Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philip K. Dick. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philip K. Dick. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 października 2014

Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?

Długo zbierałam się do napisania tej recenzji, bo "Blade runner" Dicka wywarł na mnie ogromne wrażenie, podobnie jak "Solaris" Lema i podobnie trudno było mi na początku napisać kilka składnych słów o tej książce. Tym bardziej, że jak zwykle za takie książki zabieram się, gdy mój rozum i serce trochę szaleją, a w tedy właśnie jak na złość brak lekkich łatwych i przyjemnych czytadeł.
Chociaż z drugiej strony, było to moje podejście numer dwa do książki i podejrzewam, że gdyby nie to, że chciałam sobie udowodnić, że jednak nie jestem takim jamochłonem na jakiego się czułam to Dick musiałby pewnie swoje odczekać. Kiedy już jednak zaczęłam czytać to przepadłam bez reszty i dałam się wciągnąć historii, w której bohaterowie z jednej strony ukrywają prawdę pod stertą pozorów, a jednocześnie szukają odpowiedzi na pytania kim są i jaka jest istota społeczeństwa. Jak to się ciekawie składa, że to kolejna książka sci-fi, w której historia jest czymś w rodzaju zapalnika uruchamiającego pewne przemyślenia.
Świat w tej książce to Ziemia, która została zrujnowana po Ostatniej Wojnie Światowej, a ludzie jeśli tylko mogą uciekają przed radioaktywnym pyłem, który powoduje choroby i mutacje, które powodują, że mogą zostać zaliczeni do tzw. specjali. Ludzi gorszej kategorii, którym mnie wolno opuścić Ziemi ani mieć rodziny, by nie zanieczyścić genomu człowieka. Z drugiej strony Ci, którzy zostają starają się sprawiać pozory szczęśliwych i bogatych, a w tym celu trzeba posiadać żywe zwierzę. A żywe zwierzęta są bardzo drogie i rzadkie, gdyż to one pierwsze padły ofiarą radioaktywnego opadu. Dlatego ludzie "hodują" elektryczne zwierzęta tak jakby były prawdziwe, a cała ironia polega na tym, że do tego stopnia są w stanie upodobnić zwierzęta do prawdziwych, że gdy mają prawdziwe zwierze zapominają, że jest żywe. Z drugiej strony boją się, że produkowane przez nich androidy zastąpią ludzi, ale też nie wahają się ich ulepszać. Przecież to tylko zabawa w Boga. Androidy co raz bardziej przypominają ludzi w odruchach, wyglądzie, a często żeby jeszcze lepiej imitować życie mają wgrywane wspomnienia. Co tak naprawdę nijak się ma do ich pierwotnej funkcji, czyli służenia kolonistom opuszczającym umierającą Ziemię. Ale jak tu się oprzeć kiedy zabawa w Boga jest taka fajna. Nie przeszkadza to ludziom jednoczenie bać się tych robotów, którym brakuje empatii i chociażby dlatego mają one ścisły zakaz przebywania na niej, a jego złamanie oznacza dla nich śmierć.
W takim właśnie świecie funkcjonuje łowca androidów Rick Deckard. Jego zadaniem jest odnalezienie i zniszczenie szóstki najnowszego typu androidów, które uciekły na Ziemię. Jednak w trakcie polowania wszystko okazuje się mieć podwójne dno i Deckard szukając maszyn udających ludzi zaczyna się zastanawiać jaki sens ma życie w świecie, gdzie wszystko jest ułudą.
Powieść Dicka jest zupełnie inna od filmu Ridleya Scotta. Nie jest to opowieść zaprawiona wątkiem romantycznym, ale historia, która tak na dobrą sprawę wytyka kilka ludzkich wad. Przykładem tego może być usilne dążenie do tego by ludzie dobrze nas odbierali, co czasem przyjmuje niesłychane formy. Obrazem tego jest właśnie elektryczna owca, która staje się substytutem prawdziwej, ale podtrzymuje mit o statusie społecznym. Jest to także sposób na udowodnienie swojego swojego człowieczeństwa, bo przecież zwierze wymaga opieki, empatii. Z drugiej strony ludzie nie chcą by ich samych coś zastępowało i chociaż dążą do ulepszania robotów tak by jak najbardziej przypominały człowieka to jednocześnie robi się wszystko by je eliminować. Czemu nie mogą razem koegzystować? Czemu nie wolno im przybywać na Ziemię skoro ludzie z niej uciekają?
Pytania mnożą się z każdą przerzucaną kartką i każdym przeczytanym rozdziałem. I nie tylko czytelnik gubi się w tym gąszczu pytań o istotę człowieczeństwa. Zmagają się z nimi również bohaterowie, których stworzył Dick i każdy z nich robi to na swój sposób. Specjal szuka przyjaciół i chce chronić androidy ponieważ w jakiś sposób go akceptują nawet jeśli wiąże się to z wykorzystywaniem go. Androidy tworzą w świecie ludzi swój fikcyjny świat i chcą tylko za wszelką cenę przeżyć. Nie mają przy tym skrupułów i jeśli zabicie kogoś im to umożliwi to, to robią. Łowca androidów zaczyna się zastanawiać i mieć wątpliwości czy to, co robi jest słuszne nawet jeśli pozwoli mu to na kupienie żywej kozy, a jego żona specjalnie wpędza się w stany depresyjne być czuć, że żyje.
Książka ta to jednak nie tylko pytania i dużo się w niej dzieje. Akcja często pędzi na łeb na szyję, a do tego okraszona jest ciekawymi, żywymi dialogami, przez co jeszcze lepiej autor przemyca trudne pytania. Dick w tej książce zapewnia zarówno rozrywkę jak i coś więcej, coś co zmusza do głębszych przemyśleń.
Jest to według mnie bardzo wartościowa i ciekawa powieść. Napisana w sposób lekki i ciekawy, ale jednocześnie przemyca sporo ważnych treści, zmusza do zastanowienia się nad istotą człowieczeństwa, społeczeństwa i innymi problemami.
Nie byłabym też sobą, gdybym nie wspomniała chociaż troszeczkę o oprawie jaką tej książce przygotowało wydawnictwo Rebis. Jest to piękne wydanie z niepokojącymi grafikami Wojciecha Siudmaka, które wręcz idealnie wpasowują się w klimat jaki Dick stworzył w "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach". Coś pięknego.Z naprawdę dużą przyjemnością brałam te książkę do ręki, bo już samo przerzucanie kartek i gładzenie srebrnej okładki było niesamowite. Czułam się trochę tak jak w tedy, gdy pierwszy raz wzięłam do ręki swoją pierwszą kupioną i jednocześnie ukochaną książkę. I chociaż jest to może niezbyt ładne wydanie "Władcy Pierścieni" z Muzy to wiem, że nie zamieniłabym go na nic innego. Nie żałuję, że wydałam na nią prawie 50 zł, jest tego warta.
Mam nadzieję, że do "Blade runnera" będę wracać równie często jak do "Władcy Pierścieni", bo chyba się z twórczością Dicka polubię na dłużej, bo na półce czekają kolejne dwie jego książki również wydane przez Rebis.


Źródło ilustracji:
http://static2.intelimedia.pl/sub/Blade-Runner-Czy-androidy-marza-o-elektrycznych-owcach-_bn30902.jpg

sobota, 27 września 2014

Dwie najdziwniejsze książki miesiąca

Wrzesień upłynął pod szyldem gonitwy konferencyjno-papierniczej, w czasie której przyszło mi przeczytać dwie najdziwniejsze książki pod słońcem i to w dodatku jedna po drugiej. Obie przyprawiły mnie o solidny zamęt w głowie, ale z drugiej strony wiedziałam na co się porywam, pakując do torby oprócz "Gry Endera" "Labirynt śmierci" Philipa K. Dicka i "Kocią kołyskę" Kurta Vonneguta. Niezbyt rozważnie też wybrałam kolejność książek, bo po książce Carda powinnam zdecydowanie wziąć się za jakieś lekkie i przyjemne czytadło, a nie pchać w absurdalny świat dziwacznej religii stworzony przez Dicka, a potem starać się zrozumieć bokononizm. To było kilka naprawdę czytelniczo stresujących dni.
O czym są obie książki? Zasadniczo o tym samym, bo o wierze, ludziach uwikłanych w zasady religii i życiu w społeczności. Kiedy jednak człowiek zaczyna się nad tym zastanawiać to okazują się skrajnie różne, ale tak samo dziwaczne.
"Labirynt śmierci" opisuje losy czternaściorga różnych ludzi, którzy zostali wysłani jako nowi koloniści na planetę Delmak-0 by tam zbudować nową społeczność, ale zamiast współpracować ze sobą pozostają skrajnymi indywidualistami i nie bardzo potrafią współpracować. Gdy dochodzi do awarii satelity, na którym było nagranie z instrukcjami nie wiedzą co mają ze sobą robić i jak sprowadzić pomoc, zaczynają podejrzewać, że są ofiarą jakiegoś eksperymentu. Sprawę zaczyna dodatkowo komplikować tajemnicze morderstwo jednego z osadników i narastająca wśród nich panika.
Książka jest pełna szalonych zwrotów akcji i niespodziewanych rozwiązań, które jeszcze bardziej komplikują życie garstki osadników. Tajemnicza religia, tajemniczy przemieszczający się budynek, nad drzwiami którego każdy z bohaterów widzi inny napis i galaretowate stwory, które kopiują wszystko co się przed nimi położy, czy miniaturowe kopiami budynku, które można tresować, a we wnętrzu których jest napis made on Earth. Do tego narastająca panika i dezorientacja bohaterów, podlane wizjami rodem z narkotykowego haju z zakończeniem, którego w ogóle się nie spodziewałam. Wszystko jest napisane bardzo plastycznie i tak sugestywne, że momentami człowiek sam popada w taki sam obłęd jak bohaterowie zaganiani wyobraźnią autora w kozi róg. 
Akcja stopniowo nabiera tempa, a w końcówce gna na łeb na szyję stawiając bohaterów nie tylko w niebezpiecznych i skrajnie absurdalnych sytuacjach. Nie tego się spodziewałam, ale z drugiej strony pokazało to człowieka od zupełnie innej strony.
Nie polecam czytania "Labiryntu śmierci" bezpośrednio po psychologicznym science fiction w stylu "Gry Endera" i to w dodatku w obcym miejscu w środku nocy. Długo nie potrafiłam zasnąć, a co chwile wydawało mi się, że ktoś chodzi po korytarzu, skrajną paranoję wpadłam jak się rozbudziłam i świeciło się światło w łazience.
Po za tym książka jest bardzo dobra i zmusza do myślenia. Warto, więc się z nią bliżej zapoznać, co nie zmienia jednak faktu, że gdy zamknęłam ostatnią stronę czułam się tak jak gdyby ktoś uderzył mnie w tył głowy i przez jakiś czas nie docierało do mnie to, co przeczytałam. Książka bardzo w stylu Dicka.
Zupełnie inaczej ma się sprawa z "Kocią kołyską". Tam akcja płynie zdecydowanie wolniej i bardziej skupia
się na tajemniczej religii zwanej bokononizmem stworzonej przez samozwańczego proroka Bokonona, który staje się czymś w rodzaju symbolu buntu przeziwko reżimowi Papy Monzano na wyspie San Lorenzo. A żeby było śmieszniej wszystko zaczyna się od tego, że główny bohater i narrator jednocześnie pisze o tym, że postanowił napisać książkę o dniu, w którym zrzucono bombę atomową na Hiroszimę i jednym z jej twórców Felixie Hoenikerze. I tak od słowa do słowa, a zasadzie od rozdziału do rozdziału obserwując sceny opisywane w tych ultrakrótkich rozdziałach (książka ma niecałe 200 stron i ponad 100 rozdziałów!) jak splot wydarzeń prowadzi do końca świata za sprawą tajemniczego lodu-9, który zamarza w temperaturze pokojowej.
Pomysł na książkę ciekawy, już przez sam fakt stworzenia religii, której głównym założeniem jest to, że bazuje na kłamstwie. Dodatkowo przy tej ilości króciusieńkich rozdziałów czułam się tak jakbym oglądała serię złożoną z setki filmików, czy nawet zdjęć, na których działy się co raz dziwaczniejsze rzeczy i pojawiali dziwaczniejsi ludzie. W pewnym momencie zaczynałam się w tym wszystkim gubić i odnosić wrażenie, że coś po drodze pominęłam. Wszystko jest równie absurdalne, co groteskowe i podlane czarnym humorem z pokaźną dawką apokalipsy w tle. Jednak jeżeli się już zacznie nad tym wszystkim zastanawiać i szukać drugiego dna to nagle się okaże, że ma to jakiś sens. Już sama postać Hoenikera zmusza do przemyśleń, a co dopiero reszta (a tego trochę jest).
"-Więc nie ma dla nich nic świętego?
-Tylko jedno.
Próbowałem zgadywać.
-Ocean? Słońce?
-Człowiek - powiedział Frank. - Nic poza tym. Po prostu człowiek." 

Nie zmienia to jednak faktu, że tego rodzaju literatura jest dla mnie dziwaczna i każdy z tych mini rozdziałów wydaje się irytować i atakować czytelnika z każdej strony.
Obie książki są warte przeczytania i obie pokazują różne oblicza książek science-fiction. Polecam obie, chociaż nie w takim układzie w jakim ja je sobie zafundowała.
Dla mnie osobiście były to dwie najdziwaczniejsze książki września, a kto wie, czy nie tego roku.

Źródła ilustracji:
http://lubimyczytac.pl

sobota, 9 marca 2013

Człowiek z wysokiego zamku

Chyba zacznę prowadzić ranking najdziwniejszych książek jakie dane mi było przeczytać, a trochę się tego zebrało. Bo co jakiś czas wpada mi w ręce książka, o której nie do końca wiem co myśleć. Ostatnio z tropu zbił mnie "Paragraf 22" Hellera, a teraz zrobił to "Człowiek z wysokiego zamku".
Z twórczością Philipa K. Dicka do tej pory miałam dość ograniczoną styczność. Najpierw ograniczała się do filmów i do tego wszystkiego dochodziło jeszcze szczenięce podejście do świata, bo niczego innego nie można spodziewać się po gimnazjalistce. Potem w ogólniaku zainteresowałam się nie tyle twórczością, co samym autorem, którym był zdecydowanie barwną postacią. Pięciokrotnie żonaty, paranoik nadużywający alkoholu i narkotyków, który przez jakiś czas wierzył, że Lem był prowokacją komunistów, o czym pisał nawet do FBI (uważał jego nazwisko za bardzo niesłowiańskie i będące skrótem nazwy jakiejś organizacji). Potrafił ze strachu zamykać się w domu, napisał trylogię VALIS na podstawie snów i wizji. Jednym słowem barwna postać.
No i wreszcie przyszedł czas na jakieś jego dzieło. Na początek dorwałam kilka opowiadań i nie powiem żeby były strawialne. Może problem pojawił się dlatego, że hollywoodzkie wyidealizowanie wizje zderzyły się w tedy z oryginałami. Nie wiem, bo to było już dość dawno.
Na ambicje za to wszedł mi znajomy przyjaciółki na jej urodzinach. Jakoś tak od słowa do słowa doszło do Dicka i jego twórczości. Porównywanie starej i nowej "Pamięci absolutnej", "Blade Runnera", postaci samego autora. Nie powiem fajnie mi się gadało, ale gdzieś tam w środku drażniło, że nie byłam w stanie przeczytać żadnej z książek Dicka od deski do deski. No to pojechał mi facet po ambicji, co rzadko się zdarza.
Kilka dni później odwiedziny w bibliotece i "zonk". Nie było nic! To, że u mnie zawsze jest deficyt to wiem, ale okazało się, że jak na złość wszystko było wypożyczone. Dopiero niedawno pani w bibliotece odłożyła mi "Człowieka z wysokiego zamku" i to o nim dzisiaj po tym przydługawym wstępie.
Jest to pierwsza z książek wydana w 1962 roku, która przyniosła mu popularność, otrzymał za nią nagrodę Hugo, o której wspomniałam już kiedyś. O czym jest?
Jest to alternatywna wersja historii po II Wojnie Światowej. W książce Dicka nie wygrywają Alianci, a Państwa Osi i to one budują swój porządek świata, w którym pozostałe państwa im podlegają.  Cały świat jest w zasadzie podzielony pomiędzy dwie nacje: Niemców i Japończyków. Stany Zjednoczone są okupowane i podzielone pomiędzy Niemców i Japończyków (po za stanami środkowymi, które pełnią rolę strefy buforowej). Europa i Afryka dostały się niemalże w całości w ręce Rzeszy, której władze robią tam w zasadzie co im się żywnie spodoba. Eksterminacja i segregacja ludności, bestialskie eksperymenty naukowe, kontrola każdego aspektu życia, cenzura, dosłownie wszystko to co znamy z historii tyle, że na większą skalę. Nawet w celach propagandowych osuszono Morze Śródziemne pod pola uprawne i rozpoczęto misje kosmiczne na Marsa.
Przy nich Japończycy są wręcz pluszowymi misiami, które pochłaniają i fascynują się kulturą okupowanych Stanów. Owszem traktują jako gorszych przedstawicieli innych narodów, Dick przedstawia nam nawet wyraźną hierarchię jaka panuje w tej części świata. Przykładem tego jest zachowanie Childana wchodzącego do budynku Nippon Times, czy gdy idzie z wizytą do pary młodych Japończyków. Pozwala ona jednak ludziom żyć w miarę spokojnie. Amerykanie mogą nawet prowadzić bardzo dochodowe interesy np. wspomniany Childan prowadzi sklep, w którym stare przedmioty wydające się śmieszne jak chociażby zegarek z Myszką Miki urastają do wielkości cennego antyku i Japończycy potrafią płacić za nie ciężkie pieniądze.
Na początku poznajemy ogólną sytuację świata oczami różnych bohaterów, co może trudne być dla ludzi, którzy choć trochę interesują się historią szczególnie tego okresu. Mój mały wewnętrzny historyk często się buntował, ale w końcu oswoiłam się z tym i mogłam spokojnie śledzić zmagania bohaterów.  
Akcja dzieje się w Stanach, w części okupowanej przez Japonię i stanach neutralnych. Poznajemy szereg postaci, które są od siebie bardzo różne, ale mają też jakieś cechy wspólne np. Juliana, Frank i pan Tagomi posługują się chińską Księgą Przemian (wyrocznia) w tedy, gdy podejmują ważne decyzje np. gdy Frank chce założyć interes ze znajomym z pracy pyta o to właśnie te księgę. Dodatkowo zamieszanie wprowadza nagła śmierć dotychczasowego przywódcy Rzeszy Bormanna i co raz dziwaczniejsze odpowiedzi wyroczni.
Kolejną książką, która poniekąd wpływa na poczynania ludzi jest "Utyje szarańcza" napisana przez Abendsena. Bardzo popularna powieść (w Rzeszy zakazana) o alternatywnej rzeczywistości, w której Państwa Osi przegrywają. Nie jest to jednak nasza rzeczywistość, ale kolejna jej wersja - Churchill nadal jest u władzy, a Roosevelt nie startował po raz trzeci w wyborach.
W książce Dicka mamy zatem trzy wizje świata: świat, w którym żyją bohaterowie, świat z powieści Abendsena i chwilę nasz (pan Tagomi, po drastycznych wydarzeniach na chwilę dostaje się do naszego świata). Dodatkowym motywem jest trudność w rozdzieleniu prawdy i kłamstwa. Pojawiają się wręcz idealne podróbki antyków, kilka osób występuje pod zmienionymi nazwiskami np. Pan Bayens i pan Yatabe nie są tymi, za których podają się panu Tagomiemu. Nawet wysoki zamek, w którym ma ponoć żyć autor "Utyje szarańcza" okazuje się wygodnym fałszem, który ma w jakiś sposób chronić Abendsena.
W pewnym momencie naprawdę można się pogubić w tym, co jest prawdą, a co fałszem. Prawdę dostrzegają tylko osoby o odmiennym stanie świadomości (Tagomi), albo twardo stąpające po ziemi jak Juliana, która jest w stanie uwierzyć w to co mówi wyrocznia. Pewnie, gdyby Dick pociągnął opowieść dalej uświadomiłaby sobie, że jest tylko fikcyjną postacią.
Jak wspomniałam na samym wstępie, ciężko jest mi oceniać te książkę. Wiem jedno, jest tak samo dziwna jak jej autor. Klimat psychodeliczno-solipsystyczny to nie jest coś co się spotyka na co dzień w książkach science-fiction, więc na pewno warto sięgnąć po "Człowieka z wysokiego" . Nie będzie to czas stracony.


Źródło ilustracji :
katedra.nast.pl