowała i cały mój organizm głośno buntuje się przed sięganiem po tom II. Dlatego wybaczcie, ale tym razem nie pójdę w zaparte i odpuszczę sobie te książkę. Wolałabym zakończyć przygodę z cyklem demonicznym na "Malowanym człowieku", a całą resztę najchętniej bym zamiotła pod dywan i puściła w niepamięć. Ta książka to chyba moje największe rozczarowanie tego roku. Nie polecam, chyba, że ktoś ma wewnętrzną potrzebę poznania całej serii. Mnie tom I "Wojny w blasku dnia" skutecznie z tej potrzeby wyleczył.


Źródła ilustracji:
fabrykaslow.com.pl
podgk.pl

niedziela, 25 sierpnia 2013

Konparuya Gomez, czyli dziwnych książek początek

Pisząc o "Człowieku z wysokiego zamku" Philipa K. Dicka obiecałam, że zacznę prowadzić ranking dziwnych książek, pora więc zacząć się z tej obietnicy wywiązywać. Tym razem będzie więc o "Konparuya Gomez - powrót do Edo"
Kto by nie chciał cofnąć się w czasie i zobaczyć jak żyło się kiedyś w innych epokach? Zobaczyć samurajów, kobiety chodzące w kimonach na co dzień, a w końcu zwykłe życie  bez pośpiechu, komputerów, kart kredytowych, a w końcu i bez tego wszystkiego, co otacza nas dzisiaj, a czego nie zauważamy chyba, że tego zabraknie.
Taką możliwość mają Japończycy z niedalekiej przyszłości, gdyż w środku ich nowoczesnego państwa pojawił się skrawek Japonii z okresu Edo. Malusieńkie państewko, które podobnie jak Japonia z tego okresu jest odizolowane od reszty świata do tego stopnia, że o jedną wizę stara się ponad 300 osób. O tym żeby sie tam dostać marzą wielbiciele filmów o samurajach, wielbiciele historii, ludzie, którzy chcą uciec od wszechobecnego wyścigu szczurów, zbytniej europeizacji, a nawet tacy, którzy skrywają o wiele straszniejsze tajemnice.
O wizę do Edo na prośbę zmarłego ojca starał się Satō Shinjirō, którego rodzina przed piętnastoma laty opuściła to nieuznawane przez resztę świata państewko. Teoretycznie nie miał on zbyt wielkiej szansy na to by ją dostać (na co też zbytnio nie liczył) z trzech powodów: starał się o nią po raz pierwszy, był jednym z setek, więc prawdopodobieństwo wylosowania też było niewielkie i przede wszystkim już kiedyś tam był, a według zasad na wjazd do Edo jest tylko jedna szansa. Kiedy Satō dowiaduje się, że jedzie do Edo ma mieszane uczucia, bo wszystko mówi, że to nie był przypadek. Przypuszczenia bohatera potwierdzają się, gdy trafia do Konparuya -  placówki, w której ma się zaaklimatyzować do nowych warunków.
Okazuje się, że w Edo pojawiła się tajemnicza choroba, która sieje spustoszenie spustoszenie w śród mieszkańców i nie ma na nią lekarstwa. Co ma z tym wspólnego chłopak? Otóż w Edo już kiedyś pojawiła się ta choroba, która w bolesny sposób doprowadzała ludzi do śmierci, a Satō Shinjirō był jedynym, który przeżył kontakt z nią. Nagle spada na niego wielka odpowiedzialność, ponieważ wszyscy twierdzą, że wystarczy jak przypomni sobie to co się z nim działo przed opuszczeniem państewka. Czy aby na pewno?
Książka jak już wspomniałam jest dziwna i argumentów potwierdzających to jest kilka. Wystarczy chociażby to, że ciężko stwierdzić, czy jest to fantasy, science-fiction, kryminał, sensacja albo obyczajówka osadzona w nietypowych realiach. Dlatego każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie i będzie z niej zadowolony.
Autor pisze prostym oraz w miarę przystępnym językiem, co jak na moje kontakty z literaturą japońską jest czymś nowym. "Konparuya Gomez - powrót do Edo" ma bardzo wciągającą, chociaż czasami mocno przewidywalną fabułę. Autor umiejętnie serwuje czytelnikowi odpowiednie dawki napięcia, dzięki czemu ciężko jest się oderwać od książki.
Satō Shinjirō, który najpierw nie bardzo umie się w tym całym szaleństwie odnaleźć, a potem okazuje się, że to wszystko staje się dla niego bardzo ważne. Ciężko też nie wspomnieć o postaci Gomez, z którą też miałam sporo problemów. Na początku nie wiadomo, czy to kobieta, czy mężczyzna, potem dodatkowo okazuje się, że była kiedyś naukowcem. Muszę jednak stwierdzić, że takie dziwactwa właśnie lubię.
Nie jest to też jednak książka czysto rozrywkowa. Satō Shinjirō pokazuje jak może wyglądać zmiana światopoglądu i wyrwanie się z tego nieustannego wyścigu. Co ważne,