Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mroczna seria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mroczna seria. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 lipca 2013

Jezioro, które postanowiło odsłonić swoje tajemnice

Tym razem za sprawą Arlandura Indridasona i jego "Jeziora" wyszłam po za mój ulubiony krąg krajów skandynawskich i zawitałam na Islandii. Nie jest to moje pierwsze spotkanie z książkami tego autora. Kiedy czytałam "W bagnie" pomyślałam sobie, że jest to taki islandzki Wallander, który ma znacznie bardziej skomplikowaną sytuacje życiową. Kiedy więc sięgałam po "Jezioro" wiedziałam czego mniej więcej mogę się spodziewać po tej książce i nie rozczarowałam się.
Islandzka ziemia, a konkretniej jezioro Kleifarvatn postanowiło odkryć swoje tajemnice. Podczas pomiarów poziomu wody w jeziorze hydrolog znajduje szkielet z dziurą po uderzeniu w czaszce, kobieta zgłasza to na policję. Szefostwo dochodzi do wniosku, że tą sprawą najlepiej zajmie się Erlendur Sveisson, który jest dość dziwnym człowiekiem i ma coś w rodzaju obsesji na punkcie zaginięć. Kiedy razem ze swoimi partnerami Sigurdurem Olim i Elinborg odkrywają, że zwłoki zostały przywiązane do radzieckiej radiostacji sprawa zaczyna robić się co raz dziwniejsza. Szpiedzy na Islandii? Zaczynają dość żmudne dochodzenie, które co chwilę napotyka na jakiś opór. Albo nie mają dostatecznej wiedzy na dane tematy albo spotykają się z problemami ze strony ambasad, które nie koniecznie chcą się dzielić tym w co były zamieszane w czasie Zimniej Wojny albo też ludzie, którzy mogliby coś wiedzieć nie koniecznie chcą się swoją wiedzą dzielić.
Jest też druga historia. Pojawia się rzadziej, ale ma duże znaczenie dla sprawy szkieletu z Kleifarvatn. To historia młodego człowieka, Islandczyka, który dorastał w duchu socjalizmu i pragnął wprowadzać jego idee w swoim kraju. Ponieważ był zdolny i partyjne władze miały związane z nim duże nadzieje to wysłały go na Uniwersytet w Lipsku żeby mógł się kształcić i poznawać socjalizm. Tam jednak powoli zaczyna do niego docierać, że to co poznał na Islandii diametralnie różni się od tego, co zastał w NRD. Poznaje też dziewczynę, która stopniowo otwiera mu oczy, a potem zostaje porwana przez Stasi.
W pewnym momencie historia z przed lat dogania teraźniejszość i Erlendur razem z partnerami rozwiązują sprawę, choć finał jest tragiczny i wcale nie przynosi zadowolenia. Zmusza też do zastanowienia nad problemem winy i kary.
Jest jeszcze trzeci wątek, wokół którego w zasadzie obraca się książka. Poznajemy dokładniej komisarza Erlendura - człowieka samotnego, który zmaga się z licznymi problemami natury osobistej. Jest człowiekiem trudnym we współpracy i ciężko nawiązać z nim bliższy kontakt. Ma problemy z dorosłymi już dziećmi, które tak w zasadzie opuścił, gdy rozwiódł się z ich matką i to one go odnalazły. Córka jest narkomanką, która nie potrafi wyrwać się z nałogu, syn jest alkoholikiem, ale twierdzi, że udało mu się przynajmniej na te chwilę pokonać nałóg. Komisarza cały czas dręczą wyrzuty sumienia z powodu tego jak zachował się wobec swoich dzieci. Sam nie wie czego do końca chce, spotykać się z dorosłymi dziećmi, które mają do niego żal, czy zostawić wszystkich w spokoju. W pewnym momencie nawet złości się na Evę Lind i mówi, że przestanie próbować jej pomagać, ale czy tak zrobi?
Oprócz tego zmaga on się jeszcze z jedną rzeczą. Kiedy był dzieckiem w zamieci śnieżnej zaginął jego młodszy brat mimo, że jemu udało się uratować. Zdarzenie to odcisnęło na nim duże piętno i przez to bardziej zainteresował się sprawami zaginięć. Skrupulatnie bada każdy możliwy wątek i dlatego też nie odpuszcza sprawy człowieka z jeziora. Kiedy w czasie tego śledztwa wypływają też inne wątki ma żal do policjanta, który prowadził śledztwo w sprawie zagięcia, bo zbagatelizował niektóre dowody i poszlaki.
Cała książka jest utrzymana w dość przygnębiającym klimacie ze względu na życie głównego bohatera i wydarzeń z życia studentów z Lipska. Można tutaj tak jak w porządnym skandynawskim kryminale znaleźć nie tylko ciekawą zagadkę, ale też trochę głębiej zanurzyć się w psychice bohatera. Indridason zbudował bardzo dobry portret psychologiczny Erlendura, bo na nim głównie skupia się cała książka. Pozostali bohaterowie zostali potraktowani trochę po macoszemu albo autor pozwolił sobie na zasugerowanie, że jest to spojrzenie komisarza na innych ludzi. Postacie studentów z Lipska są natomiast przedstawiane z perspektywy jednego z nich i to on stopniowo podsumowuje ich charakterystyki.
Co dla mnie było bardzo interesujące i przykuło najwięcej uwagi to historia. Indridason przedstawia historię Islandii niczego nie koloryzując. Stara się raczej uzasadnić dlaczego historia ta potoczyła się tak, a nie inaczej. Również stara się zrozumieć, co kierowało ludźmi do podejmowania takich, a nie innych decyzji.
"Jezioro" mimo dość depresyjnego klimatu wciąga (z resztą wszystkie książki tego autora są mocno depresyjne lub mroczne). Zwłaszcza pod koniec trudno było się od niej oderwać mimo iż tak naprawdę w pewnym momencie wiadomo było, co się tak naprawdę stało i czyj szkielet leżał na dnie jeziora, które postanowiło w pewnym momencie odsłonić swoje tajemnice. Po te książkę spokojnie mogą sięgać wszyscy miłośnicy kryminałów skandynawskich i na pewno nie będą rozczarowani. Ja natomiast jeżeli tylko pojawią się inne książki Indridasona to chętnie je przeczytam. 


Źródła ilustracji:
www.empik.com

poniedziałek, 8 lipca 2013

Obraz pośmiertny

Kiedy przeczytałam "Czarną listę" Aleksandry Marininy bardzo chciałam wiedzieć jak potoczyły się dalsze losy Stasowa i jego Tanieczki, bo chcąc nie chcąc polubiłam tych bohaterów. Jak zabrałam się wreszcie za "Obraz pośmiertny" to o mało nie skakałam pod sufit bo: dostałam i Stasowa, i Kamieńską, a nawet kolejność książek się zgadzała, co w moim przypadku zdarza się bardzo rzadko!
Pierwsze od czego muszę zacząć to, że książka jest dziwna. Nie tyle dziwna jeżeli chodzi o treść, ale o samą konstrukcję tekstu, ale o tym za chwilę.
Pod koniec zdjęć do filmu zostaje zabita aktorka grająca główną rolę. Martwą dziewczyna odnalazł kochanek i zarazem reżyser filmu w mieszkaniu po tym jak nie pojawiła się na planie zdjęciowym. Znika z jej domu duża ilość pieniędzy i kosztowna biżuteria, a ktoś wyraźnie próbował zatrzeć za sobą ślady. Ilość podejrzanych o zabicie dziewczyny zaczyna bardzo szybko rosnąć. Kamieńska i jej partner muszą się wykluczyć między innymi dłużnika aktorki, aktorkę alkoholiczkę, która najlepsze lata ma za sobą, żonę właściciela wytwórni, która obraziła ją podczas bankietu i jeszcze kilka osób, które pojawiły się w trakcie śledztwa. Anastazji i Korotkowowi pomaga Stasow, który choć pojawia się epizodycznie pomaga milicjantom jak może, ale nie zawsze jest z tego zadowolony. Często zarzuca Kamieńskiej, że nie zwraca uwagi na jego córkę i ściąga go o dziwnych porach. Niby prosta zagadka kryminalna, ale śledczym stale coś umyka, a wszystko dodatkowo komplikują inne morderstwa, które niespodziewanie okazują się łączyć z zabójstwem Aliny Waznis. Kolejnych podejrzanych z listy udaje się czasem po ciężkich i zaskakujących bojach wykluczyć, ale ta właściwa osoba dalej pozostaje nieuchwytna. Nasi śledczy zaczynają wiec co raz bardziej zagłębiać się w sprawę, której rozwiązanie jest zarazem niespodziewane i w zasadzie standardowe.
W całym tym morderstwie pojawia się mnóstwo znaków zapytania, ale wydaje mi się, że nie do końca chodzi o samą zagadkę i pewnie to jest przyczyną tak dziwnie napisanej książki. Marinina w każdym rozdziale opisuje te sprawę z punktu widzenia jednej osoby i informuje o tym już tytuł. Skupia się w tedy na jednym z bohaterów, jego przemyśleniach, relacjach z innymi postaciami i działaniach jakie podejmuje. Na początku czytało mi się to dość dziwnie, bo przeskakuje się między Korotkowem, Kamieńską, Stasowem, Aliną Waznis (tak martwa aktorka też się pojawia, ale są to głównie analizy postaci, które grała), czy innymi postaciami, którym poświecą tylko jeden rozdział. Kiedy już się zrozumie sposób w jaki pisarka chce prowadzić powieść przestaje się zwracać uwagę na nagłe zmiany punktów widzenia. Koncepcja jest więc ciekawa i chyba bardziej pasuje do książki psychologiczno-obyczajowej, ale w przypadku tego kryminału też świetnie się sprawdza. Podobało mi się też samo rozwiązanie całej książki, a taka konstrukcja jak najbardziej umożliwiła napisanie go w taki, a nie inny sposób. Chociaż z drugiej strony brakowało mi trochę opisu "triumfu" jaki odnieśli wszyscy ci co próbowali te zagadkę rozwikłać.
Po za tym Marinina świetnie kreuje bohaterów i nawet najdziwniejsze postacie są bardzo prawdziwe. Także dialogi, nawet te wewnętrzne bohaterów zasługują na pochwałę. Dokładnie wiadomo, co kto i do kogo mówi. Pojawiają się też drobne żarciki, co sprawia, że wszystko nabiera życia i nie jest suche jak to się czasem zdarza u innych autorów. Plus też za odwołania do poprzedniej książki, które nieco klarują sytuacje pomiędzy Kamieńską i Stasowem, którzy swoją drogą w paru momentach wypadli całkiem zabawnie.
"Obraz pośmiertny" jest jak na razie najlepszą książką tej autorki, którą czytałam ("Czarna lista", "Za wszystko trzeba płacić"). Mogę ją spokojnie polecić na odstresowanie się lub ciepłe popołudnie w hamaku. Na co pewnie chętnie przystałaby sama Anastazja Kamieńska, która jest bardzo zdolnym leniem i sama pobujałaby się w hamaku z książką zamiast siedzieć nad żmudnym raportem na temat przestępczości w Moskwie.



Źródła ilustracji:
www.merlin.pl

piątek, 24 maja 2013

Każdy może trafić na... Czarną listę

Kiedy w końcu odgrzebałam się trochę spod małego rozgardiaszu jaki sama sobie zafundowałam mogłam spokojnie i z czystym sumieniem zabrać za swój pierwszy w karierze rosyjski kryminał. Miałam do wyboru "Czarną listę" i "Za wszystko trzeba płacić" Aleksandry Marininy.
Na pierwszy ogień poszła "Czarna lista", bo zaintrygował mnie opis na plecach okładki, w którym zapowiedziano brawurową akcję pędzącą na złamanie karku. No i wsiąknęłam w książkę już od pierwszej strony mimo, że nie lubię narracji pierwszoosobowej. Na szczęście tym razem bohater nie był zapatrzonym w siebie megalomanem jak Jack Reacher i już na samym początku polubiłam Władisława Stasowa. Może też trochę dlatego, że nasz bohater zaczyna od przedstawienia układów ze swoim aniołem stróżem i nietypowej ośmioletniej córki, która pochłania wszystkie książki w zasięgu wzroku.
Wypadałoby jednak zacząć od początku. Podpułkownik Władisław Stasow razem z córką przyjechał do pewnego czarnomorskiego kurortu na wakacje. W tym samym czasie odbywa się festiwal filmowy, na którym ginie znana aktorka pretendentka do głównej nagrody. Milicjanta informuje o tym fakcie jego była żona, która jest krytykiem filmowym i dodatkowo podejrzewała go o romans z zabitą aktorką. Dima nie zająłby sie tą sprawą, w końcu był na urlopie i tuż przed emeryturą, gdyby nie jeden drobny fakt. Postanowił pomóc jednemu z reżyserów i wyjaśnić miejscowej policji, że nie miał on romansu z zamordowaną, bo to tylko plotka wymyślona po to żeby żona Stasowa odczepiła się od niego i przyjaźniącej się z nim aktorki.
Wszystko zaczyna się komplikować już na samym początku, gdy miejscowa milicja daje mu jasno do zrozumienia, że ma się nie wtrącać, a do sprawy przydzielono żółtodzioba. To właśnie ze względu na tego młodego łaknącego sukcesu jak wody milicjanta i kolejne zabójstwo nasz bohater zaczyna powoli angażować się co raz bardziej w sprawę. 
W tedy wszystko zaczyna nabierać tempa i odnosi się wrażenie, że trup ściele się gęsto. Bo jak się okazuje to nie pierwsze, ani nie ostatnie niewyjaśnione zabójstwa w tym mieście i nawet zawał pewnego starszego pana zaczyna być mocno podejrzany.
Siergieja i Dimę swoją pomocą zaczynają też wspierać Tatiana autorka poczytnych kryminałów, która okazuje się znaną śledczą oraz adorator jej przyjaciółki były żołnierz i socjolog Jura Mazajew. 
Sprawa, której rozwiązanie wydaje się być na wyciągnięcie ręki zaczyna się komplikować i ktoś ewidentnie chce wykurzyć ten zespół detektywów z miasteczka na różne niekoniecznie przyjemne sposoby.
Wszystko jest dodatkowo owinięte przemyślenia Stasowa na temat relacji z córką Lilą, rozważań nad byłą żoną i kontaktami z nią, a także nad niespodziewanie rodzącym się uczuciem do Tatiany. Kobiety, która jest zupełnym przeciwieństwem jego byłej żony Rity.
Marinina pisze lekko i zajmująco. Udało jej się opowiedzieć te historię z perspektywy mężczyzny choć czasem nie trudno się uśmiechnąć pod nosem, bo nagle Stasow zaczyna krytykować mężczyzn jako takich. Zupełnie tak jakby był kobietą. Generalnie udało się autorce stworzyć ciekawego bohatera, który nie popada w samozachwyt i potrafi się przyznać do tego, że bywa skończonym idiotą lub coś ciągle mu umyka mimo, że ma to tuż przed nosem. Także pozostałe postacie są równie barwne i nietypowe, czasem też troszkę przerysowane, ale ma to swój urok. Jest to też w pewnym stopniu uzasadnione, bo patrzymy na nich oczami głównego bohatera, a nie bezstronnego narratora.
Cała książka wydaje się być opleciona misterną siecią intryg, które nie zawsze wyjaśniają się tak jakbyśmy się tego spodziewali i jest całkiem sporo niespodzianek. Czasem też wydaje się, że autorka zapomina o niektórych poruszonych wątkach, gdy nagle wyskakują nie wiadomo skąd i są jak puzzel, który nagle wpasował się w odpowiednie miejsce. No, ale żeby nie było tak różowo jest też jeden wątek, o którym Marinina zapomniała, a ja bym chciała wiedzieć! Kim tak naprawdę był Mazajew, bo na pewno nie zwykłym socjologiem!
Niestety jest jeden duży minus w całej tej historii. Gdy wszystko nabiera już szaleńczego tempa to kończy się równie szaleńczo i nie dostajemy tego czego się spodziewamy. Natomiast ostatnie kilka rozdziałów jest jak uderzenie tępym narzędziem w głowę i nie wiadomo, co się tak naprawdę stało i po co ta cała skomplikowana intryga. Trzeba troszkę czasu żeby to sobie w głowie poukładać i wrócić myślami do wcześniejszych wydarzeń.
Po za tym była też jedna rzecz, która doprowadzała mnie niemal do szału. Zdrobnienia, przydomki, przezwiska i nazwiska. Ciężko mi było ogarnąć, gdy z Władisława Stasowa nagle robił się: Władik, Sława, Dima, Dimoczka itd. Robiło mi się w tedy trochę dziwnie, ale zrzucam to na karby tego, że oprócz Bułhakowa i Dostojewskiego jakoś nie było dane mi czytać wcześniej innych rosyjskich pisarzy, a tym bardziej autorów kryminałów. Jest to więc bardziej uwaga w moją stronę i znak, że trzeba się wybić trochę po za moich ukochanych Skandynawów, bo zrobię się monotematyczna.
Po za tym rzuciła mi się w oczy jeszcze jedna rzecz nie związana już z samą "Czarną listą". Jest to fakt, że nie tylko ludzki mózg ułatwia sobie życie powodując czasem, że czyta co innego niż jest faktycznie napisane, ale wydawcy też. Książki zostały wydane pod szyldem wydawnictwa W.A.B. w serii: Mroczna Seria, którą w pierwszym odruchu włożyłam do szufladki z napisem Czarna seria wydawana przez Czarną owcę. Pytanie teraz tylko, które z wydawnictw było pierwsze...
Podsumowując. "Czarna seria" podobała mi się mimo takiego zakończenia. Mogę ją polecić każdemu, kto chce przeczytać coś lekkiego i wciągającego. Nie jest to może jakiś super trzymający w napięciu thriller, ale dobrze napisany kryminał z ciekawymi zwrotami akcji.
Teraz zabieram się za "Za wszystko trzeba płacić" i liczę na kolejne ciekawe zwroty akcji. No i już wiem, że jest to zupełnie inny typ książki niż bohater dzisiejszej recenzji. Choć przyznam się, że miałam cichą ochotę znów spotkać się z podpułkownikiem Stasowem i poznać losy jego wakacyjnego romansu. No bo koniec końców polubiłam tego bohatera i jego pulchnego anioła stróża.