wtorek, 6 maja 2014

Widok z okna

Powinnam napisać dwie recenzje. Powinnam, ale mi się nie chce, bo pod powiekami wciąż mam widok z weekendowego wypadu w Tatry i choć nie udało się wyjść wyżej niż na Morskie Oko, gdzie pomagałam znajomemu w badaniach to i tak udało się całkiem nieźle podładować baterie zwłaszcza, gdy o 9 nie było jeszcze nad stawem ludzi.
A zaczęło się niewinnie. Jeden telefon, mała zawierucha w domu oraz paląca potrzeba oderwania się od wszystkiego i wszystkich. Długi weekend w Tatrach, choćby i nie wychodzić nigdzie wysoko w góry tylko medytować nad Morskim Okiem? Czemu nie, jadę! No i tak nawet nie do końca zorientowałam się kiedy taszcząc plecak wyszłam z domu.
Po pięciogodzinnej podróży w autobusie w końcu wysiadłyśmy z dziewczynami na dworcu PKS w Zakopanem. Tam człowieka od razu dopada lokalny koloryt, czyli panie i panowie z tabliczkami i ofertami noclegów. W tym roku zauważyłam jednak mały postęp, bo na co drugiej tabliczce było "Pokoje z łazienką". Jest to trochę irytujące, zwłaszcza gdy nie marzy się o niczym innym niż rozprostowanie kości i zastanawia się, czy ostatniego kwietnia o 19 jeżdżą jeszcze busiki do Kuźnic, gdzie miał czekać niezawodny Jasiek Krzeptowski-Sabała i wolontariacki samochodzik.
Niestety jak się okazało ostatni busik odjechał pół godziny wcześniej, więc trochę nam miny zrzedły na myśl o targaniu plecaków z tygodniowym zapasem jedzenia z dworca prawie pod kolejkę na Kasprowy. Na szczęście okazało się, że kierowca stojącego niedaleko busika może nas wysadzić na rondzie i wystarczy przejść tylko dwa kilometry z haczykiem pod górę. Pewnie gdyby koleżanka nie uniosła się ambicją i czymś w rodzaju kobiecej niezależności to i tych dwóch kilometrów nie musiałybyśmy drałować, bo Jasiek chciał po nas zjechać. No, ale cóż... Zuzia już tak ma.
W końcu dowlokłyśmy się do dyrekcji TPN, gdzie załatwiliśmy z Jaśkiem wszystkie formalności i przy okazji uzupełniliśmy zeszłoroczne zaległości. Legitymacje wolontariackie, koszulki, czapeczka i to do czego mi się chyba najbardziej zaświeciły oczy to ostatni egzemplarz "Tatr" oraz elektroniczna książka WWF'u "Drugie życie drzewa" (kto ma okazję niech przeczyta, bo to genialnie napisana książka i napisana bardzo przystępnie). Mała wymiana plotek, zazdrosne spojrzenie na widok jaki ma z okna swojego pokoju Janek i w drogę na Palenicę, gdzie mamy spać.
W domku zimno jak cholera, ale przynajmniej były grzejniki, kocyki i masa dobrego humoru. Gorzej ze wstawaniem rano, bo trochę się zmarzło. Mimo koca, śpiwora, bluzy i dwóch par skarpetek miałam wrażenie, że nos i palce u stóp mi odpadną, ale co tam. Śniadanie, herbata do termosu i w drogę.
Przed ósmą drogą Oswalda Balzera na Morskie Oko idzie niewielu ludzi i najczęściej są to osoby, które nie przyjechały tylko do schroniska i z powrotem. Porządne buty, często kije i czekany dopięte do plecaków oraz tempo bynajmniej nie spacerowe.
Temperatura nie była jakoś szalenie wysoka, ale im dłużej pracowały mięśnie tym było cieplej, a szło się naprawdę bardzo dobrze. Było wesoło i naprawdę pięknie! Zięby szalały w drzewach, a na dnie lasu szalały pierwiosnki, szawik, żywce i urdziki, tworząc w niektórych miejscach śliczny żółto-biało-fioletowy dywan.
Mały przystanek przy Wodogrzmotach Mickiewicza i lecimy dalej. Ja jak zwykle zachowywałam się jak japoński turysta pstrykając zdjęcia naprawo i lewo, ale na swoje usprawiedliwienia mam to, że w Tatrach nie byłam od przeszło roku. No i stęskniłam się za nimi!
Nad samym Morskim Okiem byliśmy jakoś trochę po 9, co uznaję za swój nieoficjalny rekord. 9 km w godzinę dwadzieścia minut to całkiem niezły wynik, a dodatkową nagrodzą był cichy i spokojny staw bez dzikiego plażującego tłumu, który nawet świętego wyprowadzi z równowagi.
Zliczanie turystów zaczęliśmy o 9:30 i tak z co raz większą irytacją liczyłam ich sobie do prawie piętnastej, ale za to obeszłam sobie Morskie Oko kilka razy dookoła i to najczęściej wystarczało, żeby znów nabrać dystansu do wszystkiego. Zamarznięty staw i przysypane śniegiem otaczające je szczyty potrafiły naprawdę ukoić skołatane nerwy.
 Przez te kilka dni naprawdę udało mi się podładować baterie mimo, że spacer na Czarny Staw pod Rysami się nie udał z powodu śniegu zalegającego grubą warstwą na szlaku, a ja nie czułam się zbyt pewnie na jego mocno wyślizganej warstwie. Natomiast plany wyjścia na spacer choćby na Psią Trawkę pokrzyżowała ulewa w sobotę (panu Gowinowi odstawiającemu cyrk nad Morskim Okiem również pogoda postanowiła pokazać, gdzie jego miejsce). W niedzielę jeszcze większy ubaw miałam, gdy o piątej wyjrzałam za okno, a tam śniegiem jak na Boże Narodzenie sypie. Pewnie, gdybym miała gdzieś nagrane "Last Christmas" to bym je puściła. 
Potem była szalona jazda trzęsącym busikiem i próba wciśnięcia się w autobus do Krakowa.
Na dworcu było nerwowo, bo pociągi nie jeżdżą, a każdy chciał wcisnąć się do najwcześniej jadącego PKS'u. Mi się jakoś ta gorączka nie udzieliła i do wszystkiego podeszłam na luzie. Nerwowa zrobiła się za to Zuza i troszkę na koniec mam wrażenie, że mi się oberwało, ale co tam. Wystarczyło zamknąć oczy albo wyjść z zatłoczonego Dworca i spojrzeć na ośnieżone góry żeby odzyskać trochę spokoju.
Oczywiście jak zwykle kiedy wracam z Zakopanego muszę przywieźć serki. Tym razem również wracałam przypominając (i trochę pachnąc) jak sklep z serem. Warto było jednak targać to wszystko żeby zobaczyć jak moje psisko prawie wlazło do plecaka w poszukiwaniu serowych sznurówek.
To była jak na razie jedna z lepszych majówek i spontanicznie organizowanych wyjazdów. Naładowałam baterie, porobiłam zdjęcia i nabrałam tego dystansu, o którym śpiewa KSU w "Za mgłą"
Fajnie za to wiedzieć, że wolontariat w TPN rozwija się pełną parą, a zmiana dowodzenia obyła się bez większych zawirowań. Paweł Skawiński był świetnym dyrektorem i człowiekiem z ogromną wiedzą, który świetnie potrafił się nią dzielić, a Szymon Ziobrowski wydaje się być jego dobrym następcą.
Jeśli ktoś by chciał wiedzieć o wolontariacie więcej to zapraszam tutaj. Ja sobie go chwalę i choć nie zawsze bywało różowo to muszę chyba pomyśleć żeby w tym roku wpaść tam na tydzień, czy dwa. 



2 komentarze:

  1. Ja też chcę w Tatry... Kurczę, nie wiem kiedy uda mi się dotrzeć do zakopca. Może na jesieni? Zazdroszczę :) Ja miałam majówkę w pracy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na jesieni nie pada tak często, więc może się uda ^^

      Usuń