Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść psychologiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść psychologiczna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 października 2014

Kiedy gra w wojnę dzieje się naprawdę

O Orsonie Scottcie Cardzie można mieć różne zdanie, w końcu jest to postać głosząca dość radykalne i kontrowersyjne opinie. Jednak nie można mu odmówić, że jest genialnym pisarzem i stworzył książkę, a w zasadzie całą serię, która niesamowicie zapada w pamięć i zmusza do zastanowienia się nad kilkoma bardzo ważnymi aspektami bycia człowiekiem, poświęcenia jednostki w imię dobra społeczeństwa, praw człowieka, wychowania dzieci, hodowli genialnych dzieci, moralności. Sporo jak na powieść sci-fi, prawda?
O czym opowiada "Gra Endera"? Jest to historia kilkuletniego chłopca Andrew Wiggina, którego rozwój obserwowano niemalże od dnia poczęcia z nadzieją, że jest genialnym dzieckiem. Dzieckiem, które w przyszłości stanie na czele armii i poprowadzi ją do zwycięstwa w wojnie z robalami. Jednak żeby to osiągnąć trzeba wiele poświęcić, a największą ofiarę złoży kilkuletni genialny chłopiec, który zostanie poddany morderczemu szkoleniu i zostanie brutalnie wykorzystany przez dorosłych chcących za wszelką cenę pozbyć się potencjalnego zagrożenia.
Card stworzył świat, w którym ludzkość zjednoczyła się przeciwko strasznemu wrogowi, obcej rasie, która zaatakowała Ziemię i niemal wygrałaby te wojnę, gdyby nie jeden genialny człowiek. Jednak na tym strach przed robalami się nie kończy i Międzygwiezdna Flota od najmłodszych lat szkoli  dzieci z nadzieją, ze któreś wyrośnie na genialnego dowódcę. Ludzie są w stanie nawet świadomie złamać przepisy, które mówią, że każde małżeństwo może mieć tylko dwójkę dzieci. Tylko dlatego na świat przychodzi Ender, który w opinii wojskowych psychologów ma łączyć w sobie cechy swojego starszego rodzeństwa. Brutalnego brata lubiącego znęcać się nad innymi oraz czułej, niezwykle empatycznej siostry.
Pokazuje jak indywidualne podejście do szkolenia, często w brutalny sposób pozwala na wychowanie idealnego dowódcy. Ender jest izolowany od rówieśników, inni członkowie jego grupy w Szkole Bojowej są buntowani przeciwko niemu, a gdy osiąga co raz lepsze wyniki i radzi sobie z trudnymi zadaniami nauczyciele robią wszystko by go złamać. Zmieniają reguły gry panujące w Szkole, a nawet pozwalają jego wrogom go atakować i obserwują jak to dziecko ostatecznie eliminuje swoje problemy, ale jednocześnie za wszelką cenę chce uniknąć tego, czego od niego wymagają, czyli brutalnej bezwzględności. Z drugiej strony pokazuje jak sprawny umysł jest w stanie radzić sobie z zastanymi okolicznościami i wykorzystać każde nawet niekorzystne warunki na swoją korzyść, co jest możliwe dzięki odpowiedniemu treningowi.
Z jednej strony człowiek podziwia Endera, który staje się sprawnym strategiem, nauczycielem, ale przede wszystkim genialnym dowódcą, za którym żołnierze pójdą w ogień. Z drugiej jest przerażony wizją roztoczoną przez pisarza.brutalne szkolenie kilkuletniego dziecka, które jest traktowane jak dorosły. Mordercze szkolenie wojskowe, szkoła i wszystko po to by wyhodować wojskowego geniusza. Geniusza, który w wieku 10 lat jest wyprany z emocji, wypalony i zmęczony życiem, a mimo to potrafi poprowadzić armię do walki. Który potrafi z z zimną krwią eliminować wroga i wykorzystywać swoich podwładnych, ale żeby tak było dorośli utrzymują go w nieświadomości. Pozwalają mu myśleć, że to wszystko to gra, a gdy w końcu poznaje prawdę świat wali mu się z całym impetem na głowę... To, co uznawał za grę nagle okazuje się prawdziwą wojną, a konsekwencją decyzji tego dziecka jest zniszczenie świata obcych i tak de facto ich eksterminacja. Wszystko w co wierzył Ender nagle wali się w gruzy, a dziecko z doświadczeniem starego człowieka, nagle znów staje się zagubionym, choć nadal genialnym dzieckiem.
Jednym z ważnych aspektów tej książki jest też brak komunikacji. Osron S. Card pokazuje jak ludzie nie potrafią się między sobą komunikować i jak łatwo można nimi manipulować, co z dziecinną łatwością robi starsze rodzeństwo Endera. Pokazuje też jak bardzo ludzi ogranicza ich własne pojmowanie świata i brak prób komunikacji z innymi, bo koniec końców wojna z robalami wynikała z tego, że nie potrafili się komunikować. Jest to dość częsty motyw w literaturze sci-fi np. "Solaris" Lema, czy filmach w tej tematyce (dość częsty wątek w Star Treku).
Czytając "Grę Endera" człowiekowi nasuwa się mnóstwo pytań, o to jak wiele można poświęcić w imię wyższego dobra i czy gra, którą się prowadzi jest warta świeczki i zniszczenia komuś życia. Książka jest napisana w sposób niesamowity. Wciąga człowieka bez reszty i wywołuje skrajne emocje. Bardzo często ma się ochotę wyrwać Andrew z tego brutalnego świata, przytulić jak dziecko i zapewnić bezpieczny dom, w którym nikt nie będzie od niego wymagał tworzenia nowych strategii i radzenia z rzeczami, które go zdecydowanie przerastają. Chce się nim po prostu zaopiekować. Z tych ciepłych uczuć do dziecka wynika też dosłownie chęć zamordowania tego, kto mu zgotował taki los, ale też w pewien sposób rozumie się jego motywacje.
Na dodatkową uwagę zasługuje też fakt, że Card wspomina o polakach jako o tych, którzy mimo silnych represji nie zgadzali się z ograniczeniami postawionymi przez świat i napisał o tym osobne opowiadanie, w którym okazuje się, że główny bohater ma polskie korzenie. Oddaje on też w nim swojego rodzaju hołd postaci św. Jana Pawła II.  Nie wiem, czy jest to w każdym wydaniu, ale jest warte uwagi, bo też sporo wnosi do rozumienia tego, co się działo w "Grze Endera".
To był mój drugi raz z tą książką i podobnie jak dziesięć lat temu jestem pod ogromnym wrażeniem. Książka wywołuje mnóstwo emocji, zmusza do myślenia, a jednocześnie wciąga. Chociaż akcja nie pędzi na łeb na szyję, to dzieje się w niej sporo i nic z tych wydarzeń nie jest literacką zapchajdziurą, ale wywołuje masę emocji i naprawdę trudno przejść obok obojętnie. Czasem mam ochotę powiedzieć, że pod płaszczykiem medialnych wydarzeń jest to bardziej książka filozoficzna zmuszającą do zastanowienia się nad kondycją moralną ludzkości, a także jednostki.
"Gra Endera" jest niesamowita i polecam wszystkim, nie tylko fanom science fiction. To jedna z tych książek, którą trzeba przeczytać, a przy okazji wytrąca wszystkim sceptykom sci-fi argument, że tego typu książki niczego nie wnoszą, a są tylko czczą gadaniną o statkach z napędem nad-świetlnym.


Źródło ilustracji:
http://fantastyka.wm.pl/wp-content/uploads/2009/10/okl-Gra-Endera.jpg

sobota, 27 września 2014

Dwie najdziwniejsze książki miesiąca

Wrzesień upłynął pod szyldem gonitwy konferencyjno-papierniczej, w czasie której przyszło mi przeczytać dwie najdziwniejsze książki pod słońcem i to w dodatku jedna po drugiej. Obie przyprawiły mnie o solidny zamęt w głowie, ale z drugiej strony wiedziałam na co się porywam, pakując do torby oprócz "Gry Endera" "Labirynt śmierci" Philipa K. Dicka i "Kocią kołyskę" Kurta Vonneguta. Niezbyt rozważnie też wybrałam kolejność książek, bo po książce Carda powinnam zdecydowanie wziąć się za jakieś lekkie i przyjemne czytadło, a nie pchać w absurdalny świat dziwacznej religii stworzony przez Dicka, a potem starać się zrozumieć bokononizm. To było kilka naprawdę czytelniczo stresujących dni.
O czym są obie książki? Zasadniczo o tym samym, bo o wierze, ludziach uwikłanych w zasady religii i życiu w społeczności. Kiedy jednak człowiek zaczyna się nad tym zastanawiać to okazują się skrajnie różne, ale tak samo dziwaczne.
"Labirynt śmierci" opisuje losy czternaściorga różnych ludzi, którzy zostali wysłani jako nowi koloniści na planetę Delmak-0 by tam zbudować nową społeczność, ale zamiast współpracować ze sobą pozostają skrajnymi indywidualistami i nie bardzo potrafią współpracować. Gdy dochodzi do awarii satelity, na którym było nagranie z instrukcjami nie wiedzą co mają ze sobą robić i jak sprowadzić pomoc, zaczynają podejrzewać, że są ofiarą jakiegoś eksperymentu. Sprawę zaczyna dodatkowo komplikować tajemnicze morderstwo jednego z osadników i narastająca wśród nich panika.
Książka jest pełna szalonych zwrotów akcji i niespodziewanych rozwiązań, które jeszcze bardziej komplikują życie garstki osadników. Tajemnicza religia, tajemniczy przemieszczający się budynek, nad drzwiami którego każdy z bohaterów widzi inny napis i galaretowate stwory, które kopiują wszystko co się przed nimi położy, czy miniaturowe kopiami budynku, które można tresować, a we wnętrzu których jest napis made on Earth. Do tego narastająca panika i dezorientacja bohaterów, podlane wizjami rodem z narkotykowego haju z zakończeniem, którego w ogóle się nie spodziewałam. Wszystko jest napisane bardzo plastycznie i tak sugestywne, że momentami człowiek sam popada w taki sam obłęd jak bohaterowie zaganiani wyobraźnią autora w kozi róg. 
Akcja stopniowo nabiera tempa, a w końcówce gna na łeb na szyję stawiając bohaterów nie tylko w niebezpiecznych i skrajnie absurdalnych sytuacjach. Nie tego się spodziewałam, ale z drugiej strony pokazało to człowieka od zupełnie innej strony.
Nie polecam czytania "Labiryntu śmierci" bezpośrednio po psychologicznym science fiction w stylu "Gry Endera" i to w dodatku w obcym miejscu w środku nocy. Długo nie potrafiłam zasnąć, a co chwile wydawało mi się, że ktoś chodzi po korytarzu, skrajną paranoję wpadłam jak się rozbudziłam i świeciło się światło w łazience.
Po za tym książka jest bardzo dobra i zmusza do myślenia. Warto, więc się z nią bliżej zapoznać, co nie zmienia jednak faktu, że gdy zamknęłam ostatnią stronę czułam się tak jak gdyby ktoś uderzył mnie w tył głowy i przez jakiś czas nie docierało do mnie to, co przeczytałam. Książka bardzo w stylu Dicka.
Zupełnie inaczej ma się sprawa z "Kocią kołyską". Tam akcja płynie zdecydowanie wolniej i bardziej skupia
się na tajemniczej religii zwanej bokononizmem stworzonej przez samozwańczego proroka Bokonona, który staje się czymś w rodzaju symbolu buntu przeziwko reżimowi Papy Monzano na wyspie San Lorenzo. A żeby było śmieszniej wszystko zaczyna się od tego, że główny bohater i narrator jednocześnie pisze o tym, że postanowił napisać książkę o dniu, w którym zrzucono bombę atomową na Hiroszimę i jednym z jej twórców Felixie Hoenikerze. I tak od słowa do słowa, a zasadzie od rozdziału do rozdziału obserwując sceny opisywane w tych ultrakrótkich rozdziałach (książka ma niecałe 200 stron i ponad 100 rozdziałów!) jak splot wydarzeń prowadzi do końca świata za sprawą tajemniczego lodu-9, który zamarza w temperaturze pokojowej.
Pomysł na książkę ciekawy, już przez sam fakt stworzenia religii, której głównym założeniem jest to, że bazuje na kłamstwie. Dodatkowo przy tej ilości króciusieńkich rozdziałów czułam się tak jakbym oglądała serię złożoną z setki filmików, czy nawet zdjęć, na których działy się co raz dziwaczniejsze rzeczy i pojawiali dziwaczniejsi ludzie. W pewnym momencie zaczynałam się w tym wszystkim gubić i odnosić wrażenie, że coś po drodze pominęłam. Wszystko jest równie absurdalne, co groteskowe i podlane czarnym humorem z pokaźną dawką apokalipsy w tle. Jednak jeżeli się już zacznie nad tym wszystkim zastanawiać i szukać drugiego dna to nagle się okaże, że ma to jakiś sens. Już sama postać Hoenikera zmusza do przemyśleń, a co dopiero reszta (a tego trochę jest).
"-Więc nie ma dla nich nic świętego?
-Tylko jedno.
Próbowałem zgadywać.
-Ocean? Słońce?
-Człowiek - powiedział Frank. - Nic poza tym. Po prostu człowiek." 

Nie zmienia to jednak faktu, że tego rodzaju literatura jest dla mnie dziwaczna i każdy z tych mini rozdziałów wydaje się irytować i atakować czytelnika z każdej strony.
Obie książki są warte przeczytania i obie pokazują różne oblicza książek science-fiction. Polecam obie, chociaż nie w takim układzie w jakim ja je sobie zafundowała.
Dla mnie osobiście były to dwie najdziwaczniejsze książki września, a kto wie, czy nie tego roku.

Źródła ilustracji:
http://lubimyczytac.pl

poniedziałek, 19 maja 2014

Solaris

Przyznam się szczerze i bez bicia, że ze Stanisławem Lemem mam problem i to całkiem spory. Jest to już postać niemal legendarna i jako jedyna chyba doczekała się ekranizacji swojej książki za granicą. Powinnam, więc była się zmobilizować jakiś czas temu i coś przeczytać. Na przeszkodzie jednak stanęła mi mała czytelnicza trauma chyba rodem z podstawówki o ile dobrze pamiętam. 
Nie wiem kto układając listę lektur był "mądry" i doszedł do wniosku, że dziecko w podstawówce lat 10 zrozumie lemowskie "Bajki robotów". Nie wiem, czy było to spowodowane tym, że trzeba Lema polskiej młodzieży przedstawić nawet za cenę znienawidzenia go albo, że skoro bohaterami tych opowiadań są roboty to podstawówka jest miejscem najlepszym do ich omawiania. Najzwyczajniej w świecie nie wiem. Wiem za to, że ja mając lat 10 szczerze znienawidziłam Lema, bo nie potrafiłam ich zrozumieć mimo, że miało to naprawdę baśniowy charakter. Z resztą nie tylko ja tak czułam. Dlatego kiedy moi znajomi przeżywali fascynację twórczością Stanisława Lema, to ja unikałam go jak ognia. Kiedyś jednak podczas wieczornej rozmowy z kolegą ze studiów rozmawialiśmy trochę o sci-fi i jakoś tak mi się głupio zrobiło, że nie miałam w rękach innych jego książek. Tym sposobem wypożyczyłam jedną z najbardziej znanych książek Lema, czyli "Solaris" i muszę się przyznać, że przepadłam dla niej bez reszty...
Ciężko tak naprawdę jest powiedzieć, o czym tak naprawdę jest ta książka. Patrząc z jednej strony to historia osadzona w realiach science-fiction, w której bohaterowie zamknięci na stacji badawczej muszą się zmierzyć z obcym i brakiem odpowiedzi na próby porozumienia z nim. Z drugiej strony to opowieść psychologiczna, w której kluczem do otwarcia jest niespodziewane pojawienie się zmarłej żony Krisa Kelvina oraz prawdopodobnie innych bliskich zmarłych u wszystkich członków załogi, co prowadzi ich w stan lekkiego z czasem pogłębiającego się obłędu. Trzecim poziomem są rozważania na temat metodologii badań i tego jak człowiek mierzy wszystko swoją miarą, co w skrócie można podsumować łacińską sentencją ignoramus et ignorabimus.
Długo musiałam trawić te powieść, która biegnie niespiesznym i nieco rozedrganym rytmem. Czasem ciężko zrozumieć, co jest prawdą, co jest snem, a co jeszcze jest wytworem umysłu, który ma zbyt wiele sprzecznych danych to przetworzenia. Dodatkowo wszystko to jest poprzeplatane historią odkrywania planety, jej badań i prób kontaktu z istotą, która zamieszkuje Solaris. Historią doświadczeń na niej przeprowadzanych oraz zastanawianiem się, czy te byty, które nawiedzają załogę stacji są wynikiem działań naukowców, próbą kontaktu i zrozumienia ludzi, czy badaniami przeprowadzanymi na nich przez istotę zamieszkującą planetę.
Pytań jest więcej niż odpowiedzi i czytelnik często czuje się równie mocno zagubiony jak Kelvin, który szukając odpowiedzi na dręczące go pytania. Poruszane są problemy nie tylko powiązane z poczuciem winy i rozterek wewnętrznych człowieka, ale też jego bezsilności wobec rzeczy niezrozumiałych. Lem pokazuje, że nawet nauka potrafi stanąć bezradnie przed różnymi problemami wynikającymi z całkowitej odmienności napotkanych form istnienia. Pokazuje także jak bardzo ludzie przykładają swoją miarę do wszystkiego, co spotkają na swojej drodze i jak bardzo ich to obciąża. Nawet, gdy udają się w kosmos są obciążenia wspomnieniami z Ziemi i wyrzutami sumienia, od których nawet tak wielkie odległości nie potrafią ich uwolnić. Najbardziej dominującym uczuciem w tej powieści jest samotność. Nie tylko ta fizyczna, gdzie człowiek nie może nawiązać kontaktu z innymi, ale też o takiej wewnętrznej samotności, w której chociaż ma się potrzebę podzielenia z kimś swoimi problemami to nie można tego zrobić, bo sam człowiek nie jest w stanie ich zdefiniować.
Na pewno nie zrozumiałam "Solaris" w całości i na pewno jeszcze do niej wrócę, bo przepadłam w tym świecie bez reszty. Chyba dlatego, że czasami tak jak bohaterowie zamknięci na stacji badawczej czuję się bezradna i zagubiona, ale mimo to staram się znaleźć odpowiedzi na różne pytania. Z lepszym lub gorszym skutkiem, ale jednak. Jednym słowem przepadałam dla tej książki i chyba mogę ją postawić na tej samej półce, co "Władcę Pierścieni" i "Diunę", czyli jednych z ważniejszych dla mnie książek .
Mimo, że już jakiś czas upłynął od przeczytania tej książki to zdarza mi się trochę nad nią rozmyślać i to chyba podstawowe zadanie pisarza. Zmusić czytelnika, by myślał o tym, co przeczytał jeszcze długo po zamknięciu książki. Lemowi udało się to w 100%, choć dalej nie obiecuję, że przeczytam "Bajki robotów".
Powinnam jeszcze słówko napisać o filmie Soderberga na podstawie "Solaris", ale ten w porównaniu z książką wydał mi się strasznie jałowy, chociaż reżyser wykorzystał jeden fajny zabieg, który często stosują w chińskich filmach. Pobawił się kolorem chcąc wywołać odpowiednie uczucia w widzu, co troszkę się udało. Niestety zderzenie scenariusza z wizją Lema przypomina trochę zderzenie komara z pędzącym samochodem.



Książka bierze udział w Wyzwaniu bibliotecznym u MK


Źródło ilustracji:
http://ecsmedia.pl/c/solaris-b-iext7771888.jpg

poniedziałek, 11 lutego 2013

Hiszpańskie oczy

O tym, że czytam dużo wiedzą wszyscy. Czasem nawet zdarza mi się podrzucać książki przyjaciołom jeśli wydaje mi się, że mogą im się spodobać. Tak, więc w świat posłałam kilka książek. Jedne wracają szybciej innym zajmuje to troszkę więcej czasu jak to na przykład stało się z książką Olgi i Piotra Morawskich "Od początku do końca". Książka napisana przez żonę himalaisty po śmierci męża i jego samego (tak, tak proszę państwa Piotr Morawski też ją napisał, bo w głównej mierze opiera się ona na jego listach) krąży po ludziach już drugi rok, ale o tej książce kiedyś indziej. Czasem też zdarza się, że to ja dostanę książkę do przeczytania. Takim sposobem udało mi się dorwać m.in. "Klaudiusza i Messalinę" Roberta Gravesa, czy "Gajusza Juliusza Cezara" Aleksandra Krawczuka. Takim samym sposobem wpadły mi w ręce "Hiszpańskie oczy" Marii Nurowskiej.

W tej książce autorka opowiada nam historie trudnej relacji między matką, a córką i jaki wpływ na nie miała przeszłość. A jest to przeszłość trudna, pełna bólu, rozpaczy i nienawiści. Anna (matka) opowiada nam o swoich losach od momentu kiedy jako nastolatka została wywieziona przez sowietów na Syberię. Mówi o potwornościach jakie się tam rozgrywały, ale jednocześnie o miłości jaka ją tam spotkała, która też łatwa nie była. Mówi też o tym jak trudno było jej i jest nadal zaakceptować córkę, którą jak sama mówi obdarza jakąś chorą miłością. Jednak Anna opowiada nie tylko o trudnych doświadczeniach z łagru, ale też o trudach odnalezienia się w społeczeństwie po powrocie, o tym jak została aktorką. Próbuje też pomóc córce Ewie zwalczyć bulimię, stanąć na nogi i wychować syna. Jednak trudno jest im przestać ranić siebie nawzajem i wydaje się, że nawet psycholog, do którego chodzą na terapie nie jest w stanie pomóc.

Maria Nurowska pisze o kobietach, ale nie są to opowieści radosne. Historie jej bohaterek, a przynajmniej ta o Annie i Ewie są trudne. W "Hiszpańskich oczach" widzimy dwie złamane przez życie kobiety o trudnej przeszłości, jednak gdzieś tam tkwi troszkę nadziei na poprawę tej sytuacji ponieważ obie chcą to zmienić. Próbują zmierzyć się i zaakceptować swoją przeszłość.

"Hiszpańskie oczy" to trudna dramat psychologiczny, w którym trudno wyjść ze zdumienia, że jedna kobieta była w stanie tyle przeżyć. Trudno też nie zauważyć, że właśnie to wszystko, co przydarzyło się Annie odbiło się tak silnym piętnem na Ewie, która ledwie wkracza w dorosłość, a już ma tak traumatyczne przeżycia, które ją w jakiś sposób złamały.


Przeczytanie tej książki zajęło mi dużo czasu, ponieważ momentami musiałam po prostu przerwać. Przytłaczała mnie ilość cierpienia obu bohaterek. Jednak czasem nie mogłam wręcz się od niej oderwać. Czy mi się podobała? Myślę, że mimo całego tego bólu podobała mi się. Zmuszała do zastanowienia się nad moim własnym życiem i moimi problemami.
 Nie wiem, czy sięgnę po inne książki Nurowskiej. Ciężko przy niej nie wpaść w dołek, ale chyba warto ją przeczytać. Jednak trzeb mieć też na to też mieć siłę, a mi jej czasem brakuje.



Źródło ilustracji:
www.poczytaj.pl

piątek, 1 lutego 2013

Biali bogowie



Kupiłam ich już jakiś czas temu razem z Marzeniem Celta Mario Vargasa Llosy w ramach bożonarodzeniowego prezentu dla siebie. Początkowo miał być sam Llosa, ale jak to ze mną bywa po wejściu do księgarni, jak zwykle dostałam małpiego rozumu. No i na jednej książce się nie skończyło.
Na fantastykę i kryminał nie miałam ochoty, bo o to zazwyczaj dba pani w bibliotece więc grzebałam po półkach w poszukiwaniu tak naprawdę niewiadomo czego. No i znalazłam Białych bogów. Nie pierwszy raz mi się obił o uszy ten tytuł i postanowiłam, że to właśnie oni zasilą moją biblioteczkę.
Wydawca z tyłu pisze, że :

„Prowokacyjna, ironiczna i perwersyjna powieść ukazuje barbarzyństwo cywilizowanej dwudziestowiecznej Europy w zderzeniu z rzekomym barbarzyństwem dzikiego plemienia indiańskiego […].”

No cóż… Jest to dość odważny i zaczepny opis, ale po głębszym zastanowieniu muszę przyznać, że inaczej chyba nie da się tej książki określić. Jednak zacznijmy po kolei.
Naszymi bohaterami są Niemcy, którzy uciekają z upadłej Rzeszy po II Wojnie Światowej. Narratorem jest szesnastoletni chłopak Erich Linden, który w swój już nie dziecinny, ale i jeszcze niedojrzały sposób opowiada historię swojej rodziny. Całość zaczyna się na statku do Argentyny - płynie tam razem z matką i młodszym bratem do wuja Klausa, który po śmierci swojego brata (oficera Wermachtu) postanowił ożenić się z wdową po nim.
Opowieść można podzielić na dwie części. Część pierwsza (krótsza) rozgrywająca się na statku. Jest opowieścią o jego rodzinie, relacjach z młodszym bratem. Przeplatana wspomnieniami i planami chłopaka na przyszłość, a w zasadzie tym jak imponować wujowi, który jest lekarzem. I część druga, w której jak w greckiej tragedii wszystko obraca się przeciwko bohaterom. Kłopoty w porcie, katastrofa samolotu, nagłe i brutalne wepchnięcie w rzeczywistość dzikiej przyrody.
Erich z rodziną chronią się w dżungli, o przetrwaniu w której nie mają pojęcia. Dostają coś w rodzaju pomocy ze strony  plemienia Yayomi, które uważa ich za delfiny.  Niespodziewanym wsparciem i źródłem wiedzy staje się dla nich schorowany antropolog, który mieszka z Indianami. Jednak ta pomoc też nie pozwala im na zachowanie wpojonych norm zachowania i powoli zaczynają się budzić w nich szaleństwo, wyrachowanie, brutalność… Całą książkę kończy dramat Zeppiego, po którym wszystko sypie się lawinowo.
Co o niej myślę? Na pewno muszę przynajmniej częściowo się zgodzić z wydawcą. Książka jest prowokacyjna i na pewno perwersyjna, ale czy ironiczna? Owszem w pewien sposób obrazuje ironię cywilizowanego człowieka postawionego w ekstremalnych warunkach i zderzającego się z obcą kulturą.  Bez elektryczności i innych udogodnień nie daje sobie rady. Jednak przeraża mnie dosłowna brutalność niektórych opisów. Wyrachowanie nastoletniego Ericha, którego wrzucono z jednej skrajności w drugą i jego pragmatyczne podejście do kobiet, miłości, życia jako takiego, też nie pozwala na dobry odbiór książki. Jest raczej strasznie irytujące. Nic nie jest tam proste, ani czarnobiałe, a cywilizacja może okazać się o wiele bardziej prymitywna niż dzikie plemię. Z każdą kolejną stroną spotykamy się z narastającym szaleństwem, chaosem. Pomysł autora jest dobry i nietypowy, zwłaszcza osadzenie powieści w czasie tuż po upadku III Rzeszy, ale na tym chyba się kończy.
Nie jest to może najprzyjemniejsza i najłatwiejsza z książek, które dane było mi przeczytać. Wiem też, że na pewno do niej nie wrócę. Lubię książki, w których analizie poddawana jest ludzka psychika, ale dla mnie Biali bogowie to za dużo. Zbyt ekstremalna.
Warto także dodać, że książka dużo straciła też na tłumaczeniu. Już sam tytuł nie jest trafnie dobrany. Bardziej adekwatny wydaje mi się angielski The dolphin people. Język jakim jest napisana sprawia wrażenie zbyt infantylnego nawet jak na rozwydrzonego nastolatka. Często odnoszę też wrażenie, że niektóre fragmenty są tłumaczone zbyt dosłownie. Czy przetłumaczyłabym to lepiej? Pewnie nie, ale tu niczego to już nie zmieni.