sobota, 27 września 2014

Dwie najdziwniejsze książki miesiąca

Wrzesień upłynął pod szyldem gonitwy konferencyjno-papierniczej, w czasie której przyszło mi przeczytać dwie najdziwniejsze książki pod słońcem i to w dodatku jedna po drugiej. Obie przyprawiły mnie o solidny zamęt w głowie, ale z drugiej strony wiedziałam na co się porywam, pakując do torby oprócz "Gry Endera" "Labirynt śmierci" Philipa K. Dicka i "Kocią kołyskę" Kurta Vonneguta. Niezbyt rozważnie też wybrałam kolejność książek, bo po książce Carda powinnam zdecydowanie wziąć się za jakieś lekkie i przyjemne czytadło, a nie pchać w absurdalny świat dziwacznej religii stworzony przez Dicka, a potem starać się zrozumieć bokononizm. To było kilka naprawdę czytelniczo stresujących dni.
O czym są obie książki? Zasadniczo o tym samym, bo o wierze, ludziach uwikłanych w zasady religii i życiu w społeczności. Kiedy jednak człowiek zaczyna się nad tym zastanawiać to okazują się skrajnie różne, ale tak samo dziwaczne.
"Labirynt śmierci" opisuje losy czternaściorga różnych ludzi, którzy zostali wysłani jako nowi koloniści na planetę Delmak-0 by tam zbudować nową społeczność, ale zamiast współpracować ze sobą pozostają skrajnymi indywidualistami i nie bardzo potrafią współpracować. Gdy dochodzi do awarii satelity, na którym było nagranie z instrukcjami nie wiedzą co mają ze sobą robić i jak sprowadzić pomoc, zaczynają podejrzewać, że są ofiarą jakiegoś eksperymentu. Sprawę zaczyna dodatkowo komplikować tajemnicze morderstwo jednego z osadników i narastająca wśród nich panika.
Książka jest pełna szalonych zwrotów akcji i niespodziewanych rozwiązań, które jeszcze bardziej komplikują życie garstki osadników. Tajemnicza religia, tajemniczy przemieszczający się budynek, nad drzwiami którego każdy z bohaterów widzi inny napis i galaretowate stwory, które kopiują wszystko co się przed nimi położy, czy miniaturowe kopiami budynku, które można tresować, a we wnętrzu których jest napis made on Earth. Do tego narastająca panika i dezorientacja bohaterów, podlane wizjami rodem z narkotykowego haju z zakończeniem, którego w ogóle się nie spodziewałam. Wszystko jest napisane bardzo plastycznie i tak sugestywne, że momentami człowiek sam popada w taki sam obłęd jak bohaterowie zaganiani wyobraźnią autora w kozi róg. 
Akcja stopniowo nabiera tempa, a w końcówce gna na łeb na szyję stawiając bohaterów nie tylko w niebezpiecznych i skrajnie absurdalnych sytuacjach. Nie tego się spodziewałam, ale z drugiej strony pokazało to człowieka od zupełnie innej strony.
Nie polecam czytania "Labiryntu śmierci" bezpośrednio po psychologicznym science fiction w stylu "Gry Endera" i to w dodatku w obcym miejscu w środku nocy. Długo nie potrafiłam zasnąć, a co chwile wydawało mi się, że ktoś chodzi po korytarzu, skrajną paranoję wpadłam jak się rozbudziłam i świeciło się światło w łazience.
Po za tym książka jest bardzo dobra i zmusza do myślenia. Warto, więc się z nią bliżej zapoznać, co nie zmienia jednak faktu, że gdy zamknęłam ostatnią stronę czułam się tak jak gdyby ktoś uderzył mnie w tył głowy i przez jakiś czas nie docierało do mnie to, co przeczytałam. Książka bardzo w stylu Dicka.
Zupełnie inaczej ma się sprawa z "Kocią kołyską". Tam akcja płynie zdecydowanie wolniej i bardziej skupia
się na tajemniczej religii zwanej bokononizmem stworzonej przez samozwańczego proroka Bokonona, który staje się czymś w rodzaju symbolu buntu przeziwko reżimowi Papy Monzano na wyspie San Lorenzo. A żeby było śmieszniej wszystko zaczyna się od tego, że główny bohater i narrator jednocześnie pisze o tym, że postanowił napisać książkę o dniu, w którym zrzucono bombę atomową na Hiroszimę i jednym z jej twórców Felixie Hoenikerze. I tak od słowa do słowa, a zasadzie od rozdziału do rozdziału obserwując sceny opisywane w tych ultrakrótkich rozdziałach (książka ma niecałe 200 stron i ponad 100 rozdziałów!) jak splot wydarzeń prowadzi do końca świata za sprawą tajemniczego lodu-9, który zamarza w temperaturze pokojowej.
Pomysł na książkę ciekawy, już przez sam fakt stworzenia religii, której głównym założeniem jest to, że bazuje na kłamstwie. Dodatkowo przy tej ilości króciusieńkich rozdziałów czułam się tak jakbym oglądała serię złożoną z setki filmików, czy nawet zdjęć, na których działy się co raz dziwaczniejsze rzeczy i pojawiali dziwaczniejsi ludzie. W pewnym momencie zaczynałam się w tym wszystkim gubić i odnosić wrażenie, że coś po drodze pominęłam. Wszystko jest równie absurdalne, co groteskowe i podlane czarnym humorem z pokaźną dawką apokalipsy w tle. Jednak jeżeli się już zacznie nad tym wszystkim zastanawiać i szukać drugiego dna to nagle się okaże, że ma to jakiś sens. Już sama postać Hoenikera zmusza do przemyśleń, a co dopiero reszta (a tego trochę jest).
"-Więc nie ma dla nich nic świętego?
-Tylko jedno.
Próbowałem zgadywać.
-Ocean? Słońce?
-Człowiek - powiedział Frank. - Nic poza tym. Po prostu człowiek." 

Nie zmienia to jednak faktu, że tego rodzaju literatura jest dla mnie dziwaczna i każdy z tych mini rozdziałów wydaje się irytować i atakować czytelnika z każdej strony.
Obie książki są warte przeczytania i obie pokazują różne oblicza książek science-fiction. Polecam obie, chociaż nie w takim układzie w jakim ja je sobie zafundowała.
Dla mnie osobiście były to dwie najdziwaczniejsze książki września, a kto wie, czy nie tego roku.

Źródła ilustracji:
http://lubimyczytac.pl

środa, 24 września 2014

Human equation

Lubię swoją "pracę". Naprawdę lubię, choć w dniu takim jak dzisiaj mam ochotę wziąć trzasnąć drzwiami i rzucić wszystkim w cholerę. A czemu? Nie było mnie raptem półtora tygodnia i okazało się, że w tym czasie chyba ze sto razy zmieniały się wersje tego, co kto gdzie i jak ma nam wpisać do indeksu. Kiedy myślałam, że w poniedziałek dowiedziałam się czegoś konkretnego to nagle dzisiaj w ciągu chyba niecałej godziny wszystko zdążyło się siedem razy zmienić. Naprawdę czekam kiedy ta papierologia się skończy i będę mogła zająć się tym, co naprawdę ważne.
Szczęściem w nieszczęściu u mnie jest to, że droga z uczelni do domu troszkę trwa i w autobusie mam czas żeby ochłonąć. W czym ostatnio skutecznie pomaga mi pewien ponad dwumetrowy holender z kudłatym psem. Chodzi oczywiście o Arjena Lucassena i jego projekt Ayreon, o którym pisałam przy okazji "Theory of Everything". Ten album oczywiście nie zniknął z mojej playlisty, ale przy okazji odkurzyłam wcześniejsze płyty wydane pod tym szyldem między innymi "The Human Equation" i "01011001", które sprawiają, że od pierwszych dźwięków odpływam w zupełnie inne światy. Oba albumy są doskonałe, dlatego oba doczekają się krótkich notatek. Dzisiaj będzie o "The Human Equation", w którym jest kilka takich momentów, gdzie odnoszę wrażenie, że ta muzyka jest ze mną gdzieś od zawsze i może to dziwacznie zabrzmi, ale siedzi gdzieś tam już na poziomie kwasów nukleinowych w komórkach.
Jak każdy album Ayreona "The Human Equation" opowiada pewną historię. Tym razem jest to opowieść o człowieku, który miał w dość niejasnej sytuacji wypadek samochodowy. W biały dzień na pustej drodze dobija do drzewa i zapada w trwającą 20 dni śpiączkę. Każdy z tych dni jest reprezentowany przez jeden utwór będący alegorią różnych uczuć, czy wydarzeń z jego życia. Przed głównym bohaterem otwierają się wspomnienia z trudnego dzieciństwa (jako dziecko doświadczał przemocy ze strony ojca i kolegów ze szkoły), wyborów jakie sam podejmował (zdradzenie najlepszego przyjaciela). Pojawia się też potencjalne rozwiązanie zagadki tajemniczego wypadku. Jego powodem może być to, że przyłapał żonę ze swoim przyjacielem na zdradzie i z tego powodu umyślnie wjeżdża w drzewo. W końcu wszystko prowadzi do tego, że bohater musi poradzić sobie ze wszystkimi swoimi negatywnymi emocjami, żeby wyrwać się z koszmaru w jakim się znalazł.
Pewnie coś poplątałam w fabule. No cóż... Zazwyczaj pozwalam porwać się muzyce i potem ciężko jest mi się skupić na tym, by móc w kilku słowach ją streścić.
Od strony muzycznej album jest niesamowity! Chociaż mam mieszane uczucia do dwóch, może trzech utworów, ale przy bliższym wsłuchaniu okazuje się, że idealnie wpisują się w historię i klimat tworzony przez muzyków zgromadzonych przez Lucassena. Z drugiej strony jest kilka takich, że człowiek momentalnie przenosi się gdzieś indziej i wydaje się czuć te muzykę każdą komórką. Zamyka się oczy i pozwala muzyce swobodnie płynąć.
Nie wiem jak to inaczej opisać, bo z muzyką mam zawsze problem, ale jeśli ktoś lubi rock opery to "The Human Equation" jest taką wobec, której nie można przejść obojętnie. Warto jej wysłuchać i pozwolić zabrać się na podróż w podświadomość.
Podobnie jak w przypadku każdej płyty Ayreona również w przypadku tej trudno przejść obojętnie wobec grafiki na okładce, która nie wiem, czy idealnie, ale oddaje klimat płyty. Artysta nie miał łatwego zadania tworząc tę grafikę, bo trudno na obrazie przedstawić czyjąś podświadomość i wnętrze.
Naprawdę z całego serca polecam , a podczas słuchania zachęcam do założenia słuchawek, podkręcenia głośności, położenia się gdzieś wygodnie i odpłynięcia razem z bohaterem na te ponad dwie godzinki.

Źródła ilustracji:
http://www.arjenlucassen.com

środa, 10 września 2014

Run through the hills

U mnie ostatnio tempo jak w piosence Iron Maiden "Run throug the hills", choć niespodziewane przeziębienie, które w tym całym szaleństwie upchnęło mnie do łóżka i między jedną drzemką, a drugą pozwoliło na skreślenie kilku słów.
Mój mały światek ostatnio stanął troszkę na głowie i w zasadzie nie potrafi wrócić do normalności od połowy sierpnia. Wakacji jako takich nie miałam, ale trochę sama sobie jestem winna, bo wybrałam sobie takiego, a nie innego zwierzaka do badań, a jak wiadomo wszem i wobec mało kto lubi pająki. Już sam ten fakt drastycznie zmniejsza ilość ludzi, który zerknęli by do moich zyzusiów jak mnie nie ma. Ilość ta topnieje niemal do zera, gdy pokazuję czym je trzeba karmić, a osiąga zero absolutne mówię, że są spokrewnione dość blisko z czarnymi wdówkami i mogą dziabnąć. No, cóż... Chciałam to mam i nie powinnam narzekać. Na szczęście lubię swoją pracę i patrzenie jak hodowla się rozrasta cieszy.
Nie udało się nigdzie daleko pojechać, ale mimo wszystko jakiś kilka małych wypadów udało się zaliczyć. Kilka razy z tatą na ryby. Mała wycieczka do zamku w Mosznej, choć w zasadzie powinnam powiedzieć pałacyku, ale Winckler miał fantazję i zrobił sobie zameczek jak Neuschwanstein, do tego wszystkiego piękny park w stylu angielskim. Jednodniowa trasa po miasteczkach Beskidu Śląskiego i Małego. No i już bardziej na luzie wypad ze znajomymi w okolice Piotrkowa, gdzie czasem czułam, że mentalnie odpowiadam jamochłonowi, ale no cóż... Nie jestem wyszczekaną bohaterką komedii romantycznych, ot życie : )
W międzyczasie przyplątało się nietypowe wesele, na którym po raz pierwszy ganiałam po górach w butach na obcasie, bo zapomniałam trampek, a treki zdecydowanie nie mieszczą się w torebce. Osobiście obcasów na Stożku nie polecam, ale przyjaciołom, którzy brali ślub życzę wszystkiego, co najlepsze. Wszystko było trochę na wariackich papierach, ale wiem, że oni tacy są, inaczej być nie mogło i bardzo dobrze! A ten widok z okna o wpół do siódmej to była najlepsza rzecz jaka mnie ostatnio spotkała. Żałowałam tylko, że te moje durne treki jednak nie wlazły do torebki i nie mogłam się zapuścić na wycieczkę ze Stożka na Czantorię.
Były też dwa wyjazdy trochę służbowe. Pierwszy to w sumie jeszcze nie wakacje, ale siałam dość mocno panikę przed wyjazdem. Na szczęście Lublin okazał się pięknym miastem, a doktorantka z UMCS, która mnie wzięła pod swoje skrzydełka w labie okazała się bardzo fajną dziewczyną. Dużo się dowiedziałam i czekam aż przyjdą moje zamówienia do mojego labu, by można było ruszyć z robotą. Udało się też całkiem sporo zobaczyć, a co najważniejsze to niemal wszystko było w zasięgu spacerowym. Tylko do Muzeum Wsi Lubelskiej było za daleko na piechtobus. Fajnie by było jeszcze raz tam pojechać i zobaczyć Ogród botaniczny UMCS, czy przejść się tą podziemną trasą.
Druga wycieczka była na konferencję do Poznania i to w tempie ekspresowym. 6:30 autobus jednego dnia i 6:20 pociąg drugiego dnia. Stolica Wielkopolski wydaje się być naprawdę pięknym miastem, więc kiedyś pewnie wybiorę się tam na dłużej, żeby ją na spokojnie obejrzeć. Przede mną jeszcze dwie konferencje i dwa miasta do zobaczenia, czyli Olsztyn i Siedlce. W tym pierwszym pewnie będę miała troszkę więcej czasu dla siebie, bo tak na dobrą sprawę jadę sama, a nie wszystkie sesje na konferencji mnie interesują. W Siedlcach zaś są tylko dwa dni i to dość ciasno upchane, no i nie będę sama, ale z innymi pajęczarzami z mojego labu.
Także jest teraz trochę szaleństwa, bo w zasadzie od ostatniego tygodnia sierpnia mam maraton wyjazdowo-laboratoryjny. Nie jest też tak, że nie czytałam. Udało się połknąć całkiem sporo książek, obejrzeć kilka filmów, a nawet z uporem godnym maniaka wsłuchiwać się w "01011001" Ayreona. Muszę tylko znaleźć chwilkę i uporządkować wrażenia żeby napisać coś sensownego, a na to na razie nie mam czasu, a głowa z gorączką temu nie sprzyja.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Wokół śmierci

Po długiej przerwie znów wróciłam do kryminałów skandynawskich. W sumie trochę przez przypadek, bo przemeblowanie w bibliotece wpędziło mnie w popłoch, a ja już tak mam, że unikam wszelakich zmian łącznie z zajmowaniem tego samego miejsca i denerwowaniem się, że ktoś tam usiadł przede mną. Dlatego pierwszy raz od dawien dawna przejrzałam stolik z książkami przed chwilą zwróconymi i wypatrzyłam "Wokół śmierci" Gunnara Staalesena.
Był to naprawdę ciekawy i nieźle zakręcony kryminał, w którym pomału zaczynałam się domyślać różnych rzeczy, ale autor zręcznie robił mi oraz swojemu głównemu bohaterowi na przekór. Poznajemy Varga Veuma, który jest prywatnym detektywem, ale do rozwiązania nie dostaje kolejnej sprawy od klienta. Tak na dobrą sprawę dopada go historia, która zaczęła się gdy pracował jeszcze w Opiece nad dzieckiem. od starej znajomej dowiaduje się, że chłopak, którego odebrał matce kiedy miał raptem dwa latka umieścił go bardzo wysoko na swojej liście ludzi do sprzątnięcia. Varg natomiast chce się dowiedzieć co go do tego skłoniło i tym sposobem oprócz współczesnej zagadki Staalesen splata tragiczne losy chłopca, który dostał się w tryby systemu, a śmierć zdaje się być nieodłącznym towarzyszem jego życia. Jańcia, bo tak nazywa się ów chłopiec, poznajemy na kilku etapach w bardzo dla niego tragicznych momentach. Najpierw odbierają go ćpającej matce, potem jego matka adopcyjna zostaje skazana na więzienie za nieumyślne zabicie męża, na koniec sam trafia do więzienia za zamordowanie wychowujących go ludzi. Wplątany w to wszystko Varg stara się odnaleźć wspólny mianownik w tych wszystkich sprawach, gdyż wydaje mu się niezmiernie dziwne, że tyle tragedii na raz dotyka jednego chłopaka i sam nie spodziewa się tego, czego może się dowiedzieć.
Byłam naprawdę pod dużym wrażeniem tej książki. Niezwykle klimatyczny wielowątkowy kryminał, w którym można czuć ciasnotę Bergen, samotność wśród norweskich gór, ale także poczuć też piękno fiordów, chociaż nie ma ich tam za wiele, a czasem są sporym utrudnieniem dla bohaterów. Po za tym historie przenikały się bardzo płynnie i mimo, że narracja była pierwszoosobowa to tak naprawdę odnosiło się wrażenie, że narrator wie albo domyśla się wielu rzeczy. Troszkę tak jakby usiąść na kawie z Veumem i słuchać o jego najbardziej zakręconej zagadce do rozwiązania.
Sami bohaterowie też całkiem nieźle skonstruowani. Wielowymiarowi, a jeszcze bardziej prawdziwi przez to, że autor pozwolił czytelnikowi w jakiś sposób śledzić ich rozwój w kilkuletnich odstępach, by na koniec pokazać, że nie zawsze wszystko jest proste i klarowne.
Jeden z lepszych kryminałów jakie dane mi było ostatnio czytać i chyba na chwilę muszę odłożyć ten rodzaj literatury bo norweg bardzo wysoko zawiesił poprzeczkę. Chętnie przeczytam inne jego książki nawet jeśli nie będzie w nich Varga Veuma, który jako bohater i narrator bardzo przypadł mi do gustu.
Z żalem muszę jednak stwierdzić, że jest to kolejna książka, w której główny bohater ma poharatane życie rodzinne, ale nie dzieje się tak jak w innych tego typu opowieściach. Varg nie zadręcza siebie i okolicy swoimi problemami rodzinnymi, nie wylewa żali za swój rozwód, na dodatek skupia się na historii chłopca, tak dramatycznej, że gdyby do tego doszła jeszcze depresja porzuconego, samotnego mężczyzny byłoby to niezbyt strawialne.
"Wokół śmierci" polecam każdemu fanowi kryminałów jakichkolwiek i tym którzy lubią nieźle pogłówkować. Wiele z moich podejrzeń sie sprawdziło, ale też w wielu przypadkach zostałam zapędzona w kozi róg. Świetna książka!

Książka bierze udział w wyzwaniu Bibliotecznym u MK

niedziela, 10 sierpnia 2014

Opowieści rodem z cmentarza...

W napadzie dzikiego szału po dłuższym okresie odstawienia księgarni wpadłam do Matrasa jak dziki osioł i zrobiłam szaleńcze zakupy. Za 80 zł kupując całe dwie książki. Wiem odebrało mi rozum kompletnie, ale co zrobić, przynajmniej uzupełniłam swoją biblioteczkę o kolejnego Gaimana z "Księgą cmentarną" i pierwszego w kolekcji Dicka z "Bladerunnerem. Czy androidy śnią o elektrycznych owcach", na które to polowałam gdzie się tylko dało. Mam więc swoje prywatne egzemplarze i mimo szaleńczego rachunku jest mi z tym bardzo dobrze.
Napad dzikiego szału jednak nie skończył się na zakupach, ale trwał i po nich. Bo wbrew zasadzie, że książki biblioteczne mają pierwszeństwo, gdy tylko zamknęłam "Upadek króla Artura" nie wytrzymałam i zabrałam się za "Księgę cmentarną". No i jak to zwykle z Gaimanem bywa, przepadłam w jego świecie bez reszty.
Pisarz opowiada historię Nikta Owensa, chłopaka, który będąc pełzającym brzdącem uniknął śmierci z rąk Jacka i znalazł schronienie na cmentarzu. Dziecko zostaje przygarnięte przez pewne zmarłe małżeństwo, a opieką otacza je tajemniczy Silas, który jako jedyny może opuszczać cmentarz, by zapewnić mu jedzenie. I tak nasz Nik dorasta na cmentarzu otoczony przez życzliwych mu zmarłych. Cmentarz okazuje się jednak nie tylko miejsce wiecznego i spokojnego spoczynku, chociaż powiedzenie, że tętni życiem może być dziwne. Dzieje się bardzo dużo i Nikt pakuje się w różne tarapaty, chcąc na przykład postawić pomnik wiedźmie, czy dowiedzieć się kto leży w najstarszym z grobów na cmentarzu. Do tego wszystkiego dalej poluje na niego tajemniczy Jack, którego sprawa wyjaśnia się na końcu książki, w ostatnim opowiadaniu.
"Księgę cmentarną" czyta się bardzo szybko, bardzo dobrze i  nie można przy niej być śmiertelnie poważnym. Już sam pomysł na to by osadzić powieść na cmentarzu wydawał się dziwny, a gdy do tego doszedł chłopiec wychowywany przez parę duchów uznała go niemal za absurdalny i strasznie mi się to podobało. Historie trzymają w napięciu, przyprawiając czasem o gęsią skórkę, ale jak przystało na bajki (bo tak czasem odbierałam te opowieści) mają swój morał. Opisują różne etapy życia Nika, jego próby zrozumienia świata i zderzenia ze światem żywych, ale przy okazji pokazują, że można kochać ponad często niewyobrażalnymi różnicami dzielącymi poszczególnych członków rodziny oraz, że z każdego zdarzenia można wyciągnąć jakąś lekcje. Pokazuje też, że dorastanie i świat  w cale nie są takie straszne, a przynajmniej nie bardziej straszne niż cmentarna rodzina.
Jak przystało na książki Gaimna "Księga cmentarna" jest po brzegi wypchana czarnym humorem, ale nie takim wymuszonym jak w "Rodzinie Adamsów". Równie dobrze można by te opowieści czytać tym troszkę starszym dzieciom. Bo nawet dzieci lubią się czasem bać, a każda z przygód Nika mimo wszystko kończy się dobrze, a przy okazji pozwala naszemu małemu bohaterowi wyciągnąć odpowiednią lekcję. Jest tu troszkę tak jak w "Koralinie" i to sprawiło, że znów poczułam się jak dziecko, które bierze latarkę i chowa się z książką pod kołdrą.
Polecam wszystkim. Dużym i małym, fanom Gaimana i tym, którzy go nie znają. Naprawdę warto przeczytać i pewnie kiedyś wrócić.
Z "Księgą cmentarną" wiąże się też jeszcze jedno zdarzenie, które kompletnie mnie zaskoczyło. Siedziałam sobie kiedyś w autobusie i kiedy w końcu rozbudziłam się na tyle by czytać, wyciągnęłam te książkę. Siedząca obok mnie starsza pani zerknęła na tytuł (a moje wydanie jest w czarnej oprawie z wytłoczonym srebrnym tytułem) i zaczęła coś mruczeć o satanistach nie mających wstydu. Tak więc zostałam chyba w najgorszym wypadku uznana za antychrysta, bo jak tylko zwolniło się miejsce na innym fotelu pani zabrała swoje siaty i się przeniosła zerkając na mnie dziwnie. Długo jeżdżę autobusami, ale takie coś spotkało mnie po raz pierwszy.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Upadek króla Artura

Tolkien to nie tylko "Władca Pierścieni", "Hobbit, czyli tam i z powrotem" i losy Śródziemia, ale też liczne wykłady, które czytam z przyjemnością, chociaż poezja i literatura staroangielska to nie moja bajka oraz poematy. Z przyjemnością czytałam wiersze w "Przygodach Toma Bombadila", a w poemacie o "Sigurdzie i Gudrun" wręcz się zakochałam. Kiedy, więc dowiedziałam się o istnieniu "Upadku króla Artura" jak na maniaka przystało postanowiłam go dołączyć do swojego zbioru.
Książka musiała trochę od grudnia poczekać na swoją kolej, ale kiedy w końcu zdarłam folię (pierwszy raz zdarzyło mi się kupić zafoliowaną książkę!) i pozwoliłam ponieść się historii, którą snuł Tolkien, a kiedy dobrnęłam do końca wiersza było mi przykro, że porzucił ją. Na szczęście "Upadek króla Artura" to nie tylko sam poemat, ale też opracowanie i coś w rodzaju śledztwa jakie przeprowadził syn twórcy Śródziemia.
Christopher Tolkien analizuje notatki ojca, porównuje jego poemat do innych historii i upadku tego jednego z bardziej znanych legendarnych władców, pozwalając przy okazji wyobrazić sobie, co mogło powstać dalej. Do tego wszystkiego dołożony jest fragment wykładu o poemacie aliteracyjnym i dodatek w całości poświęcony jego ewolucji. Przyznam się też szczerze, że troszkę nie rozumiałam rozdziału o tym jak niby poemat arturiański miał się łączyć z losami Śródziemia, ale na swoją obronę mam to, że nawet syn Tolkiena nie do końca potrafił rozgryźć jego zamysł.
To, co pisze Christopher Tolkien pozwala też zajrzeć troszkę przez ramię jego ojcu, który gromadził wszystkie swoje notatki i przez to obserwować pisarza, który dąży do perfekcji wielokrotnie przerabiając te same wersy by były według niego idealne. 
Czytałam te książkę z wielką przyjemnością mimo, że jak wspomniałam literatura w takim wydaniu i rozważania na jej temat to nie do końca moja bajka. Po za tym naprawdę podobało mi się to, że mogłam sprawdzić jak wygląda mój angielski w zderzeniu z wierszem i przy okazji porównać jak ma się oryginał do pracy tłumaczek.
Nie należę do ortodoksyjnych fanów Tolkiena, ale go uwielbiam i przez takie wydawnictwa można na niego spojrzeć z troszkę większej perspektywy. Ciekawe, czy jego synowi uda się wyciągnąć coś jeszcze z notatek, które zostawił i bardzo chciałabym to przeczytać.


Źródło ilustracji:
http://ecsmedia.pl/c/upadek-krola-artura-b-iext23620727.jpg

środa, 30 lipca 2014

La Belle et la Bete

No i znów siadam wieczorem do komputera, ale po raz kolejny zamiast skupić się na pracy myślami błądzę gdzieś indziej. Tym razem wycieczkę po niebieskich obłokach zafundowali mi Francuzi i jedna z piękniejszych baśni jakie znam, czyli "Piękna i Bestia". Po za tym słonko na rybach dało mi się troszkę we znaki, więc miałam pełne prawo odpłynąć gdzieś do baśniowej Francji.
Większość z nas zna te historię pewnie w wersji disnejowskiej i choć jak wiadomo nie jest to może jej najwierniejsze przedstawienie to sens pozostaje ten sam. Wersja reżysera Christopha Gansa również nie jest idealnym odwzorowaniem tej opowieści jednak jest już bliższa oryginałowi, bo ojciec Belli nie jest szalonym wynalazcą, a zubożałym kupcem, nie ma też durnego Gastona, który chce zmusić piękną dziewczynę do ślubu przez szantaż.
Opowieść zaczyna się jak w większości ekranizacji baśni. Kobieta opowiada dzieciom na dobranoc historię, w którą na początku wplatane są pojedyncze Rok obrazy, by później całkowicie przenieść się do roku 1720, w którym faktycznie wszystko się dzieje.
Po zatonięciu statków bogatego kupca. Ojciec wraz z sześciorgiem dzieci musi przenieść się do domku na wieś. Każde z szóstki dzieci przeżywa to na swój sposób i jedynie najmłodsza Belle koniec końców znajduje w tej sytuacji jakieś pozytywne aspekty. Kiedy pojawia się możliwość odzyskania majątku ojciec wraca do miasta chcąc odzyskać własność, a przy okazji spełnić marzenia córek, które zażyczyły sobie sukien, szali i innych skarbów. Jednak, gdy okazuje się, że powrót do dawnej świetności jest niemożliwy z powodu nierozsądnego podpisania weksli i musi uciekać, gdyż dowiedział się o długach najstarszego syna wraca do domu z niczym. Po drodze gubi się w lesie i trafia do zamku Bestii, gdzie otrzymuje wszystko z listy dwójki córek. Kiedy ma wracać zatrzymuje się by z ogrodu ukraść różę dla ukochanej Belli. Bestia przyłapuje go na tym i daje mu jeden dzień na pożegnanie się z rodziną, po tym czasie ma wrócić by zginąć za kradzież kwiatu. Belle nie chce się na to zgodzić i postanawia poświęcić siebie. Na miejscu okazuje się, że to nie śmierć ją czeka, a życie na zamku w towarzystwie dziwnego gospodarza, którego widuje tylko wieczorami. Bestia zaczyna ją co raz bardziej intrygować, na dodatek potrafi mu brutalnie wygarnąć co myśli o jego zachowaniu i czasem człowiek zastanawia się kto tu faktycznie jest bestią. Po za tym jest wątek, który uwielbiam w tej opowieści, czyli poznawanie zaklętego księcia przez sny.
Film jest bardzo ładny, można się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest piękny wizualnie. Obrazy, ujęcia i efekty specjalne są niesamowite i tak dobrane, żeby nadać wszystkiemu mocno baśniowy klimat. Czułam się trochę tak jakbym przerzucała kolejne strony książki z niesamowitymi ilustracjami. Aktorzy też wypadli bardzo dobrze. Léa Seydoux spisała się bardzo dobrze i pokazała taką Belle, przy której ta z Disneya może się schować. Uparta, wyszczekana, ciekawska, a przy tym delikatna kobietka, która potrafi być dobra dla całego świata. Vincent Cassel również nie ustępował pola swojej filmowej partnerce. Zarówno grając księcia, który nie potrafił gany swoją rządzą zdobycia łani dotrzymać przyrzeczenia złożonego żonie oraz grając Bestie, która musi sprawić, że Belle go pokocha takim jakim jest, choć pewnie wolałaby od niego uciec jak najdalej potrafi.
Niestety jest w tym filmie jeden spory minus. Historia kończy się zbyt szybko i wygląda to troszkę tak jakby
reżyser został zmuszony do wycięcia sporej części środka. Przez to miałam wrażenie, że Belle zakochuje się w Bestii troszkę z niczego. Szkoda, bo mogło to potrwać troszkę dłużej i na pewno nie byłoby to ze szkodą dla oglądającego (ciekawe, czy mają jakąś wersje reżyserską, czy taki bonusy to tylko u Jacksona).
Nie mogę zapomnieć o jeszcze jednej i chyba dla mnie najważniejszej rzeczy! Film jest po francusku! Naprawdę nie mogło być lepiej. Piękne obrazy i piękny język, po prostu się rozpłynęłam od pierwszych słów, które padły podczas filmu. W takich momentach zaczynam tęsknić i rozpaczać nad tym, że nie mam z kim rozmawiać w tym pięknym języku. I dziwię się sobie, że był okres, w którym narzekałam, że muszę się go uczyć, a teraz  je suis enchante...
Film polecam i dużym, i małym, bo to naprawdę pięknie zmontowana historia, w której nie ma tylu dziwacznych bohaterów, a jest magia w najczystszej postaci. Z pięknymi obrazami, cudowną muzyką i jedną z moich najukochańszych historii.




Źródła ilustracji:
http://www.filmweb.pl/film/La+Belle+%26+la+b%C3%AAte-2014-656677/photos/473670