Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 września 2014

Human equation

Lubię swoją "pracę". Naprawdę lubię, choć w dniu takim jak dzisiaj mam ochotę wziąć trzasnąć drzwiami i rzucić wszystkim w cholerę. A czemu? Nie było mnie raptem półtora tygodnia i okazało się, że w tym czasie chyba ze sto razy zmieniały się wersje tego, co kto gdzie i jak ma nam wpisać do indeksu. Kiedy myślałam, że w poniedziałek dowiedziałam się czegoś konkretnego to nagle dzisiaj w ciągu chyba niecałej godziny wszystko zdążyło się siedem razy zmienić. Naprawdę czekam kiedy ta papierologia się skończy i będę mogła zająć się tym, co naprawdę ważne.
Szczęściem w nieszczęściu u mnie jest to, że droga z uczelni do domu troszkę trwa i w autobusie mam czas żeby ochłonąć. W czym ostatnio skutecznie pomaga mi pewien ponad dwumetrowy holender z kudłatym psem. Chodzi oczywiście o Arjena Lucassena i jego projekt Ayreon, o którym pisałam przy okazji "Theory of Everything". Ten album oczywiście nie zniknął z mojej playlisty, ale przy okazji odkurzyłam wcześniejsze płyty wydane pod tym szyldem między innymi "The Human Equation" i "01011001", które sprawiają, że od pierwszych dźwięków odpływam w zupełnie inne światy. Oba albumy są doskonałe, dlatego oba doczekają się krótkich notatek. Dzisiaj będzie o "The Human Equation", w którym jest kilka takich momentów, gdzie odnoszę wrażenie, że ta muzyka jest ze mną gdzieś od zawsze i może to dziwacznie zabrzmi, ale siedzi gdzieś tam już na poziomie kwasów nukleinowych w komórkach.
Jak każdy album Ayreona "The Human Equation" opowiada pewną historię. Tym razem jest to opowieść o człowieku, który miał w dość niejasnej sytuacji wypadek samochodowy. W biały dzień na pustej drodze dobija do drzewa i zapada w trwającą 20 dni śpiączkę. Każdy z tych dni jest reprezentowany przez jeden utwór będący alegorią różnych uczuć, czy wydarzeń z jego życia. Przed głównym bohaterem otwierają się wspomnienia z trudnego dzieciństwa (jako dziecko doświadczał przemocy ze strony ojca i kolegów ze szkoły), wyborów jakie sam podejmował (zdradzenie najlepszego przyjaciela). Pojawia się też potencjalne rozwiązanie zagadki tajemniczego wypadku. Jego powodem może być to, że przyłapał żonę ze swoim przyjacielem na zdradzie i z tego powodu umyślnie wjeżdża w drzewo. W końcu wszystko prowadzi do tego, że bohater musi poradzić sobie ze wszystkimi swoimi negatywnymi emocjami, żeby wyrwać się z koszmaru w jakim się znalazł.
Pewnie coś poplątałam w fabule. No cóż... Zazwyczaj pozwalam porwać się muzyce i potem ciężko jest mi się skupić na tym, by móc w kilku słowach ją streścić.
Od strony muzycznej album jest niesamowity! Chociaż mam mieszane uczucia do dwóch, może trzech utworów, ale przy bliższym wsłuchaniu okazuje się, że idealnie wpisują się w historię i klimat tworzony przez muzyków zgromadzonych przez Lucassena. Z drugiej strony jest kilka takich, że człowiek momentalnie przenosi się gdzieś indziej i wydaje się czuć te muzykę każdą komórką. Zamyka się oczy i pozwala muzyce swobodnie płynąć.
Nie wiem jak to inaczej opisać, bo z muzyką mam zawsze problem, ale jeśli ktoś lubi rock opery to "The Human Equation" jest taką wobec, której nie można przejść obojętnie. Warto jej wysłuchać i pozwolić zabrać się na podróż w podświadomość.
Podobnie jak w przypadku każdej płyty Ayreona również w przypadku tej trudno przejść obojętnie wobec grafiki na okładce, która nie wiem, czy idealnie, ale oddaje klimat płyty. Artysta nie miał łatwego zadania tworząc tę grafikę, bo trudno na obrazie przedstawić czyjąś podświadomość i wnętrze.
Naprawdę z całego serca polecam , a podczas słuchania zachęcam do założenia słuchawek, podkręcenia głośności, położenia się gdzieś wygodnie i odpłynięcia razem z bohaterem na te ponad dwie godzinki.

Źródła ilustracji:
http://www.arjenlucassen.com

czwartek, 8 maja 2014

Teoria wszystkiego

Znów odwlekam pisanie o przeczytanych książkach, ale muszę o tym napisać bo w końcu wyjdę z siebie i stanę obok albo moja pęknięta mp4 powie dość ogłaszając strajk protestacyjny. A cała awantura dotyczy pewnego Holendra z psem, który wygląda wypisz wymaluj jak jego właściciel. Ten człowiek to Arjen Lucassen, który jest mózgiem projektu o nazwie Ayreon.
Ciężko powiedzieć jaką naprawdę muzykę gra, a w zasadzie grają muzycy zgromadzeni przez Lucassena. Definicji jest tyle ilu jest słuchających, ale do tych najczęściej powtarzanych klasyfikacji należą metal progresywny, metal symfoniczny oraz folk metal. Dla mnie osobiście jest to mieszanka rock opery ze space operą, bo od science fiction w klimacie nieco Star Trek'owskim przeplecionych folkowym brzmieniem uciec nie można. Dla mnie bajka!
Na płytach tego muzyka mam wszystko, co lubię. Od cięższych brzmień, po folk i elementy kosmiczne wyrwane ze ścieżek dźwiękowych filmów sci-fi (tych klasycznych ;), do tego genialnie dobrani wokaliści perfekcyjnie odgrywający swoje role w scenariuszu napisanym przez Lucassena. Dodatkowym atutem krążków są genialne okładki z cudownymi surrealistycznymi grafikami Jeff'a Bertelsa. Wypadało by jednak przestać rozpływać się nad Ayreonem jako takim, choć mogłabym tak godzinami jak z resztą o Kamelocie, Seventh Wonder i Tolkienie.
Tym razem z uporem maniaka i jakby to powiedziała mama "godnym lepszej sprawy" katuję otoczenie z moją nieszczęsną ledwie zipiącą mp4 na czele ostatnim albumem Ayreona, czyli "The Theory of Everything".
Jest to historia nieco inna od tego, co do tej pory można było usłyszeć na poprzednich wydawnictwach. Nie ma tu tyle sci-fi, czy przeplatających się różnych czasów i świadomości. Jest za to historia pewnego chłopca, który odnajduje się w zasadzie tylko i wyłącznie w świecie liczb. Ma nawet na tyle umiejętności by przy odpowiednim wsparciu odkryć Teorię Wszystkiego, teorię, która jednym równaniem byłaby w stanie opisać wszystkie prawa rządzące tym światem. Wszystko zaczyna się komplikować, gdy pozostali bohaterowie chcę go kreować według siebie.
Klimat i historia według mnie są zbliżone do miksu filmów "Piękny umysł" oraz "Rain Man", a wszystko to podlane genialną muzyką.
Na początku może ona przytłaczać ilością motywów, instrumentów oraz brakiem powtarzających się fraz, czy refrenów. Jednak po pierwszym przesłuchaniu chce się jeszcze! Bo jest to połączanie strasznie intrygujące i wymagające spokojnego wsłuchania nie tylko w słowa, żeby zrozumieć opowieść, ale też dać się ponieść muzyce gdzieś daleko. Dać ponieść, gdzieś do tej latarni, która pojawia się na okładce.
Oprócz perfekcyjnej strony instrumentalnej Lucassenowi udało się zebrać całkiem ciekawy zespół wokalny. Dla mnie najważniejsza jest następująca trójka: Tommy Karevik (Kamelot/Seventh Wonder), Marco Hietala (Nightwish/Tarot) i Cristina Scabbia (Lacuna Coil). Wszystkich tych wokalistów znam z zupełnie różnych stylów, które prezentują na co dzień i o ile Karevika byłam sobie wstanie wyobrazić w tego typu albumie to całej reszty już nie za bardzo. Jednak razem z pozostałymi wokalistami wykonali kawał niezłej roboty.
Jednym słowem zakochałam się w tym albumie i brakuje mi tylko możliwości puszczenia go sobie gdzieś głośno na porządnych głośnikach. Album wielki i nie banalny wobec, którego nie można przejść obojętnie, a jak już raz się wsiąknie w ten świat, to chce się jeszcze i jeszcze...
Rzecz, o której może jeszcze warto wspomnieć to bogaty Making Off, który został do "The Theory of Everything". Są wywiady z wokalistami, muzykami i dodatkowo wszystko jest opatrzone komentarzem Arjena. Dla maniaków mojego pokroju naprawdę trafiony dodatek :)
Jeśli więc ktoś chce wybrać się na wycieczkę, którą proponuje Arjen Lucassen i spółka to zapraszam do słuchania.



P.S.
Arjen Lucassen ma u mnie dodatkowego plusa za psa i choć przyznam się szczerze, że nie cierpię grzywaczy chińskich to Hoshi jest słodka :)



Źródła ilustracji:
http://www.vandohalen.com.br/wp-content/uploads/2014/01/ayreon.png
https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEim09oCMFYmRhtRg3aCqT-7MOO5W51gZ9Zaew9OSQseHIKqfx_6RIg1b6OKeEwybwHKdFobna7th67N3UjNbGvLzC_MQTzOH_4BQEGTEE5zWfBK4fCoSlQSrLemNspKzE_dHyS1aKSs9xqx/s1600/ayreon+the+theory+of+everything+metalharem.jpg

niedziela, 3 listopada 2013

Silverthorn

Może pomyślicie sobie, że jeśli chodzi o muzykę jestem monotematyczna i jakiś psychofan, gdzieś tam ze mnie wychodzi, ale nic na to nie poradzę. Uwielbiam Kamelot. Po za tym jest to jeden z niewielu zespołów, który obowiązkowo musi być na mojej playliście inaczej czegoś by mi przez cały dzień brakowało. Jak nic uzależnienie, ale co tam. Za to jak panowie z Tampa grają dam się pokroić i bardzo żałuję, że ich trasa koncertowa nie biegnie gdzieś bliżej, bo do Monachium to jednak kawałek drogi mam. Paradoksalnie nie żałuje też, że nie pojechałam na ich koncert do Krakowa dwa lata temu, ale o tym za chwilę.
Jak pisałam przy okazji recenzji "Poetry for the Poisoned" i kilku słów o zespole Conception uwielbiam głosu Roya Khana, który nierozerwalnie kojarzy mi się z Kamelotem i który niestety w 2011 odszedł z zespołu z powodów zdrowotnych. O czym dowiedziałam się tuż przed tym jak próbowałam dogadać się ze stroną ticketpro i kupić bilet. Pierwsza myśl była taka, że wokalista dociągnie trasę koncertową z zespołem do końca, ale potem okazało się, że jednak nie i Kamelot szukał zastępstwa. Padło na Fabio Lione, ale po pierwsze ja się trochę obraziłam (No bo jak tak można?! Jedyny koncert w Polsce i tu taki numer!) i jakoś nie potrafiłam (Dalej nie potrafię) wyobrazić sobie tego muzyka po za Rhapsody of Fire. Dlatego z koncertu zrezygnowałam, a przeglądając filmiki na yt jakoś nie żałuję, choć wiadomo, że koncert to zupełnie inna atmosfera. No, ale wypadałoby wrócić do tematu.
Mój foch na Kamelot trwał sobie w najlepsze, a tymczasem panowie szukali nowego wokalisty i pracowali nad nową płytą. Kiedy w sieci pokazały się krótkie fragmenty nowych piosenek promujące album razem z informacją, że Khana zastąpił Tommy Karevik z Seventh Wonder (o tutaj o nich pisałam) podeszłam do tego z dość sporą rezerwą. Pierwsze, co mnie zaskoczyło to fakt, że Tommy często brzmi jak młodsza wersja Roy'a, ale co najważniejsze to, to że go nie kopiuje. Świetnie wpasował się w klimat zespołu i śpiewa nieco inaczej niż z chłopakami z SW - trochę bardziej lirycznie, chociaż pazurek w tym jest.
Trochę bardziej niż zwykle rozpisałam się o wątkach pobocznych. Czas więc przejść do meritum, czyli właściwego bohatera dzisiejszej notki, czyli ostatnią płytę Kamelotu - "Silvetrhorn".
Na płycie jest 12 utworów, które trochę przypominają to, co do ej pory zespół nagrywał na płytach "Black Halo", czy "Epica". Utwory są dość zróżnicowane i w naprawdę ciekawy sposób opisują historię pewnej dziewczynki imieniem Jolee, która zginęła tragiczną śmiercią w XIX w i to jakie konsekwencje za sobą ta śmierć pociągnęła. Temat niby nieciekawy, ale sposób jaki trio Karevik/Youngblood/Palotai go przedstawił jest fascynujący.
Teksty piosenek są bardzo emocjonalne, podobnie jak podpierająca je muzyka, która uderza w czułe struny osoby słuchającej i mocno oddziałuje na wyobraźnię. W niektórych utworach zespół wsparty jest przez muzyków symfonicznych w tym przez Eclipse mało znany kwartet smyczkowy z Niemiec (np. "My Confession", "Falling like the Fahrenheit").
Karevik podobnie jak Roy Khan czaruje głosem. Od spokojnych i mocno chwytających za serce ballad np. "Song for Jolee", czy w jednej z części "Prodigal Son". Potrafi też zaśpiewać agresywniej i silniej np. "Sacrimony (Angel of afterlife)", a co najważniejsze świetnie łączy takie delikatne i agresywne elementy, co najlepiej słychać w "My Confession". Pisząc o wokalistach nie wolno też zapomnieć o dwóch paniach, które się na tej płycie udzielają. Są to Elize Ryd z Amaranthe i Alissa White-Gluz z The Agonist. Elize Ryd "Sacrimony (Angel of afterlife)", gdzie popisała się świetnym growlem, który do tej pory wydawał się być zarezerwowany wyłącznie dla panów. Jednak przysłowiowe "rzyganie" to nie jedyny atut tej wokalistki, która świetnym czystym wokalem popisała się "Prodigal Son".
tworzy z Tommym świetny duet, co słychać w trzech utworach, gdzie ich głosy świetnie się uzupełniają dodatkowo wokalistka świetnie odegrała rolę Jolee i udzielała się w partiach przeznaczonych dla chóru. Druga z pań udziela zdecydowanie mniej, ale w sposób głęboko wpadający w pamięć zwłaszcza w
Ta płyta jak wspomniałam jest też dopracowana pod względem muzycznym. Jak w przypadku "Poetry for the poisoned", gdzie popisywał perkusista, tak tutaj popis swoich umiejętności daje klawiszowiec zespołu, czyli Olivier Palotai. To właśnie on nadaje ten melancholijny ton całej płycie i porusza wyobraźnię, a reszta wydaje się być dopełnieniem.
Bałam się trochę tej płyty i podchodziłam do niej bardzo ostrożnie, ale teraz żałuję, że trwa tylko około 56 minut (chyba, że ktoś doliczy dwa bonusowe nagrania). Słucha się świetnie i to kawałek dobrej roboty otwierający nowy rozdział w historii zespołu. "Silverthorn" to płyta, której warto posłuchać i dać się ponieść. Jak ktoś chce posłuchać to poniżej są linki do kilku klipów na yt.


Byłabym zapomniała! Jak poprzednie płyty również "Silverthorn" ma świetną okładkę, która choć przypomina mi troszeńkę Final Fantasy to bardzo dobrze wpasowuje się w klimat krążka.



Źródła ilustracji:
www.kamelot.com

niedziela, 6 października 2013

Roll the fire with Conception

Zaczął się październik, choć ja mam wrażenie, że ze względu na temperaturę mamy gdzieś koniec listopada. W ogóle widząc ostatnio na termometrze -3 stopnie  rano pomyślałam sobie, że zniknęły gdzieś miesiące między sierpniem i grudniem. Tak jakby ktoś zagiął czasoprzestrzeń. W takich przypadkach mam ochotę zagrzebać się pod kocykiem i nie wystawiać nosa. Nie czytam w tedy dużo, wolę sobie poleżeć wygodnie i pobłądzić gdzieś myślami, a żeby trochę odizolować się od świata włączam jakąś dawno niesłuchaną płytę.
Tym razem padło na Conception. Mało znaną (chociaż o dziwo mają polską zakładkę na wikipedii) norweską grupę grającą metal progresywny. Zespół powstał w 1989 roku w Rauffos i gdyby dalej istniał miał by tyle lat co ja, ale panowie grali razem tylko mniej więcej do 1997 roku. W sumie szkoda, bo przez tych kilka lat nagrali cztery całkiem ciekawe płyty i gdyby grali dalej razem pewnie jeszcze kilka ciekawych projektów by powstało. Jednak zespół przestał istnieć i panowie poszli każdy w swoją stronę. Roy Khan został wokalistą Kamelotu, o którym pisałam przy okazji "Poetry for the Poisoned", a Tore Østby (założyciel grupy) stworzył z dwoma innymi muzykami zespół Ark, który grał w podobnym klimacie co Conception.
Wracając jednak do tematu. Z zespołem Conception zetknęłam się kiedyś przez przypadek na Youtubie, gdzie w proponowanych nagraniach powiązanych z Kamelotem pojawił się singiel "Roll the fire". Potem zaczęłam grzebać za nimi coraz więcej. Fajnie było posłuchać głosu Khana w zupełnie innych aranżacjach niż te, które znałam z Kamelotu. W Conception brzmi on troszkę bardziej dziko, co w towarzystwie muzyki, w której wyraźnie słychać wpływy flamenco sprawia naprawdę niesamowite wrażenie. 
Pierwszą płytę "The Last Sunset" nagrali w 1991 roku, a w 1994 roku wyszło jej wznowienie z dużo "Parallel Minds", gdzie pisaniem tekstów zajął się już Khan, a muzyką Østby i w zasadzie ta dwójka zajmowała się tworzeniem kompozycji na resztę płyt.
bardziej klimatyczną okładką. Płyta jest dość zróżnicowana, choć jak się dobrze wsłuchać można znaleźć pewne punkty styczne. Następną płytą było nagrane w 1993 roku
"Parallel Minds" jest chyba jedną z bardziej znanych płyt zespołu ze względu na to, że do piosenki z tej płyty zespół nagrał jedyny w karierze teledysk. Klip byłby całkiem przyzwoity, ale ze względu wokalistę tarzającego się w piasku z nieznanych mi powodów jest troszkę dziwny. Po za tym płyta ta już wydaje się trochę bardziej spójna stylistycznie, ale nie jest to granie "na jedno kopyto". Są na niej nagrania bardziej energetyczne jak "Parallel minds" z wpadającą w ucho perkusją i piosenki, w których wokalista uwodzi swoim głosem ("Silent crying", czy "Soliloqui").
Trzecią płytą Conception jest "In Your Multitude". Ze wszystkich czterech płyt ta jest zdecydowanie najcięższa i trzeba mieć troszkę czasu lub odpowiedni nastrój żeby na spokojnie ją przesłuchać. Podobnie jak w przypadku dwóch poprzednich płyt Roy Khan hipnotyzuje głosem, a Tore Østby napisał świetną muzykę, która wypełnia pozostałą przestrzeń. Świetne, choć nieco ciężkie gitarowe granie i nadająca temu wszystkiemu rytm perkusja, która trochę mniej zwraca na siebie uwagę. Nie ma tutaj jak w przypadku "Parallel minds" łzawej ballady, ale jest za to nieco spokojniejsze i świetnie zagrane "Sanctuary".
Ostatnią płytą jest "Flow". Nagrany w 1997 roku album otwiera ciekawe i zapadające w pamięć "Gethsemane". Kolejne dwa utwory ("Angel (Come walk with me)" i "A virtual lovestory") wydają się podobne i równie hipnotyczne, co pierwszy. Wszystkie trzy nagrania mają sporo punktów stycznych, ale jeżeli się dobrze wsłuchać można spokojnie dać się ponieść muzyce, która prowadzi w zupełnie różne miejsca. Najlżejszym i chyba najbardziej charakterystycznym utworem na tej płycie jest tytułowe "Flow", taki kawałek do pobujania się. Pojawiają się też dwie bardzo fajne balladki, których słucha się niezwykle przyjemnie. Ta ostatnia płyta jest chyba jedną z bardziej przystępnych, ale nie wpływa to na nią negatywnie. Dalej słychać charakterystyczne dla zespołu elementy. Świetne gitarowe solówki i genialny wokalista bawiący się, czarujący głosem, w którym często mocno daje o sobie znać klasyczne operowe śpiewanie.
No i co jest najważniejsze. Panowie z Conception równie dobrze sprawowali się w koncertach na żywo, co się zdarza ostatnimi czasy bardzo rzadko.
Fajnie by było gdyby jeszcze kiedyś zagrali razem (ostatni raz grali w 2005 roku na Prog Power USA), ale ze względu na to, że Roy Khan oficjalnie wycofał się z grania jest to bardzo mało prawdopodobne. Szkoda, bo uwielbiam głos tego wokalisty i chętnie dałabym mu się jeszcze przez jakiś czas poczarować. Nieważne, czy w towarzystwie Conception, czy Kamelotu. Obie grupy są świetne chociaż grają zupełnie różny typ muzyki. 
Jeśli ktoś chce to zapraszam do posłuchania zespołu. Według mnie warto czasem sięgnąć po ich muzykę i dać się tej piątce norwegów pouwodzić zarówno w wersji studyjnej jak i na żywo.

 
Jeśli ktoś by jeszcze chciał posłuchać Conception na żywo, a przede wszystkim przekonał się do nich to zapraszam do posłuchania nagrania z tego koncertu. Jakość nagrania pozostawia wiele do życzenie, ale można spokojnie przymknąć na to oko i dać się ponieść.



Źródła ilustracji:
en.metalship.org
www.wikipedia.pl


czwartek, 12 września 2013

Poetry for the Poisoned


Słuchacie muzyki czytając? Ja tak, najczęściej w autobusie, bo tak łatwiej odizolować się od reszty świata i nie zwracać uwagi na rzeżący silnik lub grupki gimnazjalistów bawiących się komórkami lub gadających od rzeczy. Najczęściej puszczam w tedy jakąś mieszankę, która skutecznie to zagłusza, ale nie wymaga skupienia. W tedy w mojej playliście znajdują się Scorpionsi, Amaratnhe, stary dobry HIM, Gunsi i jeszcze kilku innych. Czasem jednak zaplącze się tam coś innego. Coś co powoduje, że zamykam książkę i słucham gapiąc się za okno.
Ostatnio padło na Kamelot, z którym się troszkę pokłóciłam. Nie odmawiam ich nowemu wokaliście talentu (o czym pisałam przy okazji "Mercy Falls"), bo radzi sobie całkiem dobrze i "Silverthorn" to bardzo dobra płyta. Ciężko jest jednak przyzwyczaić się do nowego głosu po 7 płytach, które zespół nagrał z Royem Khanem. Dlatego dzisiaj będzie o ostatnim albumie nagranym z tym w mojej opinii genialnym  wokalistą.
"Poetry for the Poisoned" to dziewiąty studyjny album Kamelotu, na którym jest 15 utworów z czego cztery tworzą jedną spójną całość. Klimat płyty jest dość mroczny i nieco hipnotyzujący, co powoduje, że przy niektórych nagraniach człowiek mimowolnie przestaje robić inne rzeczy i słucha całym sobą.
Co ciekawe łamie ona trochę utartą konwencję power metalu i pojawiają się zazwyczaj nie występujące w tym rodzaju elementy. Dobrym przykładem tego może być "The Great Pandemonium", które przynajmniej mi na początku mocno kojarzy się z kawałkiem "Rule the world" z poprzedniej płyty, ale potem to już zupełnie co innego. Świetna perkusja, która w tym utworze gra w zasadzie pierwsze skrzypce, odrobinka elektroniki oraz pojawiający w tle growl, do tego jeszcze niezawodny Khan.
Watro zwrócić też uwagę na "Poetry for the Poisoned I-IV". Są to różne nagrania, które tworzą świetnie skomponowaną i zaśpiewaną całość. Pojawiające się w tych utworach wokalistki łagodzą trochę klimat i ładnie zgrywają się z Khanem. Moją ulubioną częścią z tego tryptyku jest "So long", które jest troszkę romantyczne i przypomina trochę ballady z wcześniejszych płyt, a których nie ma na "Poetry for the Poisoned". No i znów czarujący głosem norweski wokalista, który świetnie dogaduje się w tym nagraniu z Simone Simmons.
Na tej płycie można znaleźć to z czego jest znany Kamelot, ale też kilka mniej lub bardziej udanych eksperymentów. Jest trochę mroczniej, ale też pojawiają się lżejsze fragmenty. Najlepszym elementem (oczywiście oprócz wokalisty) jest perkusja, na którą zazwyczaj rzadko zwracam uwagę, ale tutaj w większości przypadków gra pierwsze skrzypce nadając rytm i klimat całości. Reszta wydaje się tylko wygładzać i uzupełniać całość. "The Great Pandemonium" lubię za ten nieco hipnotyczny mroczny klimat i przykuwanie uwagi.
Przy okazji Kamelotu nie sposób też nie powiedzieć nic o okładce. Autor naprawdę się napracował i stworzył świetną grafikę. Mroczny obraz, który trochę przypomina niektóre prace Louisa Royo całkiem nieźle wpasowuje się w klimat krążka. Do tego jeszcze dwa świetne klipy. Typowy dla Kamelotu "The Great Pandemonium", w którym pojawiają się członkowie zespołu i trochę kojarzy się z anime. No i "Necropolis", które jest czymś zupełnie innym.
Płyta jest bardzo dobra i różni się od tego, co do tej pory nagrywał zespół. Moim zdaniem warto poświęcić te niecałą godzinę i dać się Kamelotowi zahipnotyzować.



Źródła ilustracji:
www.kamelot.com

niedziela, 21 lipca 2013

Welcome to Mercy Falls

Tym razem nie będzie ani o filmie, ani o książce, choć będzie o pewnej historii, która dzieje się w dwóch równoległych światach. Jednak tym razem historia została opowiedziana przez Seventh Wonder.
Grupa powstała w 2000 roku w Sztokholmie i gra tak zwany metal progresywny. Aktualnie zespół tworzy pięciu muzyków w tym Tommy Karevik, który zastąpił mojego ulubionego wokalistę w zespole Kamelot i jak na razie radzi sobie całkiem nieźle (choć Roy Khan to nie jest).
"Mercy Falls" to trzeci studyjny album w dorobku Seventh Wonder (2008). Nie jest to jednak zwykła płyta będąca składanką 12-15 często nie łączących się ze sobą kawałków, ale album koncepcyjny (co swoją drogą jest jedną z cech metalu progresywnego).
Na płycie opowiedziana jest pewna historia, która dzieje się tak jakby dwutorowo. Wszystko zaczyna się od dziwnego wypadku samochodowego, po którym mężczyzna prowadzący samochód zapada w śpiączkę. Od tego momentu słuchamy dwóch historii. Jedna rozgrywa się w świecie rzeczywistym i dotyczy najbliższych mężczyzny w śpiączce. Jego żony i syna, dla których sytuacja jest trudna do zaakceptowania. Druga historia jest już trochę dziwniejsza i rozgrywa się w głowie mężczyzny w śpiączce. Trafia on do pewnego miasta (tytułowe Mercy Falls) i próbuje się z niego wyrwać. W ciągu kolejnych piosenek poznajemy obie historie, to jak z tym faktem radzą sobie bohaterowie, co było przyczyną wypadku i jak to wszystko się kończy.
Z góry muszę zaznaczyć, że nie mam zbyt wielkiej wiedzy by profesjonalnie oceniać muzykę na tej płycie. Nie będę się wiec wypowiadać na temat szczegółów czysto technicznych. Mogę za to powiedzieć, że z mojego punktu widzenia jest to kawał dobrej roboty.
Każda piosenka jest inna i na swój sposób opowiada odpowiedni fragment wspomnianej historii, które dodatkowo są wspierane przez nagrania z wypadku, rozmowy lekarzy z żoną, a nawet kobiety z synem, a nawet rozmowy małżonków, która doprowadziła do wypadku (krótkie nagranie "Back in time"). Są piosenki zagrane akustycznie ("Tears for a father"), a czasem goniące w szaleńczym tempie ("There and back"). Także dostajemy około 70 minut muzyki, która jest zróżnicowana pod wieloma względami, ale mimo to pozostaje spójną historią. 
Jednak dla mnie nawiększym atutem całej płyty jest to, że muzycy wydobywają z instrumentów i siebie nie tylko odpowiednie dźwięki, ale tworzą coś co gra też na uczuciach. Każda z piosenek pobudza różne emocje i robi to bezbłędnie. Zarówno muzycy jak i wokalista włożyli w cały album spory ładunek emocjonalny, który łatwo wyczuć nawet jeśli nie jesteśmy w stanie zrozumieć o czym śpiewa Karevik. Wystarczy wsłuchać się w melodie i pozwolić jej ponieść się.
Moim zdaniem warto wygospodarować sobie te nieco ponad godzinkę i  wsłuchać się w ten album. Jest to coś czego zdecydowanie nie usłyszymy w radiu, bo melodie są dość skomplikowane, ale to w tym tkwi ich siła. Dodatkowo na uwagę zasługuje jeszcze sprawny wokalista, który (przynajmniej moim zdaniem) czaruje i każdej z piosenek pokazuje na co go stać. Od łagodnych ballad po mocniejsze i wymagające czasem krzyknięcia piosenki.
Co mogę jeszcze powiedzieć? "Mercy Falls" to jak na razie najlepszy album w dorobku Seventh Wonder (chociaż "The Great Escape" też jest bardzo dobry) i chętnie do niego wracam. Z ciekawością czekam też na następny krążek chłopaków zapowiedziany ponoć na ten rok.
Jeśli ktoś chce posłuchać to tutaj jest całe "Mercy Falls". Wypadałoby też powiedzieć, która z piosenek najbardziej przypadła mi do gustu i muszę się tutaj przyznać, że czuję się jak osiołek z bajki Fredry. Dlatego jeśli ktoś nie ma ochoty na całość to polecam przynajmniej te trzy, chociaż najlepiej jest zapoznać się z całością:



Źródła ilustracji:
www.progarchives.com
www.metal-rules.com