piątek, 27 grudnia 2013

Krótko

No i jak zwykle zaliczyłam spore spóźnienie. Kiedy wszyscy znaleźli trochę czasu na życzenia świąteczne ja utknęłam między keksem, toną francuskich ciasteczek i eksperymentalnym ciastem drożdżowym. Tak się utarło, że jestem domowym cukiernikiem. Kiedy podłapałam troszkę czasu to okazało wybyłam z domu i dopiero teraz tak naprawdę udało mi się usiąść do pisania.
Ponieważ kończy się rok 2013 wypadałoby zrobić małe podsumowanie, a o dziwo działo się w tym roku bardzo dużo. Patrząc tylko od strony blogowej to dla mnie naprawdę duży sukces, bo zakładałam, że popiszę kilka miesięcy i na tym się skończy. A tu prawie rok się już ta stronka trzyma i dorobiłam się 14 obserwatorów! Udało się przeczytać 65 książek, które są w zakładce "Przeczytane w 2013" z podlinkowanymi notatkami.
Po za blogowo też działo się piekielnie dużo. Skończyły się jedne studia, zaczęły drugie z tym, że to teraz ja jestem tym, który oceny wystawia (doktorat, czyli ciemna strona mocy jak to mówi siostra). I mimo, że czasem bywało różnie to koniec końców można powiedzieć, że był to dobry rok.
Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wszystkim szczęśliwego Nowego Roku i żeby nie był on gorszy od tego, który właśnie mija.
http://www.tapeciarnia.pl/tapety/normalne/183740_nowy_rok_2014.jpg

niedziela, 22 grudnia 2013

Mesjasz Diuny

Kiedy pierwszy raz wzięłam do ręki "Diunę" byłam oczarowana filmem Lyncha i niemal instynktownie poczłapałam z nią do kasy. Jakiś czas później pewna osoba uświadomiła mnie, że są dalsze części i wcisnęła "Dzieci Diuny". Niestety zanim zdążyłam je przeczytać, to coś się popsuło i książkę powiązałam z bardzo bolesnymi wspomnieniami. Trochę wody musiało upłynąć zanim postanowiłam znów zmierzyć się z kolejnymi częściami sagi Herberta i nie żałuję tego czasu. Człowiek czasem musi do pewnych rzeczy dorosnąć i tak znów zaczęłam swoją przygodę wśród pustynnych piasków Arrakis. 
W "Diunie" obserwowaliśmy jak Paul Atryda z chłopca stawał się mężczyzną, jak stawał się legendą walcząc z Harkonnenami, jak dążył do tego by uwolnić ludzi od prześladowców i w końcu zasiąść na imperialnym tronie. W "Mesjaszu Diuny" obserwujemy konsekwencje tych wydarzeń. Dwanaście lat po tym jak Diuna stała się centrum znanego wszechświata i rozpętaniu dżihadu, który pochłonął życie 61 miliardów ludzi Paul zaczyna dostrzegać w swoich wizjach konsekwencje tych wydarzeń. Jednocześnie wpada w rodzaj czarnej dziury i nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego, a w wizjach pojawiają się pewne nieścisłości. Młody, ale jednocześnie najpotężniejszy imperator w historii zaczyna czuć odrazę do tego wszystkiego, co stworzył i tego, że ludzie nie widzą w nim człowieka, a boga. Boi się też o swoją ukochaną Chani, chociaż wie, że jej śmierć jest nieunikniona.
W międzyczasie przeciwko Muad'Dibowi zawiązuje się spisek, w którym każdy ma jakieś ukryte cele. Wielebna Matka zakonu Bene Gesserit chce za wszelką cenę odzyskać kontrolę nad planem hodowlanym, który zaburzyła Lady Jessica. Nawigator Gildii chce odzyskać kontrolę nad przyprawą, która umożliwia międzygalaktyczne podróże, księżna Irulana pragnie dziecka, a Tancerz Oblicza Scytallus też ma jakiś ukryty cel, ale trudno go odgadnąć. Do tego spisku włączają się też kiedyś najbliżsi współpracownicy, przyjaciele Paula.
W całej książce pojawia się mnóstwo wątków i niedomówień. Są one jednak konsekwencją tego, co Herbert zaczął opisywać w pierwszej części sagi. W świetny sposób autor pokazuje jak Paul, Alia, czy członkowie spisku miotają się pomiędzy dobrem, złem, a swoimi planami.
Paul zaczyna dostrzegać mroczną stronę procesu, który uruchomił, że stworzył religię, która podczas dżihadu wymknęła się spod kontroli i stała się czymś czego on wręcz nienawidzi. Widzi, że ta wojna nie ma sensu i w konsekwencji doprowadzi do zagłady ludzkości. Jest też zmęczony tym, że umiejętności Kwisatz Haderach nie pozwalają mu żyć normalnie i wpada też w swojego rodzaju czarną otchłań, która zaciemnia wizje i nie pozwala znaleźć alternatywnych rozwiązań.
Alia, która ma dorosłą świadomość i zna doświadczenia nie tylko swoje, ale i tych którzy byli przed nią nie jest w stanie do końca pojąć tego jak dorastające ciało wpływa na jej świadomość. Dodatkowo zdaje się widzieć to, czego nie dostrzega Paul, ale bardziej krótkowzroczna.
Ważnym elementem całej książki zdaje się też być ghola, czyli wskrzeszeniec, który na zlecenie spiskowców został stworzony z ciała Duncana Idaho dawnego wychowawcy i przyjaciela Paula Atrydy.Postać ta miota się pomiędzy świadomością, którą dostała podczas wskrzeszania, a tym co pamięta ciało. Jest wierny Paulowi, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że ktoś chce by stał się jego końcem.
Wielebna Matka, która za wszelką cenę chce uchronić plan hodowli Bene Gesserit też się miota pomiędzy poczuciem obowiązku, a złamaniem zasad, których strzegła do tej pory. Nie ma jednak zamiaru cofać się przed niczym by osiągnąć cel.
"Mesjasz Diuny" nie jest książką, w której oglądamy zwyczajne życie bohaterów znanych z "Diuny". Herbert pokazał w nim, że każda decyzja ma swoje konsekwencje i nie każda historia kończy się happy endem. 
Podobnie jak w pierwszej części dzieje się dużo. Zarówno w polityce jak i działaniach podejmowanych przez bohaterów. Znów możemy patrzeć na wydarzenia w pałacu imperatora z różnych perspektyw i zastanawiać się nad tym do czego tak naprawdę prowadzą działania bohaterów. Pisarz odkrywa wszystko przed czytelnikiem stopniowo, to trochę taka pisarska matrioszka. Pełno ukrytych znaczeń i sprytnie przemycanych mądrości. Znaczenia ukryte w znaczeniach. Przez cały czas żałowałam tylko jednego, że nie jest to moja prywatna książka i, że nie mogę bezkarnie wziąć ołówka i podkreślać.
Przyznaję się. Brakowało mi tego sposoby pisania i tego uniwersum. Brakowało mi Paula Atrydy i tego jak radził sobie z sytuacjami bez wyjścia.
Książka jest genialna i chyba dobrze, że zwlekałam z zabraniem się za nią. Musiałam dorosnąć do niej, tak
jak jej bohaterowie. Teraz z niecierpliwością czekam na "Dzieci Diuny", które co prawda już czytałam, ale mam nadzieję spojrzeć na nią z innej perspektywy.
Muszę jeszcze tylko trochę pomarudzić. Tłumaczenie samo w sobie nie było złe, ale było parę rzeczy, które strasznie mnie irytowały np. te nieszczęsne kule świętojańskie. Naprawdę nie dało się wymyślić innej nazwy lub używać tych które zaproponował Łoziński?
Teraz nie pozostaje mi nic innego niż uzbroić się w cierpliwość i czekać aż do biblioteki wrócą "Dzieci Diuny", a ja jakimś sposobem uzbieram ponad 200 zł na uzupełnienie swojej biblioteczki o całą sagę, którą bardzo ładnie wydał Rebis.

Źródło ilustracji:
http://www.sklep.zysk.com.pl/product/image/3026/83-7150-414-4.jpg
http://www.matras.pl/media/catalog/product/cache/1/image/9df78eab33525d08d6e5fb8d27136e95/k/r/kroniki_diuny_komplet_IMAGE1_277386_7.jpg

środa, 18 grudnia 2013

Władcy niebios, kilka sekund od śmierci

No i nie bardzo wiem, co mam z tym fantem zrobić. Najgorsze jest to, że z bibliotecznego stosiku aż trzy wprawiły mnie w taki stan. Pierwszy był "Krzyż Romanowów" Masello, a teraz doszły do tego (i to w dodatku jedna po drugiej!) książki Franka Herberta i Harlana Cobena. Moje oczekiwania zupełnie rozminęły się z tym, co dostałam. Do tego stopnia, że nawet nie bardzo wiem, czy jestem rozczarowana, czy... No właśnie nie wiem jak ten stan określić.

Frank Herbert nierozerwalnie kojarzy mi się z genialną i legendarną wręcz "Diuną". Biorąc do ręki "Władców niebios" liczyłam na coś podobnego. Świetnie napisaną, mądrą i wciągającą książkę.
Niestety nie wiem, czemu nie potrafiłam tego strawić. Sam pomysł był bardzo ciekawy. Pewna nieśmiertelna rasa uciekała przed nudą manipulując mniej rozwiniętymi rasami z różnych planet i kręciła historyjki. Najbardziej popularne okazywały się te o ludziach, prowadzonych przez nich wojnach i zamieszaniach jakie to wprowadzało w życie całych społeczności. Jednak ich twórca został posądzony o naruszenie prawa, ale liczne kontrole nic nie wykazały, co jeszcze bardziej wzmogło podejrzenia zwierzchnika Chemów. W tym celu wysłał kolejnego kontrolera, który też wpada w sieć manipulacji, podobnie jak ludzie, którzy stają się ofiarami nudy tego nieśmiertelnego ludu.
Nie wiem, co mogło pójść nie tak, ale ta książka doprowadzała mnie wręcz do szału. Język jakim była napisana przypominał mi moje wypracowania z podstawówki, ale to w dużej mierze zasługa tłumacza. Temat poważny, przy którym nie potrafiłam być ani trochę poważna. Bohaterowie wydawali mi się sztuczni do bólu. Ani chemowie, ani pojawiający się we "Władcach niebios" ludzie nie mieli w sobie życia. Trochę tak jakby ktoś wyciął z papieru marionetki i poruszał przyczepionymi do nich sznurkami.
"Kilka sekund od śmierci" też mnie rozczarowało, ale może dlatego, że jest to raczej książka dla młodzieży i jej głównym bohaterem nie jest Myron Bolitar, a jego bratanek, który nie wzbudził u mnie zbyt dużej sympatii. Z resztą jego przyjaciele też niezbyt do mnie przemówili. Wytatuowana i wykolczykowana czternastolatka Ema, która nie mówi nic o sobie i ma źródła, o których nie może mówić. Łyżka drobny samotny chłopaczek szukający ucieczki od rzeczywistości w dziwnych informacjach twierdzący, że istnieje tajna siatka dozorców. Koszmarek, ale nastolatkom pewnie się spodoba.
Fabuła też mnie raczej nie wciągnęła. Nie widziałam w niej ładu i składu. Pojawiało się zbyt wiele pytań, na które odpowiedzi były zbyt nieprzewidywalne, ale niestety nie w pozytywnym sensie. Grupa dziwacznych nastolatków, tak na dobrą sprawę wykluczona ze szkolnej społeczności wplątuje się w jakieś podejrzane akcje z tajną organizacją o nazwie Schronisko Abeona. Niedomówienia gonią niedomówienia, Mickey, z kolegami Łyżką i Emą prowadzą jakieś śledztwo, w którym gonią w zasadzie jakieś cienie...
Nie jest to Coben jakiego znałam i ceniłam. Niestety potwierdziły się moje obawy, które miałam po "Wszyscy mamy tajemnice", że autor zaczyna kombinować jak koń pod górkę. Zdecydowanie wolę jego starsze książki.
Na pięć książek jakie wypożyczyłam ostatnio, trzy okazały się dość sporymi bublami. Miałam chyba po prostu pecha.


Źródła ilustrcji:
www.encyklopediafantastyki.pl
www.empik.com 

niedziela, 15 grudnia 2013

Ostatni, który umrze

Tess Gerritsen należy do tych autorów, których książki mogę brać w ciemno i wiem, że w 90% przypadków będę zadowolona z tego, co przeczytam. Nie inaczej było w przypadku książki "Ostatni, który umrze".
Po ostatnich romantyczno-kryminalnych przygodach jakie ta autorka zafundowała troszkę musiałam od niej odpocząć. Tamten nadmiar słodyczy i romantycznych westchnień był nieco przytłaczający (przy czym nie było to źle napisane, ale jakoś tego typu literatura raczej do mnie nie trafia). Tym razem jednak nie było tego całego romantycznego lukru tylko porządny kawałek thrillera z duetem Rizzoli i Isles, za którym przyznam się szczerze zatęskniłam.
Kolejny raz Bostonem wstrząsa brutalna zbrodnia. Nieznany sprawca wymordował w nocy prawie całą rodzinę. Przeżył tylko chłopak, którego rodzina Ackermanów wzięła pod opiekę. Wszystko zaczyna się robić co raz bardziej dziwne, gdy okazuje się, że Teddy Clock już drugi raz przeżył podobną tragedię. Do tego okazuje się jeszcze, że nie jest on jedynym dzieckiem, które przeżyło coś podobnego. W szkole Evensong, którą prowadzą członkowie Klubu Mefista jest jeszcze dwoje dzieci, które przeżyły podobną tragedię.  Widać, że ktoś ewidentnie zaczyna polować na te dzieci i jest w stanie zrobić wszystko by się ich pozbyć.
Detektyw Rizzoli czuje, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana niż wydaje się to prowadzącemu dochodzenie w sprawie zabójstwa Ackermanów detektywowi Crowowi, który już osądził i skazał człowieka pasującego do jego teorii. Jane stara się podążać za przeczuciem, które jej podpowiada, że nie był to napad rabunkowy tylko musi chodzić, o coś zupełnie innego. W tym wszystkim wspiera ją dr Maura Isles, która pojechała odwiedzić Juliana (chłopak, z którym walczyła o życie w "Dolinie Śmierci").
Kiedy wszystkie fragmenty układanki zaczynają wskakiwać na miejsce nagle zaczyna się robić coraz bardziej niebezpiecznie, a szkoła, która miała dać dzieciom schronienie zamienia się w pułapkę odciętą od świata.
Tess Gerritsen spisała się. "Ostatni, który umrze" jest książką ciekawą i przykuwająca uwagę (na tyle, że zagapiłam się i wysiadłam przystanek dalej niż zwykle). Ciekawa intryga, w której nic nie jest takie jak się wydaje na początku. Wydarzenia są pokazywane z bardzo różnych perspektyw, co nie utrudnia odbioru książki, ale pomaga w jakiś sposób poukładać niektóre fragmenty układanki samemu. Muszę się jednak przyznać, że parę razy wywiodło mnie to w pole, przez co finał okazał się o wiele bardziej zaskakujący.
Pisarka prowadzi fabułę w sposób bardzo przemyślany. Akcja stopniowo przyspiesza, by na końcu szaleć i powodować szybsze bicie serca, a nawet chęć szybszego przewracania kartek, bo człowiek chce wiedzieć jak ta cała awantura się skończy teraz, zaraz. 
Do tego bohaterowie. Sprawdzony duet składający się z upartej Jane Rizzoli i powściągliwej Maury Isles, który mierzy się z trudną do rozwiązania zagadką świetnie radzi sobie z zawiłą sprawą. Reszta bohaterów jest równie ciekawa, zwłaszcza mała Claire Ward intryguje i zachęca do tego by poznać ją bliżej. 
Z tą książką jest jednak jeden malutki problem. Trzeba znać wcześniejsze części, by zorientować się, w niektórych sytuacjach. Zwłaszcza tych dotyczących relacji Maury z Julianem i Anthonym Sansonem. Nie jest to duży problem, ale czasami może być irytujący.
Podsumowując. "Ostatni, który umrze" jest świetną książką, w której pełno niespodziewanych zwrotów akcji i zmyłek dla czytelnika. Świetni bohaterowie, którzy postawieni przed nietypowym problemem potrafią sobie z nim poradzić, ale nie są nieomylni. Gerritsen w przeciwieństwie do Cooka trzyma poziom i mam nadzieję, że napisze jeszcze kilka tak ciekawych książek.


Źródło ilustracji:
www.empik.com

środa, 11 grudnia 2013

Houston... Mamy problem

No właśnie, mamy problem, a uściślając to ja mam problem z Grocholą.
Kiedy w księgarniach pojawiła się jej książka "Houston, mamy problem" to chciałam ją mieć już teraz zaraz najlepiej swoją, bo zapowiadało się ciekawie. Babska książka pisana z perspektywy faceta? Czemu nie? No, ale krążyłam dookoła niej i krążyłam, ale potem jakoś coraz bardziej mieszane uczucia mnie ogarniały. Koniec, końców Grochola wylądowała z powrotem na półce w księgarni. W końcu trafił do mnie egzemplarz biblioteczny i chyba dobrze się stało, bo...
Jeremiasz to trzydziestodwuletni facet, który zerwał z dziewczyną. Niby powód wiadomy, ale jednak nie do końca, bo facet sam jakoś nie chce się do tego przyznać. Najpierw wmawia sobie jaka to z jego byłej fleja nie była (no bo jak tu się przed samym sobą przyznać, że się samemu bajzel robi). Kilka prób podleczenia złamanego serduszka na zasadzie: czym się strułeś, tym się lecz. Do tego wszystkiego dochodzi mama, która chce dobrze, cały zastęp kumpli (w tym dwie dziewczyny, z czego jedna się nie liczy, bo w zasadzie jest po tej samej stronie barykady, co reszta męskiego światka), frustracje związane z brakiem roboty w zawodzie i Raszpla, która żyć nie pozwala. A wszystko to okraszone mniej lub bardziej inteligentnymi rozważaniami Jeremiaszka.
To, tak w telegraficznym skrócie, bo dzieje się dużo więcej i komentarzy jest od groma.
No i mi chyba najbardziej się o te komentarze rozchodzi. Jeszcze tak niezdecydowanego faceta nie widziałam! Jak babcię kocham normalnie wzięłabym i udusiła. To mu nie pasuje, tamto nie pasuje, ale z praniem do mamusi leci, bo nie wiem, czy toto pralkę ma, a nawet jeśli to pewnie za trudna w obsłudze. Pozbywa się z domu rzeczy po byłej, ale olejek do kąpieli zostawia, ba nawet się w nim wykąpie. Wszystkich zapewnia, że o Marcie już nie myśli, ale co chwila jest Marta to, Marta tamto. Ah i te błyskotliwe komentarze...
Przebrnięcie przez pierwsze 100 stron to był koszmar. Dłużyło się niemiłosiernie i wprost proporcjonalnie do chęci użycia tępego narzędzia na głowie głównego bohatera i narratora jednocześnie (nawet przy wzięciu poprawki na to, że nie lubię książek z narratorem pierwszoosobowym). Jeremiasz sam nie wie czego chce i utwierdza się w przekonaniu, że świat jest zły, niedobry i be. Największym złem na świecie są kobiety, których on i cała reszta jego płci (solidarność plemników jak się patrzy) nie rozumie. Małżeństwa i stałe związki też są złe i najlepiej byłoby je prawnie zakazać. Z drugiej strony próbuje się wepchnąć w nowe znajomości, niezobowiązujące flirty i zazdrości wszystkim sparowanym elektronom. Nie wyrobiłabym z takim facetem.
Kiedy w końcu się przyzwyczaiłam do sposobu bycia Jeremiasza to już jakoś poleciało i czytało się nawet przyjemnie. Czasem nawet się trochę uśmiałam i co mądrzejsze fragmenty podkreśliłam ołówkiem dla potomności (wiem, że niektórzy twierdzą, że to zbrodnia, ale co ja mogę). Na szczęście mądrości nie pochodziły od Jeremiasza, bo ten to się obraził jak go była wykorzystała seksualnie, ale jakoś nie zatrybił, że sam chciał wykorzystywać, bo jak stwierdził to zdrowo. No i to, co najważniejsze. Gdzieś tak, po 3/4 książki nasz wieczny chłopiec wreszcie zaczął dorastać! Z człowieka o postawie roszczeniowej i tak zwanego "pistoletu" zaczyna nareszcie dostrzegać, że nie on jest najważniejszy na świecie.
Ah! Byłabym zapomniała. Niesmowicie polubiłam Ingę i chciałabym zdecydowanie więcej o niej czytać. W jakiś sposób potrafiła ona wypomnieć Jeremiaszowi jego głupotę i przejść do porządku dziennego nad jego fochami.
Muszę Grocholę pochwalić. Pisała jak facet, co prawda moim zdaniem troszkę zbabiały i rozmemłany, ale facet. To się niestety rzadko zdarza, że kobieta napisze świetnie z perspektywy faceta i odwrotnie. Jak to ujął kiedyś pewien mój znajomy: Dla faceta baby są zbyt skomplikowane, a chłopy dla kobiet zbyt prości w obsłudze.
Powiem jednak szczerze, że chyba wolałabym jednak obejrzeć film na podstawie "Houston, mamy problem". Najlepiej, gdyby Jeremiasza grał Dorociński. Nie wiem, czemu, ale obaj wydają mi się troszkę w ten sam sposób rozmemłani. Po za tym chyba wolałabym jednak obserwować zachowanie tego pana z perspektywy widza, a nie słuchacza jego wywodów i przeżyć wewnętrznych. Bo oprócz tego, że sam Norris jest operatorem kamery, to w książce są takie momenty, że aż proszą się o sfilmowanie. Stąd chyba ten mój problem z Katarzyną Grocholą, że jej książki najlepiej czyta mi się zekranizowane. Bo często są to książki jakby pisane pod scenariusz filmowy.

niedziela, 8 grudnia 2013

O studentach, zbiorowym mózgu stułbi i płci mózgu słów kilka

Tak mnie naszło ostatnio żeby opisać coś z mojego podwórka, a inspiracją była grupa którą wzięłam od koleżanki na zastępstwo. 
Wiadomo, studenci jak studenci. Jedni się uczą, drudzy nie, ale tamta grupka to był istny koszmar i moja całkowita porażka. Sama jeszcze niedawno byłam po stronie ocenianej, więc ktoś może mi zarzucić, że sodówka mi uderzyła do głowy i szaleję, że zapomniałam jak to jest. Nie wiem, może jestem nad ambitna, ale naprawdę staram się nie uprzykrzać nikomu życia. Niestety piątkowe zajęcia z fizjologii dały mi mocno w kość.
O tym, że będą to koszmarne cztery godziny (żeby nie było 45 minutowe) ostrzegała mnie już koleżanka przez telefon. Grupa, która zamiast ucieszyć się, że nie będzie kartkówki, bo mają zastępstwo zrobiła takie miny jakby im ktoś co najmniej krzywdę zrobił. Co mnie zdziwiło bo podczas omawiania tematu nie potrafili (lub nie chcieli) odpowiedzieć na najprostsze pytanie. Przy części praktycznej mieli się podzielić zadaniami, po czym każdy miał omówić swoje ćwiczenia i na podstawie tego napisać na następny tydzień sprawozdanie. O tym, co się działo i jak prawie 3/4 próbek omal nie wylądowało na ścianie, bo ktoś nie pomyślał i bezmyślnie wlał do probówki cały roztwór, a potem zaczął podgrzewać opowiadać nie będę. Takich kwiatków z jednych ćwiczeń byłoby na kilkanaście stron. Najbardziej obrazili się na mnie jak jakieś dwa dziewczęta zrobiły sprawozdanko tylko ze swoich dwóch zadań i próbowały mi oddać twierdząc, że one zrobiły tylko to i o niczym więcej pisać nie będą. Żeby nie było cała reszta też tak chciała mi zrobić. Kiedy w końcu studenci naburmuszeni zostawili mnie sami z bałaganem. Odetchnęłam z ulgą i zaczęłam się zastanawiać jak to jest, że ośmioosobowa grupa potrafi podzielić się mózgiem stułbi.
Tak dla wyjaśnienia, żeby ktoś się nagle nie oburzył i na mnie nie nakrzyczał. Stułbia nie ma mózgu. Nie ma nawet jako takiego układu nerwowego, tylko sieć wielobiegunowych komórek nerwowych, których wypustki biegną we wszystkie możliwe strony. Mają za to kilka prościutkich receptorów zwanych ropaliami w skład, których wchodzą proste oczka (odbierają światło na zasadzie jest lub nie ma) i statocysty (narząd równowagi), ale po za tym nic więcej. Jak to więc jest, że te śmieszne zwierzaczki radzą sobie doskonale bez mózgu? Tego nie wiem i podejrzewam, że wiedzą to tylko one, ale radzą sobie całkiem świetnie i więcej do szczęścia nie potrzebują.
Niestety ludzie potrzebują mózgu i ten mózg ewolucja nam całkiem ładnie skomplikowała. Nie tylko pod względem budowy anatomicznej, czy wykształcaniem różnych pięter czynności nerwowych. To z jednej strony komplikuje życie, a z drugiej strony pozwala nie myśleć o różnych podstawowych sprawach niezbędnych dla funkcjonowania organizmu. Wiele rzeczy robimy z automatu. Nawet uczenie może zachodzić bez naszego czynnego udziału, ale to temat już znacznie bardziej skomplikowany i może kiedyś coś jeszcze o tym skrobnę. Przechodząc jednak do głównego tematu okazuje się, że mózg też może mieć płeć i to niekoniecznie taką samą jak jego właściciel!
Wiadomo. Kobiety i mężczyźni różnią się pod wieloma względami. Kobiety to ta strona bardziej uczuciowa i gdyby zostawić ją gdzieś tylko z mapą to najprawdopodobniej się zgubią. Mężczyźni to znów ponoć żelazna logika i z mapą nie zginą. Niby jeden mózg, a tak naprawdę jeżeli zaczniemy się wgłębiać to nagle okaże się, że mężczyźni i kobiety różnią się pewnymi szczegółami np. kora lewej półkuli mózgu jest u pań grubsza niż kora półkuli prawej, a u panów jest odwrotnie, kobiety mają też większe ciało migdałowate (takie małe coś co odpowiada za emocje) niż mężczyźni itd. Ta anatomia decyduje o tym jakie mamy predyspozycje i w pewnym stopniu jak będziemy się zachowywać postawieni przed różnymi sytuacjami. Jednak nie tylko to decyduje jaką płeć będzie mieć mózg.
Sam temat płci jest teraz o wiele bardziej skomplikowany. Wyróżnia się teraz około dwunastu rodzajów płci i naprawdę można się w tym pogubić. Na rozwój płci wpływa wiele czynników, od biologii naszego organizmu, poszczególne etapy rozwoju w tym oddziaływanie różnych hormonów w czasie życia płodowego (i to ten czynnik uznaje się ponoć za najważniejszy) po wychowanie np. dziewczynki pomagają mamom w kuchni, a chłopcom nie wypada okazywać emocji (chociażby płakać). 
Jest taka bardzo fajna książka, w której na ten temat piszą dość sporo i czasem można się mocno zdziwić. "Płeć mózgu" Anne Moir i Davida Jessel'a to książka bardzo ciekawa i zmieniająca nastawienie do różnych rzeczy. Dlatego więc warto po nią sięgnąć i przeczytać. 
A jeśli ktoś chce zobaczyć jaką płeć ma jego mózg, to w sieci krąży wiele tego typu testów, wystarczy tylko mocno pokopać.
Do tego tematu można też podejść od strony nieco mniej poważnej. Dlatego na zakończenie moich mniej lub bardziej udanych wywodów pewien filmik. Bawcie się dobrze:



P.S.
Już po pierwszym dniu czytania "Houston, mamy problem" mam dość. Chyba dobrze, że kiedyś zachodziłam koło tej książki, a w końcu jej nie kupiłam, ale o tym następnym razem.


Źródło ilustracji:
www.naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,394737,mozg-w-palacu-kultury.html

sobota, 7 grudnia 2013

Uśpienie

Do polskich autorów podchodzę ostatnio z dużym dystansem, ponieważ kilka razy sparzyłam się dość poważnie. Dlatego sama pewnie książki Marty Zaborowskiej bym nie wzięła, tym bardziej, że to dopiero debiutująca pisarka. Jednak pani z biblioteki bardzo polecała. Zabrałam za "Uśpienie" i nie żałuję, choć mam kilka dość poważnych zastrzeżeń, ale o tym za chwilę.
Z podwarszawkiej kliniki psychiatrycznej ucieka groźny psychopata, na którym wiszą oskarżenia o bezczeszczenie zwłok, a dodatkowo pewna rodzina oskarża go o zamordowanie syna. Lokalna policja sobie z tym nie radzi, więc ściągają posiłki w postaci młodej, ale dość znanej pani detektyw Julii Krawiec. Pytanie, które by się mogło nasunąć, czemu świetna policjantka zgadza się wyjechać i pomóc im w śledztwie. Okazuje się, że bezkompromisowa detektyw ma poważne problemy z alkoholem, dodatkowo nie potrafi się dogadać z byłym mężem, a swoje problemy, pracę stawia ponad córkę Sylwię, która zaczyna dość poważnie chorować. Komisarz znając jednak dorobek dziewczyny postanawia dać jej jeszcze jedną szansę, która ta stara się skwapliwie wykorzystać. Zaczyna prowadzić wyjątkowo skomplikowane śledztwo, w którym okazuje się, że nic nie jest takie jakie wydawało się na pierwszy rzut oka. Żeby tego było mało w tle pojawia się malusieńki wątek romantyczny z ordynatorem szpitala w tle. Doktor Artur Maciejewski bawi się domorosłego detektywa i pomaga Julii Krawiec.
Tak to wygląda w telegraficznym skrócie. Książka jest przemyślana i świetnie napisana. Autorka raz za razem wprowadza swoich bohaterów i czytelnika w błąd. I tak na dobrą sprawę każdy kogo podejrzewamy może być mordercą, ale takiego zakończenia raczej się nie spodziewałam. Akcja pędzi swoim rytmem, czasem szalonym (zwłaszcza pod koniec), a czasem spokojnym. Krąży wokół różnych wątków, które w końcu udaje się zebrać, powiązać i wyjaśnić. Nie było żadnych pominiętych wątków, a jeśli już jakiś nie był zakończony to bardzo łatwo można się było domyślić jego rozwiązania.
Postacie... No i tu właśnie miałam sporo zarzutów. Artur Maciejewski postać wręcz irytująco kryształowa, która wypomina Julii jej błędy i starająca się ją moralizować. Julia też nie lepsza. Kobieta do tego stopnia zafiksowana na swojej pracy, że nie bierze pod uwagę dobra dziecka i je zaniedbuje. Zapomina o wizycie u lekarza, zapomina odebrać wyników, obiecuje córce, że spędzi z nią troszkę czasu, a gna do roboty, chcąc udowodnić facetom, że jest lepsza od nich. Gdy jej mała Sylwia zaginęła woli sięgnąć po wódkę i prochy zamiast jak zapewnia całe otoczenie wziąć sprawy w swoje ręce. Bagatelizuje telefon od kolegi z pracy, który mówi, że zgłosił się dzieciak, który mówi, że w jakimś opuszczonym domu jest uwięziona dziewczynka. Dopiero później zaczyna szaleć i szukać zaginionego raportu. Jedyną postacią, która tak naprawdę przypadła mi do gustu nie wiadomo dlaczego jest pojawiający się okazjonalnie Witebski.
Wiem, że popularny jest w kryminałach motyw genialnego policjanta/policjantki z problemami, ale przyznam się szczerze, że zaczyna on mi już bokiem wychodzić. A współpraca cywila z policją, gdzie cywil pełni rolę kogoś w rodzaju asystenta przy śledztwie też jest irytująca. Nie wiem, może muszę dać szansę bohaterce i dać jej się rozwinąć w następnej powieści, którą Marta Zaborowska zgodnie z tym, co jest napisane na plecach książki ma napisać.
Jest to bardzo dobry debiut. Książka ma ciekawą i intrygującą fabułę naszpikowaną zagadkami. Szkoda tylko, że główna bohaterka doprowadzała mnie do szału.

Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytamy polecone książki




Źródło ilustracji
culture.pl

niedziela, 1 grudnia 2013

Dobry omen

Ile aniołów może zatańczyć na główce od szpilki? Teoretycznie ani jeden, bo aniołowie nie tańczą, ale jeśli się uprzeć to można znaleźć jednego, który pewnie by zatańczył, gdyby miał dobrą partnerkę. Jeżeli jednak upierać się jeszcze bardziej, to na główce od szpilki mogą zatańczyć miriady miriad aniołów. Koniec końców demony też są aniołami, tyle, że upadłymi. Ci natomiast z racji swojego upadku tańczyć potrafią, chociaż nie koniecznie tak jak to sobie wyobrażamy.
Pomieszanie z poplątaniem prawda? No i taki jest właśnie "Dobry Omen" duetu Gaiman & Pratchett.
Wszystko zaczyna się od tego, że na świat ma zostać sprowadzony Antychryst. Z tym, że syn Szatana jest niemowlęciem, które trzeba podmienić i odpowiednio wychować, żeby wielki NIEWYSŁOWIONY plan mógł dojść do skutku. To zadanie spada na diabła nazwiskiem A.J. Crowley, któremu wcale nie uśmiecha się przykładać ręki do potencjalnego Armegeddonu. Z tej prostej przyczyny, że mimo swojego zadania szerzenia zła na Ziemi bardzo polubił ludzi. Dlatego, więc konsultuje te sprawę ze swoim przyjacielem i jednocześnie wrogiem, czyli aniołem Azirafalem. Obaj wykoncypowali więc, że trzeba Antychrysta wychować tak, żeby był bardziej ludzki niż diabelski. Niestety kiedy przychodzi wyczekiwany Dzień Ostateczny okazuje się, że doszło do pomyłki przy pomienianiu dzieci przez zakonnice satanistki i dziecko poddawane sprzecznym sygnałom od nauczycieli, którymi zostało otoczone okazuje się być zwyczajnym dzieckiem. W tedy Crowley z Azirafalem wpadają w lekką panikę, przy czym naszemu demonowi grunt się bardziej pod nogami pali, bo spartaczył zadanie i piekło może mu się na głowę zwalić. Panowie postanawiają, więc odszukać Antychrysta i zapobiec Armageddonowi.
Żeby nie było jednak zbyt prosto. Wokół tego wszystkiego śledzimy losy czterech Jeźdźców Apokalipsy (i tak jest Śmierć, mówiący DUŻYMI LITERAMI!). Podglądamy życie prawdziwego Antychrysta imieniem Adam Young, który tworzy ze swoimi przyjaciółmi gang rozrabiaków, ale w gruncie rzeczy jest dobrym dzieckiem. Wysłuchujemy przistoynych i akuratnych profecyi Agnes Nutter odczytywanych przez zawodowych potomków, które choć dziwaczne sprawdzają się całkowicie. Pojawia się romansik między tropicielem wiedźm, a wiedźmą, czyli Newtonem Pulsiferem, a Anathemą Device (co Agnest też przepowiedziała). Świat zaczyna szaleć, a Głód z Wojną, Skażeniem i Śmiercią mkną na swych motorach żeby w końcu zacząć Arnageddon, a za nimi Crowley w płonącym Bentley'u, na różowym skuterze Azirafal w ciele mrs. Tracy z przyklejonym do pleców tropicielem wiedźm, żeby Armageddonowi zapobiec. Czyli ponownie pomieszanie z poplątaniem.
Paradoksalnie rzecz biorąc to podobał mi się ten bałagan. Szaleństwo Pratchetta oderwane od rzeczywistości z nutką zadumy tak charakterystyczną dla Gaimana. Każda z opowiadanych równolegle historii biegnie swoim rytmem i jest przerywana w różnych często dziwacznych momentach, by zacząć się w jeszcze dziwaczniejszych. Ale książki Pratchetta mają właśnie to do siebie, że to co u innych autorów powoduje, że dostaję nerwicy, to u niego wydaje się być jak najbardziej naturalne i na miejscu, a jeśli to wszystko jest jeszcze okraszone tym, co potrafi Gaiman to ja jestem w siódmym niebie. Chociaż muszę się przyznać, że na początku odnosiłam wrażenie, że "Dobry Omen" ma tak naprawdę tylko jednego autora. Z jednej strony to duży plus, bo książka jest spójna (choć w przypadku Pratchetta ciężko mówić o spójności) i nie ma się wrażenia, że pisał ją schizofrenik. Kiedy jednak się wczytać troszkę bardziej to można zobaczyć, że jest w tym wszystkim drugie dno.
Jeszcze słóweczko o okładce. Tak jak w środku, tak i na zewnątrz mamy pomieszanie z poplątaniem. Fajne w niej jest to, że kiedy czytamy książkę to łatwo możemy zidentyfikować postacie, a nawet sytuacje, które się na okładce pojawiły. Zombie Sputnik Corporation świetnie wykonała swoją robotę i zachowała pratchettowski klimat.
Mi się "Dobry Omen" podobał, ale nie jest to książka dla wszystkich, ponieważ trzeba lubić twórczość Pratchetta i Gaimana. Jeżeli sięgnie po nią ktoś, kto nie wie czego się spodziewać to się zrazi, ale jeśli sięgnie po nią ktoś kto uwielbia chociaż jednego z dwóch autorów, to z przyjemnością będzie śledził pomieszanie z poplątaniem jakie panuje w przededniu Armageddonu.
A wnioski jakie z całej tej awantury płyną? Nic wielkiego i wydumanego. Po prostu: czerń jest warunkiem istnienia bieli.

czwartek, 21 listopada 2013

Krzyż Romanowów

No i nie bardzo wiem jak mam zacząć. Gdyby mi ktoś coś takiego powiedział to pewnie odparowałabym, że najlepiej jest zacząć od początku, ale jak wiadomo najtrudniej jest stosować się do własnych rad. A książka Roberta Masello tego nie ułatwia.
Od samego początku z "Krzyżem Romanowów" miałam problemy. Najpierw techniczne, bo książka ma dziwaczny format (23,5x16,5 cm), który nie wchodził w taką sprytną kieszeń w torebce, bo była zwyczajnie za wielka! Zaskoczyło mnie to, bo w tej mojej kangurzej torbie upychałam już różne grube tomiszcza, a ta książka powiedziała nie. Drugim problemem okazywała się pusta strona po każdym zakończonym rozdziale. Niby nic wielkiego, ale dostawałam białej gorączki patrząc jak się marnuje około 60 stron.
Kolejnym problemem okazała się piekielnie wysoko zawieszona poprzeczka. Nie tylko przeze mnie, ale i przez wydawcę, który obiecał: opowieść grozy, thriller medyczny i powieść historyczną trzymającą w napięciu od pierwszych stron w jednym. Ja do tego dołożyłam sobie fascynującą i przerażającą jednocześnie grypę hiszpankę, zaginioną Anastazję Nikołajewne Romanowową oraz okrytego złą sławą i aurą tajemniczości Grigorija Rasputina, które każde z osobna są materiałami na powieści sensacyjne, a złożone w jedną całość powinny być idealną książką. Niestety Masello wziął na siebie zbyt wiele. Mogę się nawet pokusić o stwierdzenie, że porwał się z motyką na słońce.
"Krzyż Romanowów" zaczyna się krótkim prologiem, w którym obserwujemy dwoje młodych ludzi, którzy próbują łódeczką dostać się na wyspę. Chłopak umiera zostawiając dziewczynę samą, a ta ostatkiem sił dociera do brzegu, ale nie spotyka tam ratunku tylko watahę wilków. Potem akcja przenosi się gdzieś do Afganistanu, gdzie poznajemy naszego głównego bohatera Franka Slatera, który chcąc ratować małą dziewczynkę łamie wszelkie możliwe regulaminy i koniec końców trafia przed sąd wojskowy. Kiedy wydaje się, że wszystko jest przegrane i trafi do więzienia, nagle zjawia się jego przełożona z Instytutu Patologii Sił Zbrojnych USA, która powierza mu misję na Alasce. Na pytanie dlaczego właśnie Alaska i dlaczego sprawa jest "na wczoraj" uzyskuje przerażającą odpowiedź. W wyniku globalnego ocieplenia na pewnej wyspie osunęła się ziemia z cmentarzem, na którym chowano ofiary hiszpanki i istnieje prawdopodobieństwo, że wirus mógł tam przetrwać, a teraz znów otwarły mu się drzwi do ataku. Slater kompletuje zespół i rozpoczyna misję sprawdzenia, czy ryzyko jest realne. Wszystko wydaje się być proste i nawet miejscowa burmistrz nie przeszkadza ekspedycji mimo iż się do niej dołącza. Sprawę natomiast komplikuje grupka mężczyzn, którzy skuszeni jednym znaleziskiem chcą ograbić inne groby z dawnej rosyjskiej kolonii. Nagle okazuje się, że całe przedsięwzięcie może przynieść więcej szkody niż pożytku.
Jednocześnie śledzimy historię najmłodszej córki cara Mikołaja II. Opowieść o niej zaczyna się w Carskim Siole skąd razem z rodziną zostali siłą wyrwani przez rewolucjonistów i przewiezieni do Jekaterynburga, gdzie zostają rozstrzelani. Jednak Ansatazji udaje się wyjść cało z rzezi dzięki gorsetowi, w który powszywane były klejnoty i młodemu chłopakowi Siergiejowi. Para ucieka na kolonię założoną przez Rasputina i niestety miejsce, które dla Any miało stać się azylem, zostało koszmarem z powodu przywiezionej przez nią grypy. W konsekwencji wielka księżna zostaje sama i błąka się po wyspie...
Jak wspomniałam wcześniej Masello porwał się z motyką na słońce.Wszystkiego wydaje się stanowczo za dużo. Autor wprowadza do powieści zarówno elementy powieści historycznej, thrillera medycznego, low fantasy, a nawet taniego romansu. Przez to wszystko książka jest nużąca i przegadana. Jeśli coś zaczyna się robić ciekawe to nagle ginie w natłoku rozważań bohaterów lub setki innych mniej lub bardziej interesujących wątków. 
Niestety nie bronią się też tutaj bohaterowie. Mamy wyraźny podział na tych dobrych, czyli Slater (który swoją drogą bardzo mnie irytował) z ekipą ratującą świat i tych złych, czyli bracia Vane chcący dorobić się na okradaniu grobów oraz oczywiście rząd USA ze swoją armią. Przy czym Ci ostatni tak na dobrą sprawę są trudni do określenia w kategorii dobrych lub złych, są to raczej zamiatacze sprawy pod dywan. Bo tak na dobrą sprawę kończy się cała awantura z grypą hiszpanką - pozamiataniem, a w zasadzie zalaniem betonem. Jedynym wyjątkiem wśród bohaterów jest profesor Kozak, który jako jedyny z ekipy zrobił na mnie pozytywne wrażenie i wydawał się jedynym człowiekiem z krwi i kości.
Nie mogę jednak powiedzieć, że książka mi się zupełnie nie podobała. Robert Masello porządnie przygotował się do jej pisania. Odrobił lekcje z biologii. Nie zarzucał pseudonaukowymi teoriami na temat epidemiologii i immunologii, a to co opisywał wskazuje na dużą wiedzę zarówno praktyczną jak i teoretyczną. Podobnie jest z historią, chociaż tutaj pozwolił sobie na nutkę dowolności i fantazji. Zwłaszcza, że historia Romanowów do dzisiaj obrasta licznymi legendami.
Tak jak pisałam na początku. Miałam wobec "Krzyża Romanowów" spore oczekiwania i niestety książka ich nie spełniła. Była przegadana, a momentami wręcz nudna. Co więcej muszę powiedzieć, że jak na razie każdy thriller medyczny rozbija się o legendę Cooka, a Masello rozbił się z wielkim hukiem. Jednym słowem jestem mocno rozczarowana.

niedziela, 17 listopada 2013

Jestem eko...

Jako, że czytanie idzie mi ostatnio raczej opornie (udział ma w tym też dziwaczny format "Krzyża Romanowów", który ledwo mieści się w torbie) i częściej słucham muzyki, to postanowiłam się pochwalić moim mocno amatorskim handemadem. Tutaj też dość mocno daje o sobie znać moje biologiczne zafiksowanie, więc nie przeraźcie się, ale zdarza mi się chodzić z plasterkami drewna i żołędziami w uszach.









Te ostatnie to taki mały recykling z kółek z lizaków smoczków i resztek kordonka. Miały być łapacze snów, ale wyszło coś średnio do nich podobne.

środa, 13 listopada 2013

Szewc z Lichtenrade, co ukradł...

Nie powiem, co ukradł wspomniany szewc bo nie będzie zabawy, a jeśli ktoś chce koniecznie wiedzieć to niech wędruje do najbliższej biblioteki i pyta o "Szewca z Lichtenrade" Andrzeja Pilipiuka.
Jest to zbiór dziesięciu różnych opowiadań, które nie mają nic wspólnego z najsłynniejszym bohaterem, dla którego pan Andrzej rzucił robotę archeologa. Pojawiają się jednak inne postacie znane przede wszystkim z różnych zbiorów opowiadań np. antykwariusz Robert Storm, archeolog o wyglądzie wkurzonego krasnoluda (bez aluzji do wyglądu pisarza!) Olszakowski, czy ogarnięty swojego rodzaju szałem uzdrawiania narodu doktor Skórzewski. Są to postacie dobrze znane fanom Pilipiuka, który znakomicie sprawdza się zarówno w krótkich opowiadaniach jak i pełnowymiarowych powieściach. 
Kiedy brałam ten zbiór opowiadań do ręki liczyłam po cichu na absurdalną jazdę bez trzymanki, ale jak to się w praktyce okazało moje wyobrażenia nijak się miały do rzeczywistości. Opowiadania są różne, zarówno w tematyce jak i klimacie. Poruszają różne tematy od alternatywnych rzeczywistości, gdzie Hitler ledwo umie uzbierać na czynsz, przez szukanie ducha, który trapi całą miejscowość po tajemniczą wyprawę na Wyspę Niedźwiedzią w poszukiwaniu tajemniczych gęsi Filaretowa.
Jedne opowiadania są zabawne jak np. to, w którym  Saamowie pomagają dr Olszakowskiemu uratować wykopaliska. Inne są absurdalne jak to, w którym Skórzewski wypowiada wojnę ciemnocie i zabobonom obcinając kołtuny w pewnej wiosce. Pojawiają się też jednak takie bardziej poważniejsze, tak trochę w klimacie "Kuzynek". Pisarz uderza w pewne struny, by wywołać refleksję, ale okrasza to swojego rodzaju humorem, który chroni przed wpadnięciem w depresję. Tak jest np. w tytułowym "Szewcu z Lichtenrade".
Co ciekawe Pilipiuk równie dobrze radzi sobie z narracją pierwszoosobową i narratorem wszechwiedzącym. Ja z reguły nie przepadam za tym pierwszym rodzajem prowadzenia opowiadania, bo mam wrażenie, że główny bohater i przy okazji opowiadacz popada w samozachwyt. Twierdzi jaki to nie jest super i tak dalej. Jednak tym razem opowiadania, w których swój świat przedstawiał nieco dziwny antykwariusz poszukiwacz Robert Storm bardzo mi się podobały. Miały świetny klimat, a bohater był człowiekiem z krwi i kości, o czym już wybitnie świadczy fakt, że jako typowy facet nie za bardzo rozumiał swoją dziewczynę i pojęcie "romantyczna randka".
Każdy powinien w tym zbiorku znaleźć coś dla siebie. Nawet jeśli z fantastyką jest na bakier to światy równoległe, duchy, czy ożywające przesądy powinny być w wydaniu Pilipiuka bardzo łatwo wchłanialne i przyjemne w odbiorze.
Pisząc o "Szewcu z Lichtenrade" warto wspomnieć choć troszeczkę o samym wydaniu. Tym razem Fabryka Słów poszła czytelnikowi bardzo na rękę. Książka jest lekka, w miękkiej okładce, która jest odporna na wszelakiego rodzaju poniewierania się w torbie. Dodatkowo ma bardzo fajny patent w postaci tasiemki pełniącej rolę zakładki. Zerowe ryzyko, że wypadnie i zgubi się podczas transportu książki.
Po za tym jest to typowa fabryczna książka. Okładka z błyszczącymi elementami i czarno-białe ilustracje, które mają się wpasowywać w klimat opowiadań. Z tych w tym wydaniu podoba mi się tylko jedno do opowiadania "W okularze stereoskopu", a pozostałe mam wrażenie, że są bardzo podobne do siebie. Za to wnętrze okładek bardzo mi się podoba. Mapa Berlina, który pojawia się w pierwszym i ostatnim opowiadaniu jest ciekawym manewrem.
No to tyle. Pilipiuka polecam w zasadzie wszystko oprócz "Dzienników norweskich", które mi jakoś za specjalnie nie podeszły. Ten zbiór opowiadań jest fajny, a opowiadania łączy kilka motywów przewodnich, a co bardziej spostrzegawczy uśmieją się z pewnych aluzji, które autor zamieścił w tekście.

sobota, 9 listopada 2013

Kieracik

Też macie czasem wrażenie, że czas przemyka gdzieś obok was? Albo nawet nie wiecie kiedy upłynął kolejny tydzień i zanim się dobrze obrócicie to już zaczyna się następny?
Ja mam tak od początku października i trochę mnie to przeraża, bo mam wrażenie, że coś mi umyka. Ledwo przygotuję się do jednych zajęć to za chwilę okazuje się, że upłynął kolejny tydzień i znów trzeba przygotować trzygodzinne zajęcia dla grupy z fizjologii człowieka. Trochę to dziwne i męczące. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze masa rzeczy, które trzeba zrobić oprócz zajęć dydaktycznych. Chociażby nakarmić moją pajęczą hodowlę, która po czwartkowym wypadzie do Krakowa rozrosła się do niebotycznych rozmiarów. No, ale nie narzekam bo sama tego chciałam.
Czas na czytanie ogranicza się teraz do jazdy w autobusie, bo jak przychodzę do domu to dosłownie padam na pyszczek i wlekę się do łóżka spać. Zwyczajnie nie mam siły. Dlatego przeczytanie "Córki kata" zajęło ponad tydzień. Przyznam się nawet, że nie mam siły napisać jej porządnej recenzji, a nie chcę robić tego na odczepnego i niedokładnie. Ponieważ książka mi się podobała to teraz napiszę o niej tylko kilka słów, a może kiedyś wystawię jej dokładniejszą notatkę.
Książka była ciekawym kryminałem osadzonym w średniowiecznych realiach (gdzieś mniej więcej po wojnie trzydziestoletniej) z katem-detektywem w roli głównej. Fajnie się czytało choć w niektórych momentach akcja była troszkę rozwleczona, ale Olivier






niedziela, 3 listopada 2013

Silverthorn

Może pomyślicie sobie, że jeśli chodzi o muzykę jestem monotematyczna i jakiś psychofan, gdzieś tam ze mnie wychodzi, ale nic na to nie poradzę. Uwielbiam Kamelot. Po za tym jest to jeden z niewielu zespołów, który obowiązkowo musi być na mojej playliście inaczej czegoś by mi przez cały dzień brakowało. Jak nic uzależnienie, ale co tam. Za to jak panowie z Tampa grają dam się pokroić i bardzo żałuję, że ich trasa koncertowa nie biegnie gdzieś bliżej, bo do Monachium to jednak kawałek drogi mam. Paradoksalnie nie żałuje też, że nie pojechałam na ich koncert do Krakowa dwa lata temu, ale o tym za chwilę.
Jak pisałam przy okazji recenzji "Poetry for the Poisoned" i kilku słów o zespole Conception uwielbiam głosu Roya Khana, który nierozerwalnie kojarzy mi się z Kamelotem i który niestety w 2011 odszedł z zespołu z powodów zdrowotnych. O czym dowiedziałam się tuż przed tym jak próbowałam dogadać się ze stroną ticketpro i kupić bilet. Pierwsza myśl była taka, że wokalista dociągnie trasę koncertową z zespołem do końca, ale potem okazało się, że jednak nie i Kamelot szukał zastępstwa. Padło na Fabio Lione, ale po pierwsze ja się trochę obraziłam (No bo jak tak można?! Jedyny koncert w Polsce i tu taki numer!) i jakoś nie potrafiłam (Dalej nie potrafię) wyobrazić sobie tego muzyka po za Rhapsody of Fire. Dlatego z koncertu zrezygnowałam, a przeglądając filmiki na yt jakoś nie żałuję, choć wiadomo, że koncert to zupełnie inna atmosfera. No, ale wypadałoby wrócić do tematu.
Mój foch na Kamelot trwał sobie w najlepsze, a tymczasem panowie szukali nowego wokalisty i pracowali nad nową płytą. Kiedy w sieci pokazały się krótkie fragmenty nowych piosenek promujące album razem z informacją, że Khana zastąpił Tommy Karevik z Seventh Wonder (o tutaj o nich pisałam) podeszłam do tego z dość sporą rezerwą. Pierwsze, co mnie zaskoczyło to fakt, że Tommy często brzmi jak młodsza wersja Roy'a, ale co najważniejsze to, to że go nie kopiuje. Świetnie wpasował się w klimat zespołu i śpiewa nieco inaczej niż z chłopakami z SW - trochę bardziej lirycznie, chociaż pazurek w tym jest.
Trochę bardziej niż zwykle rozpisałam się o wątkach pobocznych. Czas więc przejść do meritum, czyli właściwego bohatera dzisiejszej notki, czyli ostatnią płytę Kamelotu - "Silvetrhorn".
Na płycie jest 12 utworów, które trochę przypominają to, co do ej pory zespół nagrywał na płytach "Black Halo", czy "Epica". Utwory są dość zróżnicowane i w naprawdę ciekawy sposób opisują historię pewnej dziewczynki imieniem Jolee, która zginęła tragiczną śmiercią w XIX w i to jakie konsekwencje za sobą ta śmierć pociągnęła. Temat niby nieciekawy, ale sposób jaki trio Karevik/Youngblood/Palotai go przedstawił jest fascynujący.
Teksty piosenek są bardzo emocjonalne, podobnie jak podpierająca je muzyka, która uderza w czułe struny osoby słuchającej i mocno oddziałuje na wyobraźnię. W niektórych utworach zespół wsparty jest przez muzyków symfonicznych w tym przez Eclipse mało znany kwartet smyczkowy z Niemiec (np. "My Confession", "Falling like the Fahrenheit").
Karevik podobnie jak Roy Khan czaruje głosem. Od spokojnych i mocno chwytających za serce ballad np. "Song for Jolee", czy w jednej z części "Prodigal Son". Potrafi też zaśpiewać agresywniej i silniej np. "Sacrimony (Angel of afterlife)", a co najważniejsze świetnie łączy takie delikatne i agresywne elementy, co najlepiej słychać w "My Confession". Pisząc o wokalistach nie wolno też zapomnieć o dwóch paniach, które się na tej płycie udzielają. Są to Elize Ryd z Amaranthe i Alissa White-Gluz z The Agonist. Elize Ryd "Sacrimony (Angel of afterlife)", gdzie popisała się świetnym growlem, który do tej pory wydawał się być zarezerwowany wyłącznie dla panów. Jednak przysłowiowe "rzyganie" to nie jedyny atut tej wokalistki, która świetnym czystym wokalem popisała się "Prodigal Son".
tworzy z Tommym świetny duet, co słychać w trzech utworach, gdzie ich głosy świetnie się uzupełniają dodatkowo wokalistka świetnie odegrała rolę Jolee i udzielała się w partiach przeznaczonych dla chóru. Druga z pań udziela zdecydowanie mniej, ale w sposób głęboko wpadający w pamięć zwłaszcza w
Ta płyta jak wspomniałam jest też dopracowana pod względem muzycznym. Jak w przypadku "Poetry for the poisoned", gdzie popisywał perkusista, tak tutaj popis swoich umiejętności daje klawiszowiec zespołu, czyli Olivier Palotai. To właśnie on nadaje ten melancholijny ton całej płycie i porusza wyobraźnię, a reszta wydaje się być dopełnieniem.
Bałam się trochę tej płyty i podchodziłam do niej bardzo ostrożnie, ale teraz żałuję, że trwa tylko około 56 minut (chyba, że ktoś doliczy dwa bonusowe nagrania). Słucha się świetnie i to kawałek dobrej roboty otwierający nowy rozdział w historii zespołu. "Silverthorn" to płyta, której warto posłuchać i dać się ponieść. Jak ktoś chce posłuchać to poniżej są linki do kilku klipów na yt.


Byłabym zapomniała! Jak poprzednie płyty również "Silverthorn" ma świetną okładkę, która choć przypomina mi troszeńkę Final Fantasy to bardzo dobrze wpasowuje się w klimat krążka.



Źródła ilustracji:
www.kamelot.com

piątek, 1 listopada 2013

Wojna w blasku dnia, którą najchętniej zamiotłabym pod dywan

Kiedy dorwałam "Malowanego człowieka" to z miejsca się zakochałam i jak głupia czekałam na kontynuację, bo chciałam wiedzieć jak potoczyły się losy Alrena, Leeshy i Rojera. Polubiłam tych bohaterów, ciekawe historie i pomysł na jaki wpadł Peter V. Brett. Kolejne strony pochłaniałam w tempie zastraszającym, obserwując jak ta trójka rzuca światu w jakim im przyszło żyć wyzwanie. Jak dorastają i zmieniają się pod wpływem nowych doświadczeń. jak radzą sobie z otchłańcami, które nocą rządzą światem niepodzielnie. Strasznie żałowałam, że są tylko dwa tomy. Kiedy wiec dowiedziałam się, że są następne części to bez zastanowienia wzięłam obie "Pustynne Włócznie" i ... Rozczarowałam się tak bardzo, że wydawało mi się, że bardziej już chyba nie można. Niestety dostałam w bibliotece "Wojnę w blasku" dnia, bo pani bibliotekarka pamiętała, że czytałam wcześniejsze tomy cyklu demonicznego.

Nie będę może przypominać i zarysowywać fabuły z poprzednich części, bo zajęłoby to zbyt wiele czasu. Warto jednak wspomnieć, że tamten świat kiedyś przypominał trochę nasz, ale coś się stało i nagle wrócił gdzieś na poziom Średniowiecza. Ludzie zapomnieli i zaczęli się chować za magicznymi barierami przed demonami, które rządzą nocą. Nie wiedzą jak sobie z tym radzić i wolą uciekać przez co co raz bardziej zapominają nawet runy, które ich chronią. W takim świecie przyszło żyć bohaterom książek Bretta, ale w pewnym momencie postanowili się temu przeciwstawić i tak Leesha stała się najlepszą zielarką jaką znał świat, Arlen podróżując jako Posłaniec poznawał inne kultury i szukał wskazówek jak walczyć z otchłańcami, a Rojer dowiedział się, że może panować nad potworami swoją muzyką.
W "Wojnie w blasku dnia" widzimy świat, który zaczynają zalewać i w brutalny sposób zdobywać Krasjanie. Lud z pustyni, który swoją kulturą strasznie przypomina kulturę arabską. Jednak ta część skupia się bardziej na rozgrywkach politycznych na dworze człowieka, który twierdzi, że jest oczekiwanym wybawicielem i siłą podporządkowuje sobie świat. Jednak nie jest do końca świadomy, że to jego rządna władzy i opętana myślą o stworzeniu Wybawiciela żona stara się nim sterować. Do tego w te rozgrywki wplątuje się Leesha i Rojer, którzy chcą poznać siłę Krasjan i w jakiś sposób ochronić swoich rodaków przed najeźdźcami.
Wszystko byłoby fajnie, gdyby ta część jakoś się kleiła. Niestety tak nie było. Gdy zaczęłam czytać o losach
Inevery, która została brutalnie oddzielona od rodziny by pobierać nauki i stać się najbardziej wpływową kobietą w świecie, gdzie zwykłe kobiety nie miały nic do powiedzenia, byłam pod wrażeniem. Brett stworzył ciekawą postać, która miała duży potencjał do rozwoju. Kilkuletnia dziewczynka siłą wyrwana może nie z komfortowych warunków domu rodzinnego i oddzielona od ukochanej matki brata, nagle zostaje rzucona w brutalny i hermetyczny świat kobiet, które potrafią korzystać z magii zawartej w kościach otchłańców. Poddawana morderczemu treningowi, rygorystycznej nauce i codziennym szykanom wyrasta na twardą kobietę, która jest w stanie wziąć los w swoje ręce. Niestety to, co mogło być wspaniałą historią na mój gust zostało zmarnowane. Z góry zaznaczam, że nie oczekiwałam, że z Inevery wyrośnie prawa i łagodna kobieta używająca swojej władzy z mądrością. Wręcz przeciwnie. Najbardziej denerwowało mnie to, że było to opowiadane bez jakiejkolwiek chronologii. Raz nasza bohaterka była małą dręczoną dziewczynką, a raz dorosłą bezwzględną kobietą, która żeby przyspieszyć swoją sukcesję nie zawaha się zabić. Do tego wszystko było okraszone pretensjonalnymi i nagminnymi opowieściami o tym jak to dama'ting potrafią na 77 sposobów zaspokoić mężczyznę. Byłabym to w stanie zrozumieć, gdyby seks był podstawową siłą tych kobiet, ale z tego co autor sugerował to ich szkolenie było o wiele ciekawsze niż nauka kręcenia tyłkiem przed leżącym facetem. Naprawdę wolałabym poczytać o tym jak Inevera uczyła się chociażby pisania runów, ale no cóż... Dostałam kobietki w przezroczystych szatach z dzwonkami na kostkach.
W cale nie lepiej było z wątkiem Leeshy i Rojera. Ta kobieta, którą teraz oglądałam w niczym nie przypominała tej silnej i mądrej dziewczyny z "Malowanego Człowieka". Była raczej rozkapryszoną marudą, która wywyższa się i wymądrza, a na dodatek ciągle boli ją głowa. Rojera jeszcze jestem w stanie Brettowi wybaczyć, no bo czego innego można się spodziewać po minstrelu jak ganianie za spódniczkami.
"Wojna w blasku dnia" ma jednak też jeszcze jeden ważny wątek. Jest Arlen i jego narzeczona Renna. To też była porażka, choć sama postać Malowanego Człowieka nie rozczarowała mnie tak bardzo jak postać Zielarki. Nie trudno się było domyślić do czego doprowadzi chłopaka jego pogoń za wiedzą na temat otchłańców i sposobów ich pokonywania połączona z tym, że z desperacji jadł ich mięso. Stało się trochę w myśl zasady: jesteś tym, co jesz. Nie pragnął okrzyknięcia go Wybawicielem, ale sam sobie na to zapracował swoim zachowaniem, tajemniczością i zdobytą wiedzą. Trochę się szarpie z tego powodu, ale w końcu odpuszcza i domyśla się dlaczego ludzie go tak nazwali. Bardziej denerwowała mnie jego narzeczona Renna Tuner. Och! Ta dziewczyna doprowadzała mnie wprost do szału. Zarozumiała, zaborcza i agresywna, wbrew radom narzeczonego postanowiła jeść mięso otchłańców by mu dorównać. Zdolna zaatakować każdego kto sprzeciwi się lub nie zgadza z Arlenem i zaborcza do tego stopnia, że najchętniej zabiłaby każdą kobietę, z którą kiedyś sypiał jej mężczyzna.
Zastanawiałam się, gdzie podziała się ta ciekawa historia, którą zaserwował Peter V. Brett w "Malowanym Człowieku". Najpierw zepsuł ją "Pustynną Włócznią", a teraz dobił "Wojną w blasku dnia". Kiepskie i strasznie przewidywalne dialogi. Główni bohaterowie zachowujący się tak jakby pozjadali wszystkie rozumy i nieliczący się ze zdaniem innych. Drugoplanowi bohaterowie w przeważającej części to ludzie ślepo podporządkowani Ahmannowi lub Ineverze albo przygłupawi i nierozgarnięci mieszkańcy np. Zakątka.
Niestety rozczarował mnie też mocno Marcin Mortka, który tłumaczy całą serię. Czasem miałam wrażenie, że sama też mogłabym to tak przetłumaczyć. Mnóstwo niezręczności i mam wrażenie nieporozumień, czy braku pomysłu jak po polsku napisać to, co stworzył Brett.
Książkę ratują jedynie genialne ilustracje Dominika Brońka, ale o tym, że według mnie to jeden z lepszych
Fabrycznych grafików chyba nie muszę pisać.
Książka mnie mocno rozczarowała i cały mój organizm głośno buntuje się przed sięganiem po tom II. Dlatego wybaczcie, ale tym razem nie pójdę w zaparte i odpuszczę sobie te książkę. Wolałabym zakończyć przygodę z cyklem demonicznym na "Malowanym człowieku", a całą resztę najchętniej bym zamiotła pod dywan i puściła w niepamięć. Ta książka to chyba moje największe rozczarowanie tego roku. Nie polecam, chyba, że ktoś ma wewnętrzną potrzebę poznania całej serii. Mnie tom I "Wojny w blasku dnia" skutecznie z tej potrzeby wyleczył.


Źródła ilustracji:
fabrykaslow.com.pl
podgk.pl

czwartek, 31 października 2013

Kruk

Wszędzie dookoła panuje nastrój tego śmiesznego amerykańskiego Halloween. Mimo, że jakoś do mnie to nie przemawia i na mój gust jest to niepotrzebne zaśmiecanie kultury amerykanizmami to postanowiłam się tutaj na swój sposób w to włączyć, a wszystko przez "Kruka".
Jest to jeden z moich ulubionych filmów, ale nie mogę go sobie puścić od tak jak "Dumy i uprzedzenia", muszę mieć odpowiedni nastrój na to, żeby dać się pochłonąć tej historii bez reszty. Inaczej nie umiem i chyba dobrze,bo zbyt częste oglądanie spowodowałoby, że znika ten specyficzny klimat.
Film jest owiany legendą nie tylko ze względu na opowiedzianą w niesamowity sposób historię, ale kilka wydarzeń podczas jego kręcenia. Zacznijmy jednak od początku.
"Kruk" to film nakręcony w 1994 roku na motywach komiksu o tym samym tytule. Opowiada on historię Erica Dravena młodego chłopaka, który został brutalnie zamordowany 30 października, dzień przed Halloween. Jednak z nim mordercy obeszli się dużo lepiej niż z jego dziewczyną Shelly. Rockman zginął praktycznie na miejscu, ale nad dziewczyną znęcali się o wiele dłużej w skutek czego zmarła w męczarniach w szpitalu. Duch Erica jest niespokojny i rok później wraca szukając zemsty. Nie jest ani żywy, ani martwy, ale nie tylko to stawia go o krok przed prześladowcami. Obdarzony nadludzką siłą i zwinnością oraz kilkoma innymi umiejętnościami konsekwentnie wymierza sprawiedliwość eliminując poszczególnych członków gangu. W czym pomaga mu kruk, który według legend przeprowadza duszę do świata umarłych.
Jednak Eric nie tylko mści się za śmierć Shelly i swoją. Staje się też kimś w rodzaju anioła stróża małej Sarah, która błąka się po ulicach tego bliżej nieokreślonego miasta zapomniana przez cały świat. Wspiera też pewnego policjanta, który rok wcześniej starał się pomóc jego dziewczynie i w jakiś sposób ma oko na Sarah.
Film jest dość ciężki. Dominuje tam przytłaczający i nieco gotycki, mroczny klimat, który jest podbijany
odpowiednią scenografią, świetnie dobraną muzyką oraz całkiem dobrą grą aktorów. Miasto nie wygląda jak wycięte z post apokaliptycznych wizji świata, ale i tak nie miałabym ochoty znaleźć się tam nawet w środku dnia. Nawet w środku dnia wydaje się, że wszystko jest przysypane popiołem, a noc i padający deszcz jeszcze bardziej potęgują to wrażenie. W tle nie dzieje się zbyt wiele, ale i tak wiadomo, że rządzi tam Top Dollar razem ze swoimi zbirami, a policja nie jest z tym w stanie nic zrobić.
Główna postać też przyprawia o dreszcze. Brandon Lee wykreował postać demonicznego mściciela, któremu odbieranie zemsty za śmierć miłości jego życia sprawia wręcz przyjemność. Aktor odegrał to w sposób mistrzowski! Od demonicznego uśmiechu spotęgowanego rozpoznawalnym chyba wszędzie makijażem, którym żegna swoje ofiary, po chwile w których oglądamy Erica szczęśliwego i zakochanego.
Każda kolejna postać wypada przy Ericu trochę blado, ale jego główny wróg, który chociaż nie brał fizycznie udziału w mordowaniu pary to wydał na nich wyrok, też jest bohaterem wartym uwagi. Zimny, wyrachowany, ale i szalony Top Dollar wykreowany przez Michaela Wincotta przyciąga uwagę stając się przeciwwagą dla krucjaty Dravena. A kiedy tych dwóch spotyka się w bezpośredniej walce to dosłownie lecą iskry.
Jednak nie jest to tylko bezsensowna rzeź w wykonaniu mściciela z zaświatów, którego dusza nie jest w stanie doznać ukojenia. Znajdzie się tam kilka momentów, które mają dużo głębsze przesłanie. Chociażby to główne o sile miłości albo to, gdy Eric po zabiciu jednego z morderców Shelly uświadamia matce Sarah, że nie ma nic ważniejszego niż miłość do dziecka. Mogę więc śmiało powiedzieć, że chociaż film jest mroczny i raczej brutalny to ma drugie ważniejsze dno.
Nie wiem czemu, ale po "Kruka" sięgam jak mi jest naprawdę źle, w jakiś sposób przynosi on taki spokój po, którym mogę zebrać myśli i znów chwycić się z życiem za barki. Może to trochę głupie, ale co zrobić.
Wypadałoby jeszcze powiedzieć kilka słów o tym co zbudowało legendę tego obrazu. To, co powoduje, że ten film jest często oglądany to śmierć Brandona Lee. Aktor zginął po tym jak jeden ze współpracowników strzelił do niego z pistoletu, w którym zamiast ślepaka był ostry nabój (czy przypadkiem, czy nie to już do rozstrzygnięcia pozostawiam fanom teorii spiskowych). Do tego na planie działo się mnóstwo dziwnych wypadków. Począwszy od poparzenia stolarza prądem przez to, że do studia podczas kręcenia filmu wjechał samochód skończywszy na tym, że jeden z członków ekipy przypadkiem przewiercił sobie rękę.
Film naprawdę warto obejrzeć i wyrobić sobie o nim zdanie. Może nie jest to arcydzieło na miarę Oscara i
może gdyby nie tragiczna śmierć aktora grającego głównego bohatera mógłby nie być w ogóle zauważony, ale ja ten film uwielbiam i mogę go polecić każdemu, chociaż w niektórych miejscach dobrze jest mieć mocne nerwy.
No i nie byłabym sobą na pewien błąd rzeczowy. Ptak, który prowadzi Erica to w zasadzie wrona i tak też powinno się przetłumaczyć tytuł (ang. crow = wrona). Rozumiem jednak, że bardziej medialnie i mroznie brzmi kruk.


Źródła ilustracji:
www.filmweb.pl
cinekatz.com
catinthewell.com