Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty

środa, 1 stycznia 2014

Caryca

Carska Rosja to temat dla niektórych drażliwy, dla innych fascynujący, a mi zawsze było do niej jakoś nie po drodze. Pewnie jak każdego fascynowała mnie historia Romanomów, ich związków z Rasputinem i teoria o zaginięciu Anastazji (z czego niestety bardzo nieumiejętnie skorzystał Robert Masello w "Krzyżu Romanowów", o czym kiedyś pisałam). Trochę też wiedziałam o carycy Katarzynie II, bo to kobieta której nie da się pominąć. Rządziła twardą, wręcz krwawą ręką i dość mocno mieszała na Polskim tronie. Bo gdyby Stanisław August Poniatowski nie był faworytem carycy, pewnie królem Polski by nie został.
Tym razem jednak zmierzyłam się z biografią trochę innej, choć nie mniej ciekawej postaci na rosyjskim tronie. Caryca Katarzyna I jest przykładem jak dosłownie od 0 można stać się najważniejszą osobą w państwie i Ellen Alpsten pozwala nam prześledzić te drogę. Chociaż książka nie zawsze jest zgodna z tym, co mówią historycy (o czym dowiedziałam się robiąc research do tej notatki).
Cała opowieść Katarzyny zaczyna się w momencie śmierci Piotra I Wielkiego i strachu kobiety o jej dalsze losy, które zależały od tego kto pierwszy dowie się o śmierci cara. Kobieta zaczyna swą opowieść od tego skąd pochodzi i jak zaczęła się jej wędrówka po świecie. Od córki chłopa pańszczyźnianego o imieniu Marta, która przybrana matka i właściciele ziemi zamieszkiwanej przez rodzinę sprzedali jako służącą bogatemu kupcowi. Ten wykorzystuje Martę i, gdy ta mu się sprzeciwia w obronie jednego z pracujących z nią chłopaków postanawia ją najpierw wykorzystać, a potem brutalnie zabić (wychłostać, polać wódka i spalić). Dziewczyna broni się i w konsekwencji zabija brutalnego mężczyznę. W tym momencie jak sama powiedziała od zbrodni zaczyna się jej życie. Ucieka do Marienburga, gdzie ledwie żywą odnajduje ją pastor Ernst Glück i razem z żoną przygarniają ją do siebie. Marta wplątuje się w romans z synem dobrodziei, ale ten miga się od obiecanego ślubu. W końcu wychodzi za mąż za szwedzkiego żołnierza, ale małżeństwo jest średnio szczęśliwe i stosunkowo krótkie, bo wojska rosyjskie zdobywają Marienburg. dziewczyna po wiadomości, że jej mąż umiera chce się dostać do szpitala polowego, ale wpada w łapy plądrujących miasto i gwałcących co popadnie rosyjskich żołnierzy. Podobnie jak wcześniej ma dużo szczęścia bo z opresji ratuje ją marszałek Szeremietiew i na wpółżywą zgwałconą kobietę zabiera do siebie. W obozie Marta wpada w oko Mienszykowowki, który ją odkupuje od marszałka i tym sposobem zostaje obozową praczką, która nawiązuje sporo korzystnych znajomości. W końcu od jednej hucznej zabawy do drugiej dziewczyna wpada w oko carowi, który czyni ją swoją kochanką, potem żoną, a w końcu carycą i cesarzową Rosji.
Historia jest barwna i wciągająca, a realności dodaje jej mocno sposób narracji. Alpsten postanowiła, że Katarzyna I sama będzie opowiadać swoją historię. Autorka wcisnęła opowieść w bardzo ciasną klamrę, bo zaczyna się ona zaraz po śmierci cara i kończy w momencie, gdy upłynęło od niej kilka godzin, w których to kobieta wspomina co się z nią działo od momentu, gdy zaczęło się jej życie do śmierci drugiego męża. Oczywiście nie jest tak, że opowieść o dziejach chłopki Marty biegnie w całości. Pisarka co jakiś czas wraca do carskich komnat i pozwala spojrzeć na to jakie emocje szarpią kobietą, której mimo wysokiej pozycji grozi zesłanie do klasztoru lub w najgorszym wypadku śmierć. To mi się naprawdę bardzo podobało.
Niestety na dłuższą metę opowieść Katarzyny była nudna, zwłaszcza, gdy opowiadała jak wyglądało jej życie na carskim dworze. Zero intryg, zero jakiegokolwiek życia po za: świętowaniem, zbiorowymi pijatykami, lądowaniem Marty i Piotra w łóżku, kolejnymi dziećmi, kolejnymi kochankami. Naprawdę było to nużące. Liczyłam na jakąś politykę i pokazanie umiejętności Katarzyny, ale mam wrażenie, że w książce sprowadzały sie one do umiejętności łóżkowych i ewentualnie okazjonalnie do zmysłu politycznego (uratowanie honoru Piotra podczas starcia z Persja). Dlatego przez końcówkę dosłownie przeleciałam łykając dialogi i jakieś krótsze fragmenty tekstu. Takie czytanie na skróty nie sprawiło, że coś straciłam z fabuły, bo gdy dotarłam do miejsca, w którym Piotr I ożenił się z Katarzyną Aleksiejewną już tak na dobrą sprawę wiedziałam jak się to wszystko skończy.
Dużym plusem są barwne postacie, które tworzą tło dla tych wszystkich wydarzeń i stanowią przeciwwagę dla szaleństwa i rozpusty na carskim dworze. Są opisane ciekawie i chociaż nie zawsze odgrywają ważną rolę to nie są zapominane.
Niestety na niekorzyść Alpsten wypada konfrontacja z prawdziwą historia. O ile część faktów się zgadza to mnie już pierwsze uderzyło to, że pisarka nazwiskiem rabe obdarzyła macochę Marty, a faktycznie to było nazwisko jej pierwszego męża. Dostanie się do rosyjskiego obozu w książce też odbyło się w książce w dużo bardziej dramatycznych okolicznościach niż naprawdę. No cóż... Nie można mieć wszystkiego.
Podsumowując. Książka jest naprawdę ciekawa i wciągająca, ale niestety końcówka może nudzić ze względu na powtarzający się ciągle schemat: orgia-łóżko-dziecko-śmierć dziecka-wojna/wycieczka po Europie i tak dalej. Jeżeli ktoś siedzi mocno w historii Rosji może być rozczarowany nieścisłościami, które wydają się być (przynajmniej dla mnie) istotne. Po za tym język jakim jest pisana jest przystępny i książka mimo, że opowiadana w pierwszej osobie nie jest przegadana. "Caryca" jest fajną książką, która może pobudzić historyczne zapędy niektórych czytelników i chociażby z tego powodu jest warta przeczytania. Sama opowieść wydaje się trochę jak mniej poprawna politycznie opowieść o amerykańskiej pokojówce, co zakochała się w kongresmenie.

Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytamy polecone książki


Źródło ilustracji:
http://www.soniadraga.pl/materialy/prod/big/442.jpg

wtorek, 27 sierpnia 2013

Ja, Klaudiusz i Messalina

Dużym szacunkiem i wdzięcznością darzę moją polonistkę z czasów gimnazjalnych. Mając niesforną klasę do ogarnięcia zawsze znalazła trochę czasu i w jakiś sposób motywowała nas do sięgania dalej niż klucz do egzaminu, czy program nauczania. Dzięki niej zaczęłam sięgać po książki inne niż obowiązkowe lektury, czy czytadła dla nastolatek. Gdyby nie ona pewnie nie sięgnęłabym po "Mistrza i Małgorzatę", "Zbrodnię i karę" (to lektura, ale w liceum :), czy po tego nieszczęsnego "Ulissesa", który niestety mnie rozłożył na łopatki. Jedną z polecanych przez nią książek była również powieść Roberta Gravesa "Ja, Klaudiusz", której historia ciągnęła się również w "Klaudiuszu i Messalinie". Pomyślałam sobie, że fajnie by było coś o tych książkach napisać, bo mam o nich dwie skrajnie różne opinie.
"Ja, Klaudiusz" napisany w 1934 roku jest formą autobiografii cesarza Klaudiusza (wnuk Marka Antoniusza i stryj Kaliguli). Klaudiusz opowiada o tym jak wyglądało jego dorastanie w rodzinie cesarskiej, rozgrywki na dworze oraz to jak udało mu się przeżyć to co się działo, a działo się bardzo dużo.
Jako dziecko nie spotykał się ze zbyt wielką czułością ze strony matki, która podobnie jak babka Liwia odnosiła się do niego z pogardą, a nawet nazywała niedokończonym przez naturę monstrum (utykał i jąkał się). Wszyscy uważali go za pociesznego, nieszkodliwego głupka i to sprawiało, że mógł do woli obserwować wszystko i wszystkich. Klaudiusz nie miał ambicji zostania cesarzem, ale kolejne wydarzenia i dostrzegane przez nielicznych cechy powodują, że po morderstwie Kaliguli zostaje on nim obwołany.
Książka ta jest genialna pod wieloma względami. Graves odrobił lekcje historii i przedstawia bardzo sugestywny i realistyczny obraz Rzymu za panowania Oktawiana Augusta, Tyberiusza i szalonego Kaliguli. Zwłaszcza popisy tego ostatniego przykuwają uwagę, bo o jego wyczynach krążą legendy, które spróbowano w 1979 roku przekuć w dość dobry obraz filmowy. Każdy miłośnik historii starożytnej będzie z niej zadowolony i wśród ogólnej wiedzy o Rzymie dostanie garść ciekawych, sprawdzonych informacji i niezwykle ciekawy obraz Cesarstwa, a zwłaszcza działalności dynastii julijsko-klaudyjskiej w okresie od 27 r p.n.e do 41 r n.e.
Powieść ma formę autobiografii, więc oglądamy wszystko z perspektywy Klaudiusza, który snując swoją historię próbuje przedstawić też ogólną sytuację Cesarstwa Rzymskiego. Nie czyta się tego łatwo ze względu na małostrawialny w niektórych momentach język, ale w moim odczuciu jest to mankament większości książek z narracją pierwszoosobową. Jednak już sam sposób prowadzenia historii sprawił, że cierpliwie przebijałam się przez kolejne wydumane frazy. Z drugiej jednak strony specyficzność języka i pojawianie się wydumanych fraz, górnolotnych stwierdzeń sprawiały, ze postać narratora miała swój charakter i tak prawdopodobnie mógł mówić prawdziwy Klaudiusz. Muszę jednak przyznać, że książka ta nie męczyła. Świetnie napisana powieść, którą mogę z czystym sercem polecić każdemu kto choć odrobinę interesuje się starożytnym Rzymem.
Niestety zupełnie odmienne uczucia mam w stosunku do drugiej części dyptyku, czyli wydanej w tym samym roku książki "Klaudiusz i Messalina". Po tak genialnym początku spodziewałam się czegoś równie wybitnego. Niestety zawiodłam się już na samym początku.
Klaudiusz, który jest cezarem nagle przestaje być tą fascynującą postacią, którą poznaliśmy w pierwszej części. Znika gdzieś bystry obserwator, a pojawia się nudny, sfrustrowany człowiek, którego żona zdradza na prawo i lewo. Wypadałoby zacząć jednak od samego początku. Po tym jak zakończył swoją opowieść na rękach gwardzistów, rozpoczyna ją ponownie od przeprosin i krótkiego zarysowania tego co się zdarzyło w pierwszych chwilach obwołania go Cezarem oraz od usprawiedliwienia swoich działań przez niechęć do monarchii. Zaprowadza porządki po szalonych i rozwiązłych rządach Kaliguli. Stara się podratować chwiejące się w posadach cesarstwo i ponownie wprowadzić republikę. Poddani się z niego śmieją (znów niepełnosprawność daje o sobie znać), w skarbcu pusto, szykuje się kilka bitew, a jemu brak doświadczenia militarnego, koszmar. Do tego dołącza jeszcze Messalina, która za mężem nie przepadała, knuła i układała spiski, uwodziła i zdradzała. Klaudiusz nie ma więc łatwo. Dodatkowym wątkiem, któremu Graves poświęca równie wiele czasu jest Herod Agryppa oraz jego dość zawiłe perypetie na cesarskim dworze i po za nim.
Niby mamy tego samego głównego bohatera, ale jak już wspomniałam Graves, gdzieś po drodze zgubił cały urok postaci. Robi się nudny, choć są momenty, w których czytałam z niemal zapartym tchem. Dotyczyło to głównie tych części, gdzie cezar musiał sobie radzić z bitwami, bez doświadczenia wojskowego. Także sposób ich opisywania był wciągający. Niestety kiedy opowieść zaczynała dotyczyć Heroda Agryppy trochę napuszony język jaki nie przeszkadzał mi u samego Klaudiusza, to już u narratora wszechwiedzącego był niesamowicie męczący. Powodowało to, że ciekawa historia stawała się nudnym wykładem, na którym się przysypia. Irytowała mnie także postać Messaliny, która miała być famme fatale tej części, ale niestety w porównaniu do famme fatale z "Ja, Klaudiusz", czyli Liwii wypadała troszkę blado.
Mojego rozczarowania nawet nie poprawiło studium stopniowego popadania w obłęd. Patrzenie jak Klaudiusz co raz bardziej mota się w sieciach intryg jakie na niego zastawiali różni ludzie i swoich własnych planów mogłoby być o wiele ciekawsze, gdyby postacie były bardziej wyraziste, a tego niestety zabrakło.
Nie mogę narzekać na stronę historyczną. Tutaj Graves również porządnie odrobił lekcje historii, ale po tak znakomitej pierwszej części to mi nie wystarczyło.
Podsumowując. "Ja, Klaudiusz" to klasyka po, którą należy bezwzględnie sięgnąć. Świetnie napisana, wciągająca i niosąca sporą dawkę wiedzy w formie fascynującej opowieści (zasługa nie tylko barwnego życia rzymskich cezarów). Niestety w drugiej części, czyli "Klaudiuszu i Messalinie" zdaje się to wszystko gdzieś umykać i rozmywać. Moim zdaniem wypada ją przeczytać chociażby tylko po to żeby wiedzieć jak się skończy to szaleństwo zapoczątkowane już za cezara Augusta.



Źródło ilustracji:
www.lubimyczytać.pl

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Tak sobie myślę...

Jeżeli mam być szczera i szczerze odpowiedzieć na pytanie z kim kojarzy mi się Jerzy Stuhr, to pierwsze co przyszłoby mi do głowy to Osioł ze Shreka, Mushu z Mulan, a następnie Maksio z Seksmisji. Dopiero później jak się już zacznę zastanawiać to przypominam się kolejne role i filmy, a trochę tego jest. Kiler, Pogoda na jutro, Duże zwierzę i wiele, wiele innych.
Tym razem jednak nie będę tutaj pisać o żadnym z tych filmów. Nie będzie też o kontrowersyjnym dla co poniektórych Habemus papam, a pisanie jego recenzji mogłoby być całkiem fajne, bo film też naprawdę bardzo dobry. Będzie o książce, a panu Stuhrowi zdarzyło się popełnić aż cztery:
- Sercowa choroba, czyli moje życie w sztuce
- Ucieczka do przodu! Jerzy Stuhr od A do Z w wywiadach Marii Malatyńskiej (Maria Malatyńska).
- Stuhrowie. Historie rodzinne.
- Tak sobie myślę....

 Tak sobie myślę... kupiłam przez przypadek. Czasem tak mam, że po prostu biorę jakąś książkę do ręki i wędruje do kasy bez większych przemyśleń. Jak do tej pory się sprawdzało, a w tedy, gdy ją kupowałam chciało mi się jakiejś książki, z którą można zawisnąć w hamaku.
Tym razem było podobnie, choć temat zapowiadał się poważniej, bo jest to dziennik, który znany aktor pisał w okresie walki z chorobą nowotworową.
Owszem było i poważnie, ale jeśli ktoś spodziewał się zapisków o beznadziejnej rzeczywistości szpitalnej to się grubo pomylił.
Autor nie boi się pisać o chorobie, trudnościach i strachu jakie ze sobą niesie nowotwór. Z drugiej jednak strony dużo miejsca poświecą rodzinie, przyjaciołom, a nawet ludziom zupełnie obcym, którzy znają go tylko ze szklanego ekranu. Jest też dużo o tym ile siły potrafi dać wiara i nadzieja. Co ważne! Autor nie skupia się jednak tylko na sobie i swoich wewnętrznych przeżyciach, czasem jest nawet tak niepoważnie jak w Shreku!
Jerzy Stuhr opowiada o swoim życiu, karierze aktora i reżysera, o relacjach z dziećmi i żoną. Przytacza mnóstwo mniej lub bardziej zabawnych anegdot. No i, co wzbudzało najwięcej śmiechu, komentuje bieżące wydarzenia. No bo jak inaczej? To, że choroba zmusiła do wycofania się na trochę z życia publicznego, to przecież nie odcięła od świata. Obrywa się wszystkim po równo, politykom, środowisku artystycznemu (swoją drogą jednymi drugim przydałby się taki kubeł zimnej wody), nawet osobom anonimowym.
Jest to też bardzo osobista książka, w której aktor dokonuje różnego rodzaju podsumowań i rozliczeń z przeszłością/teraźniejszością, ale też mniej lub bardziej nieśmiało zaczyna planować przyszłość. Już na samym początku założył sobie jak długo będzie pisał ten dziennik i, że zaczyna przygotowywać się do roli dziadka.
Książka jest opatrzona licznymi zdjęciami z różnych okresów. Są to zdjęcia bardzo stare (rodziców aktora) i bardzo nowe (np. z jubileuszu 65 urodzin). Pojawiają się odręczne notatki, (najbardziej rozczulające) listy od dzieci, które słuchają audiobooków z Mikołajkiem. 
Książka mimo trudnego okresu dla aktora jest bardzo pozytywna i mądra. Mimo, że mój wewnętrzny zakreślacz po cichu liczył na genialne sentencje to nie było ich zbyt wiele, mądrość i ciepło płynęło bardziej z całej książki niż wyrywkowych zdań.
Muszę też pochwalić Wydawnictwo Literackie za wprowadzenie nastroju takiego pisanego odręcznie dziennika. Co kilka-kilkanaście kartek pojawiały się strony z powiększonymi wycinkami z oryginalnego dziennika, w którym Jerzy Stuhr pisał. Mało co można z tego odczytać i pewnie część osób mogłaby się burzyć, że zwiększa się objętość książki, ale mi się to podobało i sprawiło, że słowa drukowane były bardziej realne. Po za tym okładka. Zdjęcie i odręcznie zapisany tytuł są strzałem w dziesiątkę i dużo mówią o tym, czego możemy się spodziewać.
Warto przeczytać Tak sobie myślę..., bo może nie dostaniemy gotowego przepisu na radzenie sobie z tak straszną chorobą, ale dostaniemy duży zastrzyk pozytywnej energii.



Źródła ilustracji:
en.wikipedia.org
lubimyczytac.pl

sobota, 6 kwietnia 2013

Marzenie Celta

Przyznam się szczerze i bez bicia, że rzadko sięgam po książki autorów nagrodzonych Noblem. Parę razy próbowałam i skutecznie się do nich zniechęciłam. Swoją drogą przyczynili się też do tego Sienkiewicz, czy "Chłopi" Reymonta, których nie lubię i nie trawie pod żadną postacią oraz polonistka w ogólniaku. Po za tym  zazwyczaj nacinałam się na nie tyle niezrozumiałe, co dziwaczne książki. Chociaż są wyjątki, bo za moją stareńką, rozpadającą się "Księgę dżungli" Kiplinga wydaną w 1972 roku dam się posiekać i na inny egzemplarz nie pozwolę wymienić.
O Mario Vargasie Llosie słyszałam różne rzeczy. Próbowałam nawet kiedyś przebrnąć przez jego "Rozmowy w <<Katedrze>>", ale tam pokonała mnie narracja. Dodatkowo fakt, że dostał literacką nagrodę Nobla też działał nie za bardzo na jego korzyść. Kiedy więc dwa lata temu wybierałam sobie prezent na święta postanowiłam troszkę zaryzykować. Akurat wydana została jego ostatnia powieść "Marzenie Celta", która jest w zasadzie sfabularyzowaną biografią Rogera Casementa. Postaci mocno kontrowersyjnej, przez co szalenie ciekawej. 
Oczywiście jak to ze mną zwykle bywa, książki z biblioteki i ze studiów mają pierwszeństwo przed moimi własnymi. "Marzenie Celta" choć kusiło piękną okładką i tematem musiało swoje odczekać. Kiedy więc wreszcie się za nie wzięłam to musiałam poświecić mu bardzo dużo czasu.
Książka jest podzielona na cztery części, które są poświęcone opowieściom jak Roger Casement walczył z nadużyciami w brytyjskich koloniach w Kongo i Amazoni oraz sprawie irlandzkiej. Przyglądamy się w nich jak rozwijała się osobowość i zmieniały priorytety Rogera Casementa. W epilogu natomiast dowiadujemy się jak jego historia była skrzętnie zamiatana pod dywan i zapomniana na długie lata. 
Ale zacznijmy od początku. Rogera Casementa, gdy w więziennej celi oczekuje na rozpatrzenie przez rząd brytyjski wniosku o ułaskawienie. Gdy pojawia się aplikant jego adwokata dowiadujemy się, że z tego wniosek nie zostanie rozpatrzony pozytywnie ponieważ światło dzienne ujrzały dzienniki Casementa, a przynajmniej ich fragmenty, które są korzystne dla oskarżycieli. Po takim wprowadzeniu zaczynamy się zastanawiać kim tak naprawdę jest ten człowiek.
Wyjaśnienia otrzymujemy z każdą kolejną stroną i rozdziałem. Llosa przedstawia nam dokładnie życiorys od samych narodzin Rogera. Szczegółowo opisuje nam sytuację polityczną, moralność i ideały, które rządziły na przełomie XIX i XX wieku. Dowiadujemy się jak zmieniał się nasz bohater pod wpływem zderzenia ideałów jakie mu wpajano w domu, książkach, o których mówili ówcześni politycy z brutalną rzeczywistością.
Przez 20 lat mieszkał i pracował w Kongu jako brytyjski konsul. Podróżował po tym kraju i widział jakich okropności potrafią się dopuszczać biali rzekomo bardziej cywilizowani ludzie. Stopniowo razem ze swoim przyjacielem Józefem Korzeniowskim pozbywał się złudzeń i zaczynał działać na rzecz ujawnienia wszystkich przewinień. Podobnie rzecz ma się, gdy Casement zostaje przez rząd brytyjski wysłany do Amazonii, gdzie dochodzi do tego samego zezwierzęcenia człowieka, co w Afryce.
Podobnie jak Conrad w "Jądrze ciemności" Llosa odsłania to okrutne oblicze człowieka, który pozbywa się wszystkich moralnych zasad. Często w niezwykle brutalny i naturalistyczny sposób dowiadujemy się jak byli traktowani Kongijczycy, czy Indianie zamieszkujący dolinę Amazonki. Znajdujemy tutaj też opisy, które nie są dosłowne, a przez to bardziej oddziaływają na naszą wyobraźnię. Pokazuje jak zamiast spełniać obietnice wprowadzania postępu w życie rdzennej ludności kolonizatorzy sami jakby cofali się w rozwoju i folgowali swoim najdzikszym instynktom.
Pojawia nam się też zupełnie inny obraz tytułowego Celta. Widz
imy jak Casement z człowieka, który gorąco działa na rzecz Imperium Brytyjskiego (uzyskał nawet tytuł szlachecki) staje się zagorzałym nacjonalistą i coraz bardziej udziela się sprawie odzyskania niepodległości przez Irlandię. Na początku wspiera organizacje, które mają pomagać w zachowywaniu kultury i języka, ale z biegiem czasu zaczyna co raz bardziej się w to wszystko angażować. Pomaga nawet podczas formowania Brygady Irlandzkiej z żołnierzy, którzy dostali się do niemieckiej niewoli. W tym momencie opowiada się po stronie III Rzeszy. Co ważne nie popierał Powstania Wielkanocnego, bo uważał, że nie nadszedł odpowiedni moment na nie. Gdy jednak wybuchło robił wszystko żeby wrócić do Irlandii, co skończyło się pojmaniem go przez Brytyjczyków.
Dodatkowe kontrowersje wokół Casementa tworzyły najpierw spekulacje, a potem fakty (notatki z dzienników) o jego preferencjach seksualnych. W tamtych czasach homoseksualizm był piętnowany i karany. Posądzano go także o pedofilię. Dlatego sami Irlandczycy też mieli z nim problem, no bo ciężko im było za bohatera narodowego uznać homoseksualistę.
W końcu zostaje skazany na śmierć, a zapiski z jego dziennika są przysłowiowym gwoździem do trumny.
Ciężko jest jednoznacznie pozytywnie lub negatywnie ocenić postać Rogera Casementa. Mario Vargas Llosa też nie dokonuje takiej oceny. Stara się nam pokazać go z każdej strony, tej dobrej i tej złej. Ocenę bohatera pozostawia czytelnikowi. Historia nie jest opowiedziana prosto, nie dostajemy gotowego historycznego bryku, w którym wszystko jest napisane czarno na białym. W opowieści tej przeplatają się różne wątki i często trzeba sięgać po pomoc podręcznika historii lub Googla. Co ciekawe, nie utrudnia to czytania tej książki, wręcz przeciwnie. Takie zmuszenie człowieka do pogrzebania w historii, bo nie wszystko znajdziemy po polsku i od razu na pierwszej stronie, pozwala na wyrobienie sobie porządnej, własnej opinii o tym co się działo w tamtych czasach. To jest na pewno dużo bardziej wartościowa lekcja niż te 45 minut polskiego w ogólniaku, które poświęcono "Jądru ciemności".
Czym było marzenie Celta? Na to pytanie odpowiedź możemy znaleźć praktycznie w każdym rozdziale tej książki. Bo na pewno nie było to tylko i wyłącznie marzenie o wolnej Irlandii, ale też o czymś więcej.
Każdemu kto ma choć troszkę cierpliwości i nie nudzi go historia zachęcam do przeczytania "Marzenia Celta". Lektura bardzo wartościowa i zmuszająca do poważnych przemyśleń. Mimo iż nie czyta się jej łatwo i zajmuje to dużo czasu, to warto odłożyć inne książki, by spróbować się dowiedzieć kim tak naprawdę był Roger Casement i jak wyglądały tamte czasy na przełomie XIX i XX w.




Źródła ilustracji:
www.flickr.com
cliopublishing.wordpress.com

wtorek, 2 kwietnia 2013

Dotknięcie pustki

Kocham góry, ale nie ma we mnie tego pragnienia zdobywania coraz wyższych i niebezpieczniejszych szczytów. Chociaż czasem marzy mi się wejście na Mount Blanc, Kilimandżaro, czy chociażby podejście na jakąś górę w Himalajach, to i tak najlepiej czuję się gdzieś w Beskidach albo Tatrach. Nie mam potrzeby wejścia na Rysy i jakoś nie za dobrze czuję się w Tatrach Wysokich, ale z chęcią wejdę jeszcze raz na Wołowiec. Gdzieś tam w głowie też ciągle świdruje mi myśl o zdobyciu Rohaczy, które w całej swej okazałości pokazały mi się na Rakoniu.
Mimo, że moje uwielbienie gór jest dość spokojne to rozumiem ludzi, których miłość do nich jest niemalże szalona i rządna najwyższych poświęceń. Ostatnio pojawiło się dużo głosów krytyki skierowanych w stronę alpinistów w związku z wypadkiem w Karakorum na Broad Peak, czy zaginięciu Polaka i Irańczyka na Elbrusie, ale wielu ludzi zapomina, że góry potrafią pokazać swoje bezwzględne oblicze. Nie pomoże w tedy nawet najlepszy sprzęt i organizacja wyprawy. Jednak jest coś jeszcze, coś czego nie może zabraknąć każdemu kto wybiera się wysoko w góry to odwaga i determinacja.
Dzisiaj będzie o górach, ale inaczej niż ostatnio. Będzie też małe dwa w jednym, bo podobnie jak w przypadku "Wszystko za życie" też będę pisać o książce i filmie.
O książce Joe Simpsona dowiedziałam się będąc w górach. Wolontariusze w Parku zachwycali się tym, że na 7 Spotkaniach z Filmem Górskim będzie Alain Robert i Joe Simpson. Pomyślałam sobie, że trzeba będzie przeczytać książkę tego drugiego, ale jakoś po powrocie do domu zapomniałam i tytuł i autora, więc w bibliotece troszkę ciężko było mi wytłumaczyć, o co mi chodzi. Dlatego właśnie podziwiam naszą Panią z biblioteki, czasem wie lepiej niż ja, o którą książkę mi chodzi. Takim dość pokrętnym sposobem dostałam "Dotknięcie pustki".
Joe Simpson opisuje w tej książce swoje przeżycia z Siula Grande, na którą w 1985 roku wszedł  zachodnią ścianą razem z Simonem Yetsem stylem alpejskim (dla niewiedzących, jest to styl zdobywania gór w małej 2-4 osobowej grupie z ograniczeniem ilości sprzętu do niezbędnego minimum). Byłaby to może kolejna relacja z górskiej wyprawy, gdyby nie jedno zdarzenie. Podczas schodzenia trudną drogą przez Północny Grzbiet doszło do poważnego i tragicznego w skutkach wypadku. Joe zjechał z lodowego klifu i upadł w taki sposób, że kość piszczelowa wbiła się do stawu kolanowego łamiąc tym samym prawą nogę. To plus fakt, że z powodu złej pogody wejście trwało dłużej niż planowali (skończyła się żywność i zapas oleju do przenośnego piecyka) i zbliżający się zmierzch spowodowało, że musieli szybko zejść do lodowca znajdującego się blisko 1000 metrów niżej.
Alpiniści związali dwie liny jakie mieli ze sobą i Yates próbował spuszczać Simpsona w dół Północnego Grzbietu, ale wiązało się z tym mnóstwo problemów. Miedzy innymi ograniczenie używania płytki Sticha, odmrożenia, zmęczenie. Wszystko utrudniał jeszcze fakt, że Simon nie widział gdzie ani jak spuszcza Joego, mógł tylko czuć po naprężeniu liny czy jego partner znalazł miejsce żeby usiąść, co umożliwiłoby mu dalsze schodzenie.
W pewnym momencie alpiniści znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji. Joe nie mógł znaleźć oparcia, a Simon podejrzewał, że tamten mógł nie przeżyć. Dodatkowo śnieg, w którym siedział Yates zaczynał puszczać, więc musiał on podjąć bardzo trudną decyzję. Ciężko oceniać, czy była słuszna czy nie, ale cała ironia tego zdarzenia tkwi w tym, że gdy Simon odcinał linę, na końcu której wisiał Simpson to tak naprawdę uratował życie swoje i partnera.
W momencie, gdy Yates odciął linę zaczyna się dramatyczna walka Joego o życie. Samotny, ciężko ranny, do tego przerażony tym co widzi, gdy udaje mu się ściągnąć resztę liny.  Leży gdzieś w lodowej szczelinie i ma dwa wyjścia. Pozwolić sobie na powolne zamarzanie albo walczyć. Zdecydowanie wybiera to drugie rozwiązanie, choć nie jest łatwo. Towarzyszy mu ciągle strach i ból, ale miałam wrażenie to wzmagało jego determinację.
Simpson ma bardzo dobre pióro. Jego historia jest bardzo realna i czasem nieomal samemu można poczuć to czego on doświadczył. W bardzo dobry sposób przelał swoje przeżycia na papier i co mi wydaje się też ważne, to fakt, że nie oskarża swojego partnera o to co się stało, ale też go nie usprawiedliwia. Znamy koniec tej historii już w momencie otwierania książki, ale z każdą kolejną stroną kibicujemy alpiniście i życzymy mu jeszcze więcej siły, której zaczyna mu powoli brakować.
Książka ta musiała być też pewnie czymś w rodzaju terapii, która miała pomóc w uporaniu się z traumą po tym co przeszedł. Nie jest to tekst łatwy w odbiorze. Pełno w nim bólu, cierpienia i strachu, ale też z drugiej strony determinacji, walki o życie. Nie ma tu zbędnych opisów, są jedynie te, które mają znaczenie dla doświadczeń Simpsona. Są zwięzłe i rzeczowe. Tempo całej historii sunie w dość mozolnym tempie, ale musimy pamiętać, że jest to tempo człowieka ze zmiażdżonym kolanem, licznymi odmrożeniami i odwodnionego. Najbardziej brutalną rzeczą jaka tam była to chyba brak wody. Mimo iż Joego otaczały setki ton wody w postaci śniegu, a bez palnika nie mógł jej pić albo, gdy słyszał strumienie w szczelinach pomiędzy głazami, a nie mógł się do nich dostać. Pomimo tego, że autor naprawdę świetnie przelał swoje odczucia na papier nie jestem w stanie sobie wyobrazić takich katuszy.
Tych co nie mają pojęcia o górach i o wspinaczce może trochę przerażać duża ilość terminów z nimi związanych, ale wydawca idzie nam z pomocą i zamieszcza z tyłu książki słowniczek. Niestety wydawnictwo Stapis, dało ciała. W książce jest pełno błędów, na szczęście nie są to błędy rzeczowe. Za to literówek zatrzęsienie. Siula Grande pojawiała się w różnych możliwych pisowniach, zamiast Karakorum mamy dziwaczny twór o nazwie: Karakonom i to już w trzecim zdaniu pierwszego rozdziału.
Naprawdę warto przeczytać "Dotknięcie pustki", mimo iż czasem jest naprawdę trudna w odbiorze. Była to jak do tej pory jedna z lepszych książek o tematyce górskiej jaką miałam w rękach.
Gdy już ktoś przeczyta książkę i będzie mieć jeszcze siłę to niech sięgnie po film na jej podstawie. "Czekając na Joe" został nakręcony w 2003 roku przez Kevina Macdonalda. Występują w nim zarówno prawdziwi bohaterowie wydarzeń na Siula Grande oraz aktorzy odgrywający role Joego Simpsona (Brendan Mackey), Simona Yetsa (Nicholas Aaron) i Richard Hawking (Ollie Ryall), który towarzyszył im w obozie. W zasadzie film ten jest zobrazowaną opowieścią jej prawdziwych uczestników. Tak jakby ktoś pozwalał nam zajrzeć w ich wspomnienia.
Jest bardzo trudny w odbiorze, ale podobnie jak książka mocno działa na emocje oglądającego. Wrażnie samotności i bezsilności dodatkowo pogłębia fakt, że nie ma w nim zadnego muzycznego tła. Są tylko ciche dźwieki otoczenia, wspinaczki i głosy opowiadających, ale te nie zawsze, gdy są sceny z udziałem Mackeya. Czasem miałam ochotę go wyłączyć, ale mimo to zostawałam przed ekranem telewizora i oglądałam dalej. Widzimy prawdziwych ludzi, którzy naprawdę to przeżyli i człowiek może zrozumieć to co przeżyli. Aktorzy spisali się naprawdę dobrze, chociaż nie mieli łatwo. Musieli zmierzyć się z wyobrażeniami ludzi, którzy sięgną po ten film po przeczytaniu książki i faktem, że odgrywają ludzi, którzy na prawdę przeżyli coś tak strasznego. Z resztą odegranie takiej pełnej desperacji i bólu roli musiało być też bardzo wyczerpujące.
Podobnie jak książkę uważam, że warto obejrzeć "Czekając na Joe" chociażby po to żeby usłyszeć jak o tych wydarzeniach opowiadają Joe i Simon, na którego głowię zwaliła się krytyka całego alpinistycznego świata.
Powinni według mnie też przeczytać albo obejrzeć to wszyscy ci turyści, którzy bezmyślnie pchają się w góry w japonkach. Bo jak już wspomniałam z górami nie ma żartów i potrafią pokonać ludzi nawet z bardzo dużym doświadczeniem.



Źródła ilustracji:
www.whentheshipcomesin.com
www.empik.com
www.hasskod.pl
www.filmweb.pl
pk4.pl

środa, 6 marca 2013

Into the wild...

Dziś małe dwa w jednym, bo o filmie i książce o tym samym tytule "Wszystko za życie" (tym razem bardziej mi się podoba angielski tytuł "Into the wild", ale to tak na marginesie), które są związane opowieścią o bardzo nietypowej osobie.

Mam też taką małą dziwaczną prośbę. Zanim zaczniecie czytać puśćcie sobie Into the wild.

W całą historię z McCandlessem (bohaterem i filmu, i książki) wplątała mnie koleżanka. Wystawiła naprawdę świetną recenzje filmowi i postanowiłam go obejrzeć przy najbliższej okazji. Kiedy go w końcu pożyczyłam to musiał swoje odleżeć, bo brakło czasu na wszystko jak zwykle niespodziewanie zwaliła się na mnie sesja i kilka różnych zobowiązań. Do obejrzenia poniekąd zmusiła mnie grypa. Nie mogłam się skupić na żadnym nawet krótki fragmencie tekstu, bo mieszały mi się linijki o literkach nie wspominając. Z drugiej strony tak głupio mi było leżeć bez sensu w łóżku, a uwierzcie po tygodniu chorowania nie miałam już siły spać.
Tym cudownym sposobem zakopana pod górą koców i kołderką włączyłam swojego lapusia i zaczęłam śledzić losy Chrisa McCandlessa (Emil Hirsch) w filmie "Wszystko za życie".
Poznajemy go, gdy postanawia tuż po studiach zerwać z dotychczasowym uporządkowanym życiem, oczekiwaniami rodziców i wyrusza w podróż za ideałami. Inspirują go pisarze jak Tołstoj, Thoreau , czy London i tak jak oni pragnie uciec od cywilizacji, być prawdziwie wolnym. W zasadzie jest to zbiór osobnych opowieści o tym, co przeżył i jak. Od porzucenia auta, które zostało zmyte z drogi przez tzw. błyskawiczną powódź w okolicach Las Vegas, przez nielegalny spływ kajakiem w dół rzeki Kolorado do Zatoki Kalifornijskiej do śmierci w lasach Alaski. W zasadzie rzadko kiedy zatrzymuje się, a kiedy już to robi to wiadomo, że prędzej, czy później jego niespokojny duch pogna gdzieś dalej. Często widzimy Chrisa jak idzie pieszo, łapie stopa, czy na gapę wsiada do pociągów. Ta jego podróż nie jest jednak tak do końca samotna. Poznajemy między innymi małżeństwo podróżujące po Ameryce z przyczepą kempingową, czy starszego pana dla, którego Chris staje się jak syn. Niestety jego pogoń za wolnością, którą ludzie utracili kontakt z przyrodą kończy się tragicznie, gdzieś w lasach Alaski w starym autobusie, którego używali myśliwi jako schronienia. Chłopak umiera w pogoni za niedoścignionym marzeniem, trochę z własnej głupoty, ignorancji i nieznajomości praw, które rządzą naturą. Brakuje mu wiedzy, sprzętu i wyobraźni. Bo nie da się rozpoznawać dobrze roślin tylko na podstawie marnej jakości obrazków z książki, trzeba też wiedzieć jak dobrze zabezpieczyć mięso przed zepsuciem, a nawet dobrze by było znać chociaż troszeczkę teren, w którym się przebywa. Jednak mimo wszystko, gdzieś tam serce wyrywa się żeby wyruszyć samemu w podobną podróż. Chociaż Chris tak naprawdę uciekał przed samym sobą i problemami z rodzicami. Czy udało mu się?
Film Penna jest jak typowy film drogi. Nic nie dzieje się w nim szybko, jest to raczej tempo jakie rozwija w miarę sprawny wędrowiec. Pełen często zapierających dech w piersiach widoków i kadrów, które choć trochę pozwalają zajrzeć w psychikę Chrisa. Obraz jest bardzo plastyczny. Dobrze dobrani i grający aktorzy. Dodatkowym atutem jest muzyka (tak, to co chciałam żebyście włączyli) napisana i zaśpiewana przez Eddiego Veddera.
Tyle o filmie. Teraz trochę o książce.
Nie jest to typowa biografia. Jon Krakauer początkowo miał napisać o McCandlessie artykuł do "Outside" o chłopaku, którego zwłoki znaleziono w starym autobusie blisko Parku Narodowego Denali. Jednak artykuł rozrósł się do rozmiarów książki, bo to co chłopak zrobił zafascynowało dziennikarza i alpinistę. Może też dlatego, że sam autor widział w tym historię podobną do swojej.
Opowieść o Christopherze McCandlessie została napisana na podstawie rozmów z jego przyjaciółmi, ludźmi, których poznał w drodze, rodziców, listów wysyłanych do przyjaciół i dzienników, które prowadził. O ile film skupia się niemal wyłącznie na osobie Chrisa to książka w dokładniejszy sposób przedstawia nam to kim był, jak wyglądały jego relacje z otoczeniem, najbliższą rodziną. Problemy z akceptacją tego jak żyli jego rodzice i zakłamania, które towarzyszyło im niemal na co dzień. Jednak postacie pojawiające się w książce nie są też bezpośrednio związane z jej głównym bohaterem.
Krakauer przedstawia sylwetki innych, trochę podobnych do McCandlessa ludzi. Ludzi, którzy często gonili za czymś nieosiągalnym i z niespokojnym duchem. Co ważne pisze tutaj też trochę swoją autobiografię. Opisuje problemy z jakimi się zmagał podczas próby wejścia na na turnię Devil Thumb i wyznaczenie na niej nowej drogi. Sprawia to, że książka ta staje się bardziej osobista, chociaż fakt, że opowieść o Chrisie jest poprzerywana różnymi innymi trochę utrudnia jej odbiór.  Nie pozbawia jej jednak jakiegoś takiego troszkę magicznego przyciągania, które każe ją doczytać do końca.
W wielu miejscach zmusza do refleksji nad naszym życiem, ale też nad samym bohaterem. Często nie do końca potrafiłam zrozumieć Chrisa i jego poniekąd zaślepienie autorami książek, które traktował jako duchowe przewodniki. Chciał być jak oni, ale mocno, może nawet za mocno, ich wyidealizował. Dodatkowo miałam wrażenie, że chłopak podświadomie dąży do autodestrukcji, maskując to dążeniem do duchowego wyzwolenia. Drażniła mnie też jego głupota i brak szacunku do natury. Bo żeby samotnie przeżyć w alaskańskim lesie trzeba mieć coś więcej niż strzelbę, worek ryżu i przewodnik z rysunkami roślin jadalnych.
Z drugiej strony może i było w tym coś szalonego, ale czy sami nie chcemy przeżyć czegoś podobnego. Może w każdym z nas jest coś takiego, co w McCandlessie urosło do takich rozmiarów, że w końcu doprowadziło do jego śmierci.
Ciężko jest ocenić książkę i film pozytywnie lub negatywnie. Nie zawsze rozumiem ich bohatera, często uważam go za durnia, ale też jest w tym jakaś mądrość i pragnienie wolności. Czasem też odnosiłam wrażenie, że to co zrobił było zrobione na przekór ojcu i było niezwykle samolubne.
Jest to jedna z takich książek, które trzeba przeczytać mimo, że nie należy do najłatwiejszych w odbiorze. Nie wiem też czy zaczynać od filmu, czy książki. Ja osobiście przeżyłam małe zderzenie z wyidealizowanym Chrisem z filmu Penna, a tym prawdziwym Christopherem McCandlessem, ale zupełnie nie przeszkadzało to w odbiorze ani jednego ani drugiego. Jak, więc tylko macie czas zapoznajcie się bliżej z tą postacią, bo jest naprawdę warta uwagi i budzi sporo sprzecznych uczuć. Zmusza do pewnych przemyśleń.


Źródła ilustracji:
www.filmweb.pl
www.fabryka.pl
www.wikipedia.org