Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Herbert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Herbert. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 lutego 2014

Gdy na pustyni wyrośnie las...

Do samej "Diuny" wracam często i podobnie jak do książek J.R.R. Tolkiena z uporem godnym maniaka. Nigdy jednak tak naprawdę nie odważyłam się sięgnąć dalej, bo kiedyś na "Dzieciach Diuny" trochę się sparzyłam. Teraz jednak z przyjemnością stwierdzam, że zabranie się dalsze części było całkiem dobrym pomysłem.
Arrakis się zmienia. Nie jest już to ta sama planeta, która stworzyła nieugiętych fremenów - pełnych honoru i specyficznej moralności ludzi żyjących na pustyni i jak nikt potrafiących do perfekcji wykorzystywać minimalne ilości wilgoci. Ludzi oddających cześć szej-huludowi, ale jednocześnie traktować czerwie jak wierzchowce. Jednak, gdy Paul Muad'dib dokonał swojej rewolucji i zaczął ekologiczną transformację planety coś zaczęło się zmieniać... Wraz ze wzrastająca ilością wody pustynia zaczęła porastać różnego rodzaju roślinnością zaczęło dochodzić do rozluźnienia obyczajów. Coraz trudniej młodym ludziom było zrozumieć konieczność utrzymania reżimu wody. Religia stworzona dookoła Paula, zaczęła się rozrastać do niebotycznych rozmiarów, a kapłani chcąc utrzymać władzę nad ludem z różnych planet i układów zaczęli modyfikować to, co ustanowił Atryda do tego stopnia, że przypisywali mu coś czego nie zrobił lub nie powiedział. Uczynili go bogiem, choć sam z boskości zrezygnował.
Po dziewięciu latach odkąd Paul Atryda odszedł na pustynię sprawy zaczynają się komplikować. Na Diunę wraca lady Jessika, która do tej pory przebywała na Kaladanie. Nikt tak naprawdę nie wie po co wraca, choć oficjalną wersją są odwiedziny wnucząt. Mimo to wokół tego zdarzenia zaczynają krążyć różne plotki o powrocie matki Muad'diba do zakonu Bene Gesserit, a prawdziwym powodem jej powrotu nie jest miłość do osieroconych wnuków, ale próba podtrzymania planu hodowlanego i dążenie do skrzyżowania rodzeństwa.
Jednak nie tylko lady Jessika jest niewiadomą w tym równaniu. W Arrakin coraz głośniej słychać o tajemniczym Kaznodzieji, który wygłasza przemowy niejednokrotnie będące w uszach kapłanów religii Muad'diba herezjami. Wielu ludzi natomiast wierzy, że ów ślepiec z serca pustyni jest kimś więcej niż pustynnym szaleńcem wiedzącym...
Kolejnymi niewiadomymi są Przedurodzeni: Alia, Leto i Ghanima, którzy muszą stawiać czoło tysiącom istnień zapisanym w ich pamięci i tylko najsilniejsi z tej trójki będą w stanie sprostać wyzwaniu. Będą w stanie zachować swoje dusze i nie stać się Paskudztwami, opętanymi... Niestety wszystko wskazuje, że najsłabszym ogniwem może być Alia.
Takich niewiadomych w tym równaniu jest jeszcze bardzo dużo i spokojnie można powiedzieć za Guerneyem bądź Duncanem, że jest to jak finta w fincie w fincie. Do tego wszystkiego praktycznie nikt nie zdaje sobie sprawy z tego jak bardzo od klimatu Diuny zależy całe Imperium...
Co mogę powiedzieć o "Dzieciach Diuny"? Pewnie sporo, bo skończyłam ją czytać w niedziele, a dopiero teraz zebrałam się, żeby coś napisać. Jest to książka pełna intryg, polityki i próbą pokazania konsekwencji, do jakich doprowadziło zachowanie i procesy uruchomione przez Paula, Alię, lady Jessikę, a nawet Gildię Planetarną i Bene Gesserit. 
Trzeba naprawdę uważnie czytać te część, żeby zrozumieć co się dzieje. Jednak autorowi często udaje się wyprowadzić czytelnika w pole. Na przykład niewielu ludzi wie, co tak naprawdę planują bliźnięta, które bardzo często ze względu na wiek są ignorowane, ale po jakimś czasie okazuje się, że ktoś jednak przewidział ich ruchy.
Intryga goni intrygę, a bohaterowie jak w szachach próbują nawzajem rozgryzać swoje plany. Jednym wychodzi to lepiej, drugim gorzej, a gra toczy się o dużą stawkę i każdy najmniejszy błąd może kosztować życie.
Tak jak w przypadku poprzednich części pojawiają się tutaj wątki ekologiczne. Herbert pokazuje, że próby kształtowania środowiska według własnego planu może mieć daleko idące konsekwencje, ale też z drugiej strony pokazuje jak niewielu ludzi jest w stanie to zrozumieć. Pokazuje jak silna ingerencja na korzyść człowieka może się potem na nim mocno odbić, co jednak ludzi nie obchodzi, bo nie są w stanie myśleć długofalowo albo unikają myślenia o potencjalnych konsekwencjach.
Była tylko jedna rzecz, która mnie strasznie irytowała podczas czytania. Nie było to tłumaczenie, bo do kul świętojańskich zdążyłam się już przyzwyczaić, ale błędy. Książka wypożyczona z biblioteki została wydana przez Phantom Press w 1992 roku i zawierała strasznie dużo literówek, które sprawiały, że głupiałam np. przez pół książki żołnierze rodu Corrino nazywani byli sardaukarami, a przez kolejne pół saradaurukurami. To jeden z wielu przykładów, było tego znacznie więcej i strasznie irytowało, ale koniec końców nie odebrało uroku "Dzieciom Diuny".
Teraz z niecierpliwością czekam aż ktoś w końcu odda do biblioteki "Boga Imperatora Diuny", bo Herbert napisał trzecią część sagi w taki sposób, że po prostu muszę sięgnąć po następne.

Książka bierze udział w: Wyzwaniu bibliotecznym u MK

niedziela, 22 grudnia 2013

Mesjasz Diuny

Kiedy pierwszy raz wzięłam do ręki "Diunę" byłam oczarowana filmem Lyncha i niemal instynktownie poczłapałam z nią do kasy. Jakiś czas później pewna osoba uświadomiła mnie, że są dalsze części i wcisnęła "Dzieci Diuny". Niestety zanim zdążyłam je przeczytać, to coś się popsuło i książkę powiązałam z bardzo bolesnymi wspomnieniami. Trochę wody musiało upłynąć zanim postanowiłam znów zmierzyć się z kolejnymi częściami sagi Herberta i nie żałuję tego czasu. Człowiek czasem musi do pewnych rzeczy dorosnąć i tak znów zaczęłam swoją przygodę wśród pustynnych piasków Arrakis. 
W "Diunie" obserwowaliśmy jak Paul Atryda z chłopca stawał się mężczyzną, jak stawał się legendą walcząc z Harkonnenami, jak dążył do tego by uwolnić ludzi od prześladowców i w końcu zasiąść na imperialnym tronie. W "Mesjaszu Diuny" obserwujemy konsekwencje tych wydarzeń. Dwanaście lat po tym jak Diuna stała się centrum znanego wszechświata i rozpętaniu dżihadu, który pochłonął życie 61 miliardów ludzi Paul zaczyna dostrzegać w swoich wizjach konsekwencje tych wydarzeń. Jednocześnie wpada w rodzaj czarnej dziury i nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego, a w wizjach pojawiają się pewne nieścisłości. Młody, ale jednocześnie najpotężniejszy imperator w historii zaczyna czuć odrazę do tego wszystkiego, co stworzył i tego, że ludzie nie widzą w nim człowieka, a boga. Boi się też o swoją ukochaną Chani, chociaż wie, że jej śmierć jest nieunikniona.
W międzyczasie przeciwko Muad'Dibowi zawiązuje się spisek, w którym każdy ma jakieś ukryte cele. Wielebna Matka zakonu Bene Gesserit chce za wszelką cenę odzyskać kontrolę nad planem hodowlanym, który zaburzyła Lady Jessica. Nawigator Gildii chce odzyskać kontrolę nad przyprawą, która umożliwia międzygalaktyczne podróże, księżna Irulana pragnie dziecka, a Tancerz Oblicza Scytallus też ma jakiś ukryty cel, ale trudno go odgadnąć. Do tego spisku włączają się też kiedyś najbliżsi współpracownicy, przyjaciele Paula.
W całej książce pojawia się mnóstwo wątków i niedomówień. Są one jednak konsekwencją tego, co Herbert zaczął opisywać w pierwszej części sagi. W świetny sposób autor pokazuje jak Paul, Alia, czy członkowie spisku miotają się pomiędzy dobrem, złem, a swoimi planami.
Paul zaczyna dostrzegać mroczną stronę procesu, który uruchomił, że stworzył religię, która podczas dżihadu wymknęła się spod kontroli i stała się czymś czego on wręcz nienawidzi. Widzi, że ta wojna nie ma sensu i w konsekwencji doprowadzi do zagłady ludzkości. Jest też zmęczony tym, że umiejętności Kwisatz Haderach nie pozwalają mu żyć normalnie i wpada też w swojego rodzaju czarną otchłań, która zaciemnia wizje i nie pozwala znaleźć alternatywnych rozwiązań.
Alia, która ma dorosłą świadomość i zna doświadczenia nie tylko swoje, ale i tych którzy byli przed nią nie jest w stanie do końca pojąć tego jak dorastające ciało wpływa na jej świadomość. Dodatkowo zdaje się widzieć to, czego nie dostrzega Paul, ale bardziej krótkowzroczna.
Ważnym elementem całej książki zdaje się też być ghola, czyli wskrzeszeniec, który na zlecenie spiskowców został stworzony z ciała Duncana Idaho dawnego wychowawcy i przyjaciela Paula Atrydy.Postać ta miota się pomiędzy świadomością, którą dostała podczas wskrzeszania, a tym co pamięta ciało. Jest wierny Paulowi, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że ktoś chce by stał się jego końcem.
Wielebna Matka, która za wszelką cenę chce uchronić plan hodowli Bene Gesserit też się miota pomiędzy poczuciem obowiązku, a złamaniem zasad, których strzegła do tej pory. Nie ma jednak zamiaru cofać się przed niczym by osiągnąć cel.
"Mesjasz Diuny" nie jest książką, w której oglądamy zwyczajne życie bohaterów znanych z "Diuny". Herbert pokazał w nim, że każda decyzja ma swoje konsekwencje i nie każda historia kończy się happy endem. 
Podobnie jak w pierwszej części dzieje się dużo. Zarówno w polityce jak i działaniach podejmowanych przez bohaterów. Znów możemy patrzeć na wydarzenia w pałacu imperatora z różnych perspektyw i zastanawiać się nad tym do czego tak naprawdę prowadzą działania bohaterów. Pisarz odkrywa wszystko przed czytelnikiem stopniowo, to trochę taka pisarska matrioszka. Pełno ukrytych znaczeń i sprytnie przemycanych mądrości. Znaczenia ukryte w znaczeniach. Przez cały czas żałowałam tylko jednego, że nie jest to moja prywatna książka i, że nie mogę bezkarnie wziąć ołówka i podkreślać.
Przyznaję się. Brakowało mi tego sposoby pisania i tego uniwersum. Brakowało mi Paula Atrydy i tego jak radził sobie z sytuacjami bez wyjścia.
Książka jest genialna i chyba dobrze, że zwlekałam z zabraniem się za nią. Musiałam dorosnąć do niej, tak
jak jej bohaterowie. Teraz z niecierpliwością czekam na "Dzieci Diuny", które co prawda już czytałam, ale mam nadzieję spojrzeć na nią z innej perspektywy.
Muszę jeszcze tylko trochę pomarudzić. Tłumaczenie samo w sobie nie było złe, ale było parę rzeczy, które strasznie mnie irytowały np. te nieszczęsne kule świętojańskie. Naprawdę nie dało się wymyślić innej nazwy lub używać tych które zaproponował Łoziński?
Teraz nie pozostaje mi nic innego niż uzbroić się w cierpliwość i czekać aż do biblioteki wrócą "Dzieci Diuny", a ja jakimś sposobem uzbieram ponad 200 zł na uzupełnienie swojej biblioteczki o całą sagę, którą bardzo ładnie wydał Rebis.

Źródło ilustracji:
http://www.sklep.zysk.com.pl/product/image/3026/83-7150-414-4.jpg
http://www.matras.pl/media/catalog/product/cache/1/image/9df78eab33525d08d6e5fb8d27136e95/k/r/kroniki_diuny_komplet_IMAGE1_277386_7.jpg

środa, 18 grudnia 2013

Władcy niebios, kilka sekund od śmierci

No i nie bardzo wiem, co mam z tym fantem zrobić. Najgorsze jest to, że z bibliotecznego stosiku aż trzy wprawiły mnie w taki stan. Pierwszy był "Krzyż Romanowów" Masello, a teraz doszły do tego (i to w dodatku jedna po drugiej!) książki Franka Herberta i Harlana Cobena. Moje oczekiwania zupełnie rozminęły się z tym, co dostałam. Do tego stopnia, że nawet nie bardzo wiem, czy jestem rozczarowana, czy... No właśnie nie wiem jak ten stan określić.

Frank Herbert nierozerwalnie kojarzy mi się z genialną i legendarną wręcz "Diuną". Biorąc do ręki "Władców niebios" liczyłam na coś podobnego. Świetnie napisaną, mądrą i wciągającą książkę.
Niestety nie wiem, czemu nie potrafiłam tego strawić. Sam pomysł był bardzo ciekawy. Pewna nieśmiertelna rasa uciekała przed nudą manipulując mniej rozwiniętymi rasami z różnych planet i kręciła historyjki. Najbardziej popularne okazywały się te o ludziach, prowadzonych przez nich wojnach i zamieszaniach jakie to wprowadzało w życie całych społeczności. Jednak ich twórca został posądzony o naruszenie prawa, ale liczne kontrole nic nie wykazały, co jeszcze bardziej wzmogło podejrzenia zwierzchnika Chemów. W tym celu wysłał kolejnego kontrolera, który też wpada w sieć manipulacji, podobnie jak ludzie, którzy stają się ofiarami nudy tego nieśmiertelnego ludu.
Nie wiem, co mogło pójść nie tak, ale ta książka doprowadzała mnie wręcz do szału. Język jakim była napisana przypominał mi moje wypracowania z podstawówki, ale to w dużej mierze zasługa tłumacza. Temat poważny, przy którym nie potrafiłam być ani trochę poważna. Bohaterowie wydawali mi się sztuczni do bólu. Ani chemowie, ani pojawiający się we "Władcach niebios" ludzie nie mieli w sobie życia. Trochę tak jakby ktoś wyciął z papieru marionetki i poruszał przyczepionymi do nich sznurkami.
"Kilka sekund od śmierci" też mnie rozczarowało, ale może dlatego, że jest to raczej książka dla młodzieży i jej głównym bohaterem nie jest Myron Bolitar, a jego bratanek, który nie wzbudził u mnie zbyt dużej sympatii. Z resztą jego przyjaciele też niezbyt do mnie przemówili. Wytatuowana i wykolczykowana czternastolatka Ema, która nie mówi nic o sobie i ma źródła, o których nie może mówić. Łyżka drobny samotny chłopaczek szukający ucieczki od rzeczywistości w dziwnych informacjach twierdzący, że istnieje tajna siatka dozorców. Koszmarek, ale nastolatkom pewnie się spodoba.
Fabuła też mnie raczej nie wciągnęła. Nie widziałam w niej ładu i składu. Pojawiało się zbyt wiele pytań, na które odpowiedzi były zbyt nieprzewidywalne, ale niestety nie w pozytywnym sensie. Grupa dziwacznych nastolatków, tak na dobrą sprawę wykluczona ze szkolnej społeczności wplątuje się w jakieś podejrzane akcje z tajną organizacją o nazwie Schronisko Abeona. Niedomówienia gonią niedomówienia, Mickey, z kolegami Łyżką i Emą prowadzą jakieś śledztwo, w którym gonią w zasadzie jakieś cienie...
Nie jest to Coben jakiego znałam i ceniłam. Niestety potwierdziły się moje obawy, które miałam po "Wszyscy mamy tajemnice", że autor zaczyna kombinować jak koń pod górkę. Zdecydowanie wolę jego starsze książki.
Na pięć książek jakie wypożyczyłam ostatnio, trzy okazały się dość sporymi bublami. Miałam chyba po prostu pecha.


Źródła ilustrcji:
www.encyklopediafantastyki.pl
www.empik.com 

sobota, 9 lutego 2013

Arrakis... Diuna... Pustynna planeta...

Są książki, które mają taką moc przyciągania, że nie skończy się na jednokrotnym przeczytaniu. Może to też zabrzmi jak banał, ale takie książki potrafią też stać się pewnymi punktami zwrotnymi nie tylko w literaturze, po którą sięgamy, ale też w życiu. Takie książki bez przeczytania, których trudno mi sobie wyobrazić jak mogłabym funkcjonować jest w zasadzie tylko kilka. 
Do takich książek należy właśnie "Diuna" Franka Herberta. Tak w zasadzie i ku przerażeniu mojej mamy to była pierwsza kupiona przeze mnie książka. Teraz mnie to trochę bawi, ale te 10 lat temu stanowiłam pewien ewenement w księgarni. Większość dzieciaków wychodziła z książkami Musierowicz albo bzdetami w stylu "Pamiętnika księżniczki", a ja dumnie drałowałam do kasy z czymś zupełnie innym.
W zasadzie cała moja zabawa z opowieścią o losach Paula Atrydy, rodzie Harkonnenów, Bene Gesserit i Wolanach zaczęła się od filmu. Kto widział "Diunę" wg. Davida Lyncha z Ianem McKellenem i Stingiem nie mógł się w tym filmie nie zakochać. Z całego serca polecam ten film. Pomimo, że liczy już sobie kilkadziesiąt lat (swoją premierę miał w 84 roku, więc jest nawet pięć lat starszy ode mnie) to ten śmieszny miniserial z 2000 roku to jakaś kpina i nawet nie oglądajcie bo pozostaje po tym tylko niesmak.
Co do książki... Jest to druga powieść Franka Herberta, a pierwsza z sześciu części sagi Diuna. Wydana w 1965 roku powieść została uhonorowana Hugo i Nebulą - dwoma najbardziej prestiżowymi nagrodami z literatury fantastycznej. W Polsce książka ukazała się dopiero w 1985 roku (mam wrażenie, że wcześniejsza premiera filmu Lyncha trochę się do tego przyczyniła, ale mogę się mylić). moim zdaniem jest to też najlepsza ze wszystkich pozostałych części sagi. O ile przez "Mesjasza Diuny" chociaż z oporami jakoś udało mi się przebrnąć, to kolejne części były dziwne... Może dlatego, że człowiek był jeszcze młody i głupi, więc pewnie kiedyś jeszcze sięgnę po całą sagę.
Wracając już do samej "Diuny". Już z pierwszymi kartami zostajemy wplątani w sieć intryg prowadzonych przez kobiety z zakonu Bene Gesserit, Harkonnenów i cesarza Szaddama IV, a wszystko jest spowodowane przez jedną niewielką pustynną planetę Arrakis. Jednak jest o co się bić, bo: Kto kontroluje Arrakis, kontroluje przyprawę, a kto kontroluje przyprawę włada wszechświatem. Przyprawa to substancja, która umożliwia jasnowidzenie niezbędne do ponadwymiarowych podróży kosmicznych, a te są podstawą istnienia wszechświata i Imperium.
Naszych głównych bohaterów: Paula Atrydę i jego matkę Lady Jessicę poznajemy w momencie, gdy ród Atrydów ma objąć lenno na Arrakis. Przeniesiony zostaje tam cały dwór i armia Atrydów. Jednak w wyniku zamach dokonanego przez ród Harkonnenów (wcześniej do nich należała Diuna) wspieranego przez żołnierzy Imperium dochodzi do pogromu. Paulowi wraz z matką udaje się uciec i znaleźć schronienie wśród Freemenów. Ludzi pustyni, którzy nie ufają obcym i podporządkowujący swe życie prawom pustyni.
W czasie, gdy Paul stopniowo uczy się zasad panujących w siczy i pozyskuje poparcie tych twardych ludzi. Harkonnenowie uciskają ludność Arrakis powodując co raz większe niepokoje na planecie. Wreszcie, gdy nadchodzi odpowiedni czas Paul Muad'Dib po przemienieniu Wody Życia budzi uśpionego w sobie proroka (Kwisatz Haderach jest to wynik selekcji, którą prowadziły Bene Gesserit w celu stworzenia nadczłowieka) i prowadzi swoich ludzi do zwycięstwa. Oprócz pokonania tyranów przejmuje on władzę w Imperium, po unieruchomieniu cesarskich wojsk, które miały wspierać Harkonnenów.
Krótko mówiąc w książce dzieje się naprawdę dużo i możemy spojrzeć na wydarzenia z wielu różnych perspektyw. Dodatkowo w samym tekście można wyłapać bardzo dużo mądrych rad, myśli, przesłań o ponadczasowym charakterze. Mi samej zdarza się cytować w różnych sytuacjach niektóre z nich. Cała moja książka jest pozakreślana (tak należę do tych zbrodniarzy, co bazgrzą po książkach, zwłaszcza tych ukochanych). Mam kilka ulubionych np. Litania przeciwko trwodze potrafi być przydatna przed trudnym egzaminem, a niektóre cytaty zgrabnie podsumować jakieś wydarzenie.
Co do praktycznych informacji. Książka w Polsce wydana została pod kilkoma tłumaczeniami. Najlepsze przynajmniej według mnie jest Ładysława Jerzyńskiego (w zasadzie to pseudonim Jerzego Łozińskiego i to tłumaczenie jest tylko poprawioną wersją wcześniejszego). Jednak różnice między poszczególnymi czasem są delikatne i do przełknięcia. Nie tak jak w przypadku "Władcy Pierścieni", gdzie Łoziński naprawdę nie wczytał się w książkę i zafundował nam Frodo Bagosza, Gorzałkowo, z Obieżyświata zrobił Łazika, a z krasnoludów krzaty oraz wiele, wiele innych błędów nawet rzeczowych. Jednak w przypadku "Diuny" moim zdaniem sprawdził się doskonale i nie mamy kul świętojańskich (tak, Marek Marszał zafundował nam kule świętojańskie w świecie science-fiction), a jarzyce, które bardziej pasują do klimatu powieści.
W książce (przynajmniej mojej wydanej w 97 roku przez Zysk i S-ka) mamy mapę z objaśnieniami, słowniczek i charakterystyki postaci oraz ekologii planety, co znacznie ułatwia orientację w tym dość skomplikowanym świecie.
Mimo, że czasem może to być tekst trudny w odbiorze to polecam tę książkę, bo porusza bardzo wiele ważnych tematów. Od filozoficznych rozważań nad istotą człowieczeństwa do ekologii, ale nie tej, którą funduje nam telewizja tylko do tej prawdziwej. Bo przecież "najdonośniejszą funkcją ekologii jest poznawanie konsekwencji".

Dla mnie "Diuna" jest bardzo ważną i cenną książką. Mimo, że teraz jest wiele ładniejszych wydań ja zostanę przy swojej starej, pożółkniętej, pogniecionej i z suszonymi robaczkami (lubię czytać na dworze, więc muszę ponosić tego konsekwencje).


źródło ilustracji:
www.stopklatka.pl