sobota, 28 września 2013

"Pół życia" w cieniu ojca

Od kiedy regularniej przeglądam blogi o tematyce książkowej, to bardzo często wpadałam na wpisy poświęcone książkom Jodi Picoult. Kiedy więc zobaczyłam jej "Pół życia" na stosiku z ostatnio oddanych nie zastanawiałam się długo i dorzuciłam ją do Murakamiego z Krajewskim, których wtedy zabierałam do domu. Dopiero później przeczytałam o czym jest i przyznam się szczerze troszkę mnie zatkało. Badacz, który mieszkał z wilkami? Przed oczami niemal natychmiast stanął mi Shaun Ellis i przez cały czas musiałam się mocno pilnować żeby wyrzucić jego obraz z głowy, a ten natrętnie ciągle wracał, bo jak sama autorka wspomniała zapożyczyła za jego zgodą kilka rzeczy zapożyczyła.
Luke Warren jest, a w zasadzie był biologiem i badaczem wilków, który zasłynął z tego, że przez dwa lata żył z dziką watahą, był jej pełnoprawnym członkiem. Człowiek, który swoją miłość do tych zwierząt i chęć ich poznania stawia ponad wszystkim, nawet swoją własną rodziną. Człowiek, który jest ciągle w ruchu, pełen życia i chce zrobić wszystko by zrozumieć wilki. Nagle podczas wypadku samochodowego doznaje rozległego urazu głowy, a te części mózgu, które są odpowiedzialne za podtrzymanie życia ze względu na zniszczenie nie są w stanie kontrolować oddychania, bicia serca. Choć lekarze nie stwierdzają śmierci mózgowej, ani sercowej to tak naprawdę nie ma już co ratować. Trzeba podjąć decyzję, czy Luka należy dalej sztucznie utrzymywać przy życiu, czy pozwolić mu odejść.
Przed tym dylematem zostaje postawiona rodzina mężczyzny. Nastoletnia córka Cara, która nie widzi świata po za ojcem. Dorosły Edward, który porzucił rodzinę w wieku osiemnastu lat twierdząc, że ojciec zniszczył mu dzieciństwo i postanowił wyjechać z powodu kłótni z nim. Jednak, gdy matka informuje go o wypadku, pierwsze co robi to pakuje się do samolotu i wraca do domu. Oboje chcą dla ojca jak najlepiej, ale każde widzi to w zupełnie inny sposób. Edward nieco z dystansu, choć tak naprawdę dużo go to kosztuje ocenia wszystko czego się dowiedział i co wie o Luku. Cara natomiast uporczywie trzyma się myśli, że jej tata wyzdrowieje i robi wszystko żeby uniemożliwić mu odejście, co w jej opinii jest zwykłym morderstwem. Twierdzi, że jest w stanie poświęcić wszystko żeby opiekować się ojcem w stanie wegetatywnym nie słucha nikogo, nawet siebie samej. Pomiędzy dziećmi staje matka, która rozwiodła się z ich ojcem i jej samej też trudno jest pogodzić się z wieloma rzeczami.
Jest to naprawdę nietypowa historia, w której praktycznie nie ma osoby w jakiś sposób nie skrzywdzonej przez Luka Warrena. Goniąc za poszukiwaniem prawdy o wilkach, o tym jak dążą do tego by utrzymać watahę razem, człowiek ten rozbił swoją rodzinę. Zapomniał, że Edward, Cara i Georgie to jego wataha, o którą powinien tak samo zabiegać jak o wilki. Co jeszcze bardziej się uwidacznia, gdy pojawiają się opisy życia i stosunków panujących wśród wilków.
Edward przez całe dzieciństwo myślał, że rozczarowuje ojca będąc tym kim jest. Myślał, że nie spełnia jego oczekiwań nie pragnąć podążać za jego pasjami. Obaj nie potrafią ze sobą rozmawiać, a chłopak coraz boleśniej odczuwa to, że Luke lepiej rozumie wilki niż rodzonego syna. W końcu coś w nim pęka i z dnia na dzień opuszcza rodzinę zostawiając matce tylko list pożegnalny. Jednak w jego życiu ciągle jest gdzieś obecny cień ojca.
Georgie przez całe lata próbowała utrzymać rodzinę w całości. Boleśnie odczuwa zmianę jaka zaszła w mężu, który wrócił z lasu i zdaje sobie sprawę z tego, że gdy znikają kamery życie wygląda zupełnie inaczej. Dla obojga jest to coś w rodzaju koszmaru, ale kobieta odczuwa go boleśniej, gdy mężczyzna, który powinien być z nią i dziećmi wybiera mimo wszystko wilki.
Na końcu Cara. Jest ślepo zapatrzona w ojca. Imponuje jej to, że stworzył on z tymi niezwykłymi zwierzętami tak głęboką więź. Sama chce być częścią tego świata, ale... Nie do końca jest tak jak powinno. dziewczyna ma 17 lat i musiała dorosnąć, gdy przeprowadziła się do ojca. Zajmuje się utrzymaniem domu, opłaca rachunki, tłumaczy ojca, który nie chodzi na wywiadówki. W końcu obwinia się za wypadek samochodowy i z dziecięcym uporem robi wszystko by nie pozwolić ojcu odejść.
Cała trójka tak w zasadzie żyje w cieniu  i z cieniem Luka Warrena.
Jak wspomniałam na początku miałam spory problem z odbiorem książki ze względu na to, że dość dobrze znam postać Shauna Ellisa, którego niemalże wierną kopią jest Luke Warren. Oglądałam jego programy na Animal Planet i czytałam jego książkę "Żyjący z wilkami". Trudno mi było więc stworzyć sobie jasny obraz człowieka wokół, którego był główną osią książki. Z drugiej jednak strony, gdy pojawiały się rozdziały, w których Luke opowiadał o życiu wilków i czasie, którym z nimi spędził czułam się dużo lepiej wkładając w to miejsce Shauna Ellisa. Dlatego jeśli ktoś miał już z tym człowiekiem styczność to będzie miał spory orzech do zgryzienia. Bo ciężko jest oddzielić te dwie postacie, tym bardziej, że każdy człowiek w jakimś stopniu chciałby tak bardzo zbliżyć się do natury, a temu człowiekowi się to udało niemal w stu procentach. Natomiast ci co nie znają tego szalonego Brytyjczyka będą mieli troszkę łatwiej, ale mam nadzieję, że się troche bardziej zainteresują tymi pięknymi zwierzętami.
Książka ta porusza jeszcze kilka trudnych tematów. Są to sprawy, z którymi ciągle mierzą się etycy: kiedy można określić zgon człowieka, którego życie w zasadzie zależy od maszyn, czy mamy prawo zadecydować o odłączeniu go od aparatury podtrzymującej życie i jak ma się do tego deklaracja o oddaniu narządów do przeszczepu, czy to ratowanie życia jednego człowieka kosztem drugiego?
"Pół życia" nie czyta się łatwo, nie jest to kolejna łzawa historyjka. Jest to powieść z tak ogromnym ładunkiem emocjonalnym, że czasem trzeba troszkę odpocząć. Jest to książka, która pozostawia mocny ślad zarówno w pamięci jak i w sercu. Porusza niewygodne i trudne tematy, ale oglądamy je przez pryzmat nietypowych bohaterów, którzy koniec końców okazują się bardzo silni. Na koniec człowiek się zastanawia, co sam by zrobił w takiej sytuacji.
Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić do sięgnięcia po te pozycję, a po niej do przeczytania książki Ellisa "Żyjący z wilkami", która jest trochę z innej beczki, ale równie dobra. A ci co są uważni wyłapią, które fragmenty biografii Shauna pożyczyła sobie Jodi Picoult żeby uwiarygodnić swoją opowieść i jej głównego bohatera, który w zasadzie nie bierze w tym wszystkim udziału.



Źródła ilustracji:
www.merlin.pl
polskalokalna.pl

środa, 25 września 2013

Akcja dynia

Wreszcie po ciężkich bojach z familią, która kategorycznie odmawiała mi próby zrobienia czegokolwiek z dyni uważając, że zupa, dżem czy cokolwiek innego będzie niedobre. Kiedy zaś  w końcu te dynię dostałam to troszkę z tego szczęścia zgłupiałam. Ładna malutka 1,5 kg dynia Hokkaido uśmiechała się do mnie na blacie, a mi po głowie chodziła zupka, chipsy, muffinki, naleśniki z dżemem z dyni...
Postanowiłam dać pierwszeństwo zupie, która w sumie chodziła za mną już od zeszłego roku. Po znalezieniu przepisu, który wydawał mi się w porządku zabrałam się do dzieła i wiem jedno. Nigdy więcej dyni Hokkaido! Pociąć się tego nie dało, a obieranie skórki to był koszmar. Na szczęście kolorek zrekompensował wszystko. Piękny nasycony żółtopomarańczowy miąższ i bardzo dobre pesteczki ^^
Zupkę zrobiłam, ale jakoś szału nie było. Była inna niż to, co zazwyczaj robię. Chyba jednak połączanie dyni, imbiru i cynamonu to nie moja bajka, ale młodszej siostrze smakowało, a to chyba najważniejsze.
Na szczęście zostało mi jeszcze trochę tego fajnego warzywa i poszperałam za przepisem na muffinki, które z jakiegoś powodu strasznie lubię robić. Przepis, a w zasadzie zdjęcie babeczek wygrzebałam na blogu netkaodkuchni.blogspot.com i zaczęłam zabawę od nowa.
Dynię znów trzeba było pokroić na mniejsze kawałki i obrać, ale gdy ten koszmar z pociętymi palcami się skończył zaczęła się zabawa. Z przewracaniem kuchni do góry nogami.
Pierwsze co musiałam zrobić to było puree z dyni. Pokrojoną na kostki dynię wrzuciłam na blaszkę posmarowaną masłem i wrzuciłam do piekarnika nagrzanego do 200°C dziobiąc ją od czasu do czasu widelcem sprawdzając czy zmiękła. Gdy kostki zaczęły się ładnie rozłazić wrzuciłam zawartość do blendera i zmiksowałam na gładką pastę. Gdy puree było gotowe mogłam przejść do właściwego przepisu:

Muffinki z dynią:


  • 1,5 szklanki mąki
  • 300 ml puree z dyni 
  • 2 duże jajka
  • 1 łyżeczka przyprawy do piernika
  • 3/4 szklanki cukru
  • 1/3 szklanki oleju roślinnego
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sody do pieczenia
  • szczypta soli
  • szczypta cynamonu

Tradycyjnie jak w każdych muffinkach osobno łączy się składniki suche i mokre, a potem delikatnie je ze sobą mieszamy aż uzyskamy gładką masę. Następnie przekładamy do foremek (wychodzi około 12 babeczek) i posypujemy mieszanką cynamonu z cukrem. Pieczemy je około 30 minut w 180°C, ale ja jestem wyznawcą metody patyczkowej, więc co jakiś czas sprawdzałam, czy babeczka się upiekła za pomocą długiej wykałaczki. Wyciągnęłam je więc mniej więcej po ok. 25 min, bo wbity patyczek wyciągnęłam suchy.
Babeczki wyszły obłędne! Miały śliczny taki leciutko pomarańczowy kolorek w środku i wcale nie
przeszkadzało im to, że nie dałam przyprawy do piernika, która dziwnym trafem mi się skończyła (w zamian dałam małą łyżeczkę cynamonu). Natomiast rodzina, która podchodzi do moich babeczek nieufnie wchłonęła je niemal od razu.
Ja jestem z przepisu zadowolona i na pewno włączę go na stałe do mojej kolekcji ^^

niedziela, 22 września 2013

Jak przeżyć pięć strasznych dni?

No, na szczęście w moim przypadku pięciu strasznych dni nie było. Były to raptem dwa dni, a i nie wiem, czy było w nich coś strasznego, ale na pewno coś absurdalnego. Tym absurdem, goniącym absurd była "Przepowiednia" Deana Koontza.
Książka opowiada o losach Jimmy'ego Tock'a, któremu w chwili swojej śmierci (a chwili narodzin chłopaka) dziadek przewidział pięć strasznych dni. Podał dokładne daty tych wydarzeń, wagę i długość chłopaka oraz, że będzie cierpiał na syndaktylię, do tego jeszcze kilka rzeczy, które potem też okazały się prawdziwe. Koszmar Jimmy'ego zaczął się jednak już na porodówce, gdzie szalony klaun "Wielki" Konrad Beezo zabił lekarza i pielęgniarkę twierdząc, że zabili jego żonę na zlecenie jej ojca wielkiego akrobaty, który nie mógł znieść, że dziewczyna poślubiła klauna. Szaleniec ucieka ze swoim dzieckiem na rękach, a ojciec Jimmy'ego z ulgą dowiaduje się, że jego żona i synek przeżyli. Od tego czasu wiodą szczęśliwe, choć nieco nietypowe życie dostosowane do pracy piekarzy i czekają na te pięć strasznych dni przepowiedzianych przez dziadka.
Zapowiadał się genialny dreszczowiec, a dostałam coś co ciężko nazwać parodią. Była to raczej mówiąc językiem gimnazjalisty "totalnie odjechana" historia, w której Jimmy'ego prześladuje szalony klaun i jego syn. Po przeczytaniu tego, co działo się w pierwszym dniu zwątpiłam w resztę. Może to i było straszne dla bohatera, ale opowieść, co chwilę przeplatana nazwami różnych deserów wydawała się bardziej komiczna niż przerażająca. Do tego jeszcze skrajnie przerysowane postacie, które również budziły więcej śmiechu niż grozy, całości dopełniały dziwaczne dialogi.
Muszę jednak przyznać, że tym razem polubiłam narratora, którym był oczywiście główny bohater "Przepowiednia" i jego nieco nietypową rodzinę, w której najbardziej intrygującą osobą była babcia Rowena. Wracając jednak do narracji, to Jimmy w przeciwieństwie do żony okazał się być całkiem dobrym narratorem. Prowadził swoją opowieść ciekawie, bez zbytniego zadęcia i prób wciskania wszystkich i wszystkiego w swoje sztywne ramki. mam wobec niego jedynie dwa zarzuty. Pierwszym jest zbyt duża liczba deserów i cukierniczych porównań, a drugim dziwaczne i niepotrzebne wtrącenia o tym, że specjalnie napisał coś tak, a nie inaczej.
Fajne było też to, że Koontz narzucił sobie pewne ramy czasowe i opisując te pięć strasznych dni nie zapomniał, o całej reszcie życia Jimmy'ego i jego rodziny. Akcja była żywa i pełna niespodziewanych zwrotów akcji, do których niestety dopchana była ogromna dawka absurdu np. Virgilo Vivacemente około siedemdziesięcioletni akrobata, a w zasadzie plastikowa lalka stworzona przez chirurgów plastycznych chcący kupić syna Jimmy'ego i Lorrie.
Generalnie książkę czytało się bardzo szybko i bez większego zastanowienia. Niestety. Tematy, które Koontz poruszył w "Przepowiedni" były ciekawe, gdyby pisarz uderzył w odpowiednie struny na pewno było by nad czym pomyśleć. A tym sposobem niestety zawiłość ludzkiego życia, wiara w przeznaczenie, czy radzenie sobie z przeciwnościami utonęły w morzu szalonego Konrada Beezo, jego syna Punchinello, szalonego akrobaty i tysiącu nazw deserów, ciast, ciasteczek, kremów... W całej książce był jeden jedyny mądry fragment, który zauważyłam nie tylko ja, ale i inni czytający te powieść (a to naprawdę malutko jak na 414 stron). Ktoś nawet pokusił się o podkreślenie go.

"Śmiejąc się nie zużywasz zapasów śmiechu, lecz je powiększasz. Im bardziej kochasz, tym więcej zaznasz miłości. Im więcej dajesz, tym więcej otrzymasz."

Tym razem Koontz też mnie rozczarował, ale w nieco inny sposób niż było to przy książce "Mąż". Nie wiem, czy miało to być parodia książek Kinga, czy jakiegoś innego autora lub w ogóle tego typu powieści grozy, ale na pewno to się autorowi nie udało. Generalnie wobec tej książki mam mieszane uczucia. Bo z jednej strony mógł to być naprawdę świetny thriller lub nawet horror, a z drugiej niezbyt dobra parodia tego typu książek.
Tak na marginesie i po za konkursem. Chyba powinnam unikać książek, których okładki są utrzymane w tej kolorystyce, bo "Buick 8" Kinga też okazał się katastrofą tyle, że śmierdzącą gnijącą kapustą.

Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytam polecane książki, które MK ogłosiła na swoim blogu: mkczytuje.blogspot.com. "Przepowiednie" poleciła mi Xsavi.


Źródło ilustracji:
www.empik.com

sobota, 21 września 2013

Rzeźniczka z Małej Birmy

Lubię książki Nessera, choć nie szaleję za nim tak jak za Asą Larsson albo Henningiem Mankellem. Z dwóch wykreowanych przez niego skrajnie różnych bohaterów tylko z jednym polubiłam się tak naprawdę, ale mimo to jego książki mają w sobie coś przyciągającego. Coś co sprawiało, ze czytało się je z ciekawością. Niestety zupełnie inaczej było teraz. Pomimo całej sympatii dla komisarza Gunnara Barbarottiego nie potrafiłam czytać "Rzeźniczki z Małej Birmy". A z każdą kolejną stroną czułam jak zapadam w jakąś depresję, przez co czytanie wydłużało się jeszcze bardziej.
Nesser opowiada w tej książce dwie równoległe historie. Pierwsza z nich dotyczy Gunnara Barbarottiego, który nie potrafi sobie ułożyć życia po niespodziewanej choć w jakiś sposób przewidzianej śmierci żony Marianne. Autor pokazuje jak żałoba wpływa na inspektora. Jego ocenę rzeczywistości, funkcjonowanie w rodzinie i pracy. Drugą historią jest prowadzone przez inspektora śledztwo w sprawie zaginionego przed pięciu laty Arnolda Morindera, które w końcu doprowadza go do morderstwa w gospodarstwie Mała Birma kilkanaście lat wcześniej. W tym przypadku akcja dzieje się równolegle w przeszłości i teraźniejszości.
Widzimy jak Barbarotti radzi sobie z dochodzeniem, do którego nie ma serca i uważa za niepotrzebną robotę lub głupi pomysł przełożonego na coś w rodzaju terapii. Na początku się nie przykłada i skupia na swoim bólu, ale z czasem zaczyna wracać do formy i zastanawiać się nad motywacją Ellen Bjarnebo. Kobiety, która odsiedziała 11 lat za zabicie i poćwiartowanie męża, a potem policja prawie oskarża ją o zabicie Morindera. Gunnar rozmawia z różnymi ludźmi, którzy pojawili się w obu śledztwach w tym z samą Rzeźniczką jak nazwano Ellen Bjarnebo. Dochodzi nawet do wniosku, że coś te dwie sprawy musi łączyć. Do tego Nesser opowiada jeszcze to, co działo się w Małej Birmie przed zabójstwem. Pokazuje jak bardzo jeden człowiek potrafi zniszczyć życie drugiego doprowadzając do granic wytrzymałości psychicznej.
Niby wszystko, co jest charakterystyczne dla książek Hakana Nessere w "Rzeźniczce z Małej Birmy" jest, ale jak do tej pory była to najbardziej męcząca z jego książek. Pewnie dlatego, że na pierwszy plan wysunął się tutaj komisarz, a w zasadzie żałoba i rozpacz Barbarottiego, który czasami zachowywał się tak jakby postradał zmysły. Było strasznie depresyjnie. Nawet nie był potrzebny ten kontrast między śmiercią Marianne i jej następstwami z ciepłym latem jakie w tedy panowało w Kymlinge. Nie było tego widać, a dla mnie równie dobrze mogłoby to wszystko dziać się w zimie lub jesienią.
Do tego dochodziły jeszcze czasami niespodziewane retrospekcje. Czasem wydawało mi się, że autor pisząc o wydarzeniach w Małej Birmie włączył sobie autopowtarzanie, bo w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że już to wszystko wcześniej przeczytałam i często zdarzało się, że omijałam spore partie tekstu bez żadnego uszczerbku dla całej reszty (to samo z resztą zdarzało się przy fragmentach dotyczących teraźniejszości).
Jednak książka ma swoje dobre strony. Dobrze wykreowane i ciekawe postacie, wobec których trudno przejść obojętnie. Zagadkowy szef Gunnara, irytująca Bjarnebo, czy Ewa Backman, która wpadła w nieco filozoficzny nastrój.
Ciekawy pomysł na połączenie dwóch spraw, które oprócz jednej z bohaterek nie mają wiele wspólnego, a przy okazji ich odgrzebywania na jaw wychodzą różne inne poboczne tajemnice. Pojawiały się też wątki nieco komiczne np. stary przyjaciel komisarza, które miały dać trochę wytchnienia od mocno depresyjnego klimatu książki.
Przyznam się szczerze, że czytałam już książki, które poruszały podobne tematy i miały podobny, albo nawet dużo cięższy klimat (np. książki Indridasona), ale "Rzeźniczka z Małej Birmy" rozłożyła mnie na łopatki. Czytało mi się ją strasznie źle i ponury nastrój w jaki wprowadzała trzymał się mnie bardzo długo. Gdyby chociaż jeszcze zmuszał do jakiś przemyśleń byłoby dobrze, a tego zabrakło.
Czy warto po nią sięgnąć? Jeśli ktoś chce poznawać Gunnara Barbarottiego to na pewno musi przeczytać te książkę. Jeśli ktoś chce przeczytać coś w podobnym klimacie to lepiej niech sięgnie po Arlandura Indridasona. Bo w tym przypadku Szwed strasznie męczył, a u Islandczyka choć klimat jest dużo mroczniejszy i bardziej depresyjny to jego książki czyta się o wiele lepiej i na dłużej pozostają w pamięci.


Źródło ilustracji:
www.merlin.pl

wtorek, 17 września 2013

Dystrykt 9

Na wstępie zaznaczam, że wręcz nie nienawidzę filmów o obcych, choć może to trochę być hipokryzją bo uwielbiam "Star Treka" i SW. Tam jednak obcy są albo humanoidalni albo mają w sobie coś co aż tak bardzo nie odstręcza. Niestety potem oglądałam "Obcy 8 pasażer Nostromo" i przez kilka dni bałam się wystawić w nocy czubek głowy bądź kończyny spod kołdry. Ostatnio poprawiłam sobie skądinąd kiepskim  "Prometeuszem", ale był ten ociekający kwasem stwór, było ciemno i ogólnie "ble", choć nie powiem tętno mi skoczyło parę razy dość mocno. Nie będę jednak pisać o filmach, które oglądałam z kocem na głowie i przez tydzień miałam lekką psychozę. Z tego powodu troszkę ostrożnie i z lekką paniką postanowiłam obejrzeć "Dystrykt 9". Zajęło mi trochę czasu zanim się za niego zabrałam, ale fakt że w niedziele wieczorem człowiek w telewizji ma do wyboru śpiewanie lub gotowanie, więc to trochę pomogło i w końcu obejrzałam!
Historia sama w sobie jest nieco dziwna. W 1982 roku na Ziemi pojawia się statek obcych i na trzy miesiące zawisa nad... Johannesburgiem. No i w zasadzie nic się nie dzieje, a ciekawscy ludzie po jakimś czasie decydują się zajrzeć na pokład. Okazuje się, że obcy są w kiepskim stanie. Pod statkiem w dystrykcie 9 powstaje coś w rodzaju getta dla obcych i właściwie zostaje ono pozostawione same sobie na prawie 20 lat. Robi się niezły bałagan. Szerzy się przemoc, handel bronią w zamian za kocią karmę (bo okazuje się, że obcy dostają na jej punkcie kręćka), prostytucja choć nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić. Dystrykt 9 przypomina śmietnik. W końcu rząd postanawia przenieść obcych w inne miejsce i zleca to firmie Multi-National United. MNU jednak nie robi tego w cywilizowany sposób. Chęć zdobycia technologii i broni obcych, która uruchamia się tylko, gdy wykryje ich DNA powoduje, że nie przebierają w środkach, przekraczają pewne granice. To jest jednak osobna historia.
Całą operacją eksmisji obcych zarządza Wikus van de Merwe, który traktuje to całe przedsięwzięcie jako dobrą zabawę. No, bo przecież obcy to nie ludzie, tylko coś co bardziej przypomina robala, krewetkę i nie trzeba się nimi przejmować. Wszędzie z obstawą przekupuje obcych kocią karmą, zastrasza albo gdy próbują się bronić spokojnie patrzy jak ich zabijają. Jego perspektywa zmienia się o 180 stopni, gdy opryskuje się zawartością kanistra, którą wyprodukowali inteligentni przedstawiciele obcych. Nagle zaczyna się zamieniać w obcego i sam staje się zwierzyną łowną. Poluje na niego MNU łącznie z teściem, którzy chcą go rozebrać do atomów żeby zobaczyć dlaczego nagle może obsługiwać broń obcych. Polują też Nigeryjczycy, których przywódca twierdzi, że ta umiejętność należy się jemu i chce ją w jakiś sposób przejąć. Pierwszy raz ucieka, czuje się zaszczuty przez cały świat i niespodziewanie znajduje wsparcie w tych których do tej pory prześladował. W końcu jego losy toczą się tak, że pomaga uciec tej dwójce, a ci obiecują, że wrócą za mniej więcej trzy lata. Sam Wikus w końcu
zamienia się w obcego i pozostaje w dystrykcie, który w końcu przeniesiono w inne miejsce.
Film jest nakręcony w formie dokumentu, w którym bieżące wydarzenia przeplatają się z wypowiedziami ekspertów jak entomolodzy (bo obcy przypominają robale), socjologów, politologów, czy newsami z wiadomości. Pod koniec pojawiają się wypowiedzi członków rodziny Wikusa, jego współpracowników a czasem nawet jego samego w formie zdjęć archiwalnych. Co przyznam w pewnych momentach było troszkę nudnawe, bo ileż można patrzeć na wiecznie uśmiechniętego faceta, który za nic ma sobie innych. Człowieka, który z uśmiechem na ustach i żartując opowiada o tym jak likwidować jaja kosmitów. Przecież kosmici to zwierzęta i można z nimi robić co tylko się chce. Nikt tam nie dopatruje się w tym zbrodni ludobójstwa, dyskryminacji rasowej. A właśnie to w zachowaniu ludzi obnaża reżyser. Ludzką ksenofobię, która może przybierać monstrualne rozmiary.
Pokazuje też jak trudno jest samemu zmienić punkt widzenia. Dopiero naprawdę ekstremalne doświadczenia
jak w przypadku Wikusa stopniowa przemiana w obcego sprawia, że zaczyna się postrzegać wszystko zupełnie inaczej. Główny bohater musiał dopiero na własnej skórze poczuć jak to jest, gdy nagle staje się po drugiej stronie barykady.
Co ważne. Film nie jest napakowany górnolotnymi hasłami i nie moralizuje nikogo na siłę. Każdy odgrzebie w tym obrazie różne rzeczy, łącznie z krytyką obecnego świata. Blomkamp wbija ludzkości co raz to nowe szpilki krytykując brak współczucia i poszanowania innych, brak jakiejkolwiek etyki, rządzę zysku, władzy i wiele wiele innych. Trzeba tylko uważnie patrzeć i wystarczy trochę znać historie nie tylko tamtego obszaru żeby umieć to rozszyfrować. Choć poczucie wbijania przez reżysera kolejnej szpilki nie staje się przez to znośniejsze.
Po za tym reżyser Neill Blomkamp stworzył naprawdę ciekawy obraz. Film ma świetnie skomponowaną fabułę, w niektórych momentach bywa widowiskowy i dość krwawy. Świetne efekty specjalne, w tym same postacie obcych, które wyglądają bardzo realistycznie. Do tego genialnie dobrana muzyka, która sprawia, że całość ogląda się naprawdę bardzo dobrze.
Trudno jeszcze nie wspomnieć słowem o aktorach, którzy genialnie wpisali się w klimat stworzony w filmie. Sharlto Copley doskonale poradził sobie ze stworzeniem Wikusa van de Merwa, a miał ciężki orzech do zgryzienia. Z jednej strony miał normalnego faceta, a z drugiej faceta zaszczutego przez zatrudniającą firmę, która za wszelką cenę chciała sprawdzić jak to się stało, że nagle może on obsługiwać broń obcych.
Jest to film, do którego na pewno jeszcze wrócę nie raz. Bo chociaż jest to film o obcych to niesie on takie treści, że warto nad nim dłużej przysiąść i zapamiętać. Wcale się nie dziwię, że Peter Jackson zaufał młodemu reżyserowi i pozwolił mu nakręcić film, taki film. Po takim czymś chyba zaprzyjaźnię się z Blomkampem nna dłużej i chętnie obejrzę "Elysium".


Źródła ilustracji:
www.filmweb.pl
www.students.pl
iptak.pl

piątek, 13 września 2013

Czerwona królowa i jej świat pełen intryg

Anglia i okres Wojny Róż to okres ciekawy, pełen intryg i zamieszania, które każdy chce na swój sposób wykorzystać. Świat mężczyzn o wybujałych ambicjach i kobiet, które choć teoretycznie nie mają żadnych praw, a ich obowiązkiem jest rodzenie synów też potrafią nieźle namieszać. Dlatego sięgając po książkę Philippy Gregory "Czerwona Królowa" miałam bardzo duże oczekiwania, tym bardziej, że film nakręcony na podstawie jej książki "Kochanice króla" oraz sama książka zebrały bardzo dobre recenzje. Niestety książka mnie trochę rozczarowała, często irytowała, a przede wszystkim mocno zmęczyła.
Książka opowiada o początkach dynastii Tudorów i kobiecie, która była w stanie poświęcić wszystko żeby jej jedyny syn Henryk Tudor z Lancasterów zasiadł na tronie Anglii, czyli Małgorzacie Beaufort. Poznajemy ją w wieku około 10-11 lat kiedy to ma stawić się przed królem i zerwać zaręczyny z ówczesnym narzeczonym i przyjąć nowego. Jako dziecko nie ma ona w tej kwestii nic do powiedzenia i posłusznie poddaje się woli swoich opiekunów. Gdy dorosła na tyle by zacząć pojmować, o co tak naprawdę chodzi w poczynaniach jej otoczenia sama zaczyna brać sprawy w swoje ręce. Oczywiście na tyle, na ile pozwalają jej prawo i obyczaje. Małgorzata konspiruje, knuje spiski, choć z niewielkimi wyrzutami sumienia nie waha się nawet wydać rozkazu zabicia dwójki małych chłopców, którzy stoją jej na drodze do celu. Decyduje ożenić syna z dziedziczką znienawidzonego rodu, wychodzi za mąż tak by móc jak najwięcej zdziałać. A wszystko po to by spełnić dziecięce marzenie o podpisywaniu się Małgorzata R., Małgorzata Regina, Królowa Matka. Wszystko po to by utwierdzić się w przekonaniu, że taka jest wola Boga i Joanny d'Arc, której wizje nawiedzają ją od dzieciństwa.
Temat ciekawy, bo niewiele się o tym okresie wie. W tedy na dworze królewskim w Anglii było mnóstwo barwnych postaci, od kryształowych dam dworu i prawych do bólu rycerzy, po szemranych konspiratorów, ludzi chorągiewek, którzy przyłączali się do strony, która mogła zapewnić zwycięstwo bądź całkiem spore korzyści materialne. Działo się równie wiele, ludzie snuli własne intrygi, obiecywali i łamali dane słowo w imię swoich lub "wyższych" celów. Do tego jeszcze mnóstwo bitew i utarczek wewnątrz królestwa i cały czas napięte stosunki z Francją. Naprawdę ciekawy okres, który zachęciłby niejednego do zgłębiania historii.
Philippa Gregory odrobiła lekcje historii i osadziła książkę na porządnych fundamentach, czego niektórym powieściom historycznym brakuje. Załączyła nawet mapkę, na której pozaznaczała najważniejsze bitwy oznaczając je odpowiednio różą Yorków lub Lancasterów w zależności od tego który z rodów wygrał. Bardzo szczegółowo opisane są zwyczaje i prawa rządzące tamtą epoką, nawet znajduje się trochę miejsca na opis strojów.
Niestety książka ma jeden bardzo duży minus, a jest nim sama główna bohaterka, która jest jednocześnie narratorem. Niby fajnie, bo możemy prześledzić jak zmieniała się postać Małgorzaty z wiekiem i kolejnymi doświadczeniami. Z drugiej strony odnosiłam wrażenie, że dorosła Małgorzata niczym nie różni się od tej jedenastolatki, którą wydano za dwa razy starszego mężczyznę. Do tego wszystkiego uparta świętość na pokaz. Ciągłe twierdzenie, że to czy tamto stało się bo Bóg tak chciał albo porównywanie się do Matki Boskiej... Było tego zdecydowanie za dużo, przez co czułam się jakbym czytała pamiętnik dewotki, która obarcza cały świat za swoje niepowodzenia i uważa za jedyną świętą. Na początku jest to irytujące, ale potem doprowadza do szału i zwyczajnie nudzi. Dzięki czemu nawet jeżeli działo się coś ciekawego to było skutecznie zagłuszane przez wybujałe ego Małgorzaty. Była po prostu nawiedzona i despotyczna, a to najgorsze z możliwych połączeń.
Zdecydowanie lepiej by było, gdyby narrator był wszechwiedzący i autorka pokazała ten okres z szerszej perspektywy. Byłoby dużo ciekawiej i dynamiczniej. Na pewno nie omijałabym dużych partii tekstu żeby tylko uniknąć nabożnego bełkotu głównej bohaterki, który mnie prześladował nawet w tedy, gdy ona sama nie była obecna. Strasznie despotyczna i nawiedzona, a na końcu jeszcze zgorzkniała postać.
Muszę za to mocno pochwalić tłumacza. Czasem trudno jest przełożyć tekst książki pisanej współczesnym językiem, a co dopiero stylizowanym na staroangielski. Naprawdę świetna robota, chociaż czasami zdarzały się współczesne kwiatki, ale było ich naprawdę niewiele i można je wybaczyć.
Książka mogła być naprawdę świetna, ale wszystko co w niej mogło przyciągać przyćmiło nawiedzenie głównej bohaterki. Książka jest bardzo męcząca i jeśli ktoś dobrnie do końca to nie ma siły się ekscytować silnym przyspieszeniem akcji, do którego tak naprawdę wszystko zmierzało. Nie jest to tak, że mi się nie podobało, bo mój mały wewnętrzny historyk był zadowolony i nie było nudno, ale książka mnie bardzo zmęczyła. Jest to na pewno pozycja dla ludzi bardzo cierpliwych i odpornych na zmęczenie.


Źródło ilustracji:
www.lubimyczytac.pl

czwartek, 12 września 2013

Poetry for the Poisoned


Słuchacie muzyki czytając? Ja tak, najczęściej w autobusie, bo tak łatwiej odizolować się od reszty świata i nie zwracać uwagi na rzeżący silnik lub grupki gimnazjalistów bawiących się komórkami lub gadających od rzeczy. Najczęściej puszczam w tedy jakąś mieszankę, która skutecznie to zagłusza, ale nie wymaga skupienia. W tedy w mojej playliście znajdują się Scorpionsi, Amaratnhe, stary dobry HIM, Gunsi i jeszcze kilku innych. Czasem jednak zaplącze się tam coś innego. Coś co powoduje, że zamykam książkę i słucham gapiąc się za okno.
Ostatnio padło na Kamelot, z którym się troszkę pokłóciłam. Nie odmawiam ich nowemu wokaliście talentu (o czym pisałam przy okazji "Mercy Falls"), bo radzi sobie całkiem dobrze i "Silverthorn" to bardzo dobra płyta. Ciężko jest jednak przyzwyczaić się do nowego głosu po 7 płytach, które zespół nagrał z Royem Khanem. Dlatego dzisiaj będzie o ostatnim albumie nagranym z tym w mojej opinii genialnym  wokalistą.
"Poetry for the Poisoned" to dziewiąty studyjny album Kamelotu, na którym jest 15 utworów z czego cztery tworzą jedną spójną całość. Klimat płyty jest dość mroczny i nieco hipnotyzujący, co powoduje, że przy niektórych nagraniach człowiek mimowolnie przestaje robić inne rzeczy i słucha całym sobą.
Co ciekawe łamie ona trochę utartą konwencję power metalu i pojawiają się zazwyczaj nie występujące w tym rodzaju elementy. Dobrym przykładem tego może być "The Great Pandemonium", które przynajmniej mi na początku mocno kojarzy się z kawałkiem "Rule the world" z poprzedniej płyty, ale potem to już zupełnie co innego. Świetna perkusja, która w tym utworze gra w zasadzie pierwsze skrzypce, odrobinka elektroniki oraz pojawiający w tle growl, do tego jeszcze niezawodny Khan.
Watro zwrócić też uwagę na "Poetry for the Poisoned I-IV". Są to różne nagrania, które tworzą świetnie skomponowaną i zaśpiewaną całość. Pojawiające się w tych utworach wokalistki łagodzą trochę klimat i ładnie zgrywają się z Khanem. Moją ulubioną częścią z tego tryptyku jest "So long", które jest troszkę romantyczne i przypomina trochę ballady z wcześniejszych płyt, a których nie ma na "Poetry for the Poisoned". No i znów czarujący głosem norweski wokalista, który świetnie dogaduje się w tym nagraniu z Simone Simmons.
Na tej płycie można znaleźć to z czego jest znany Kamelot, ale też kilka mniej lub bardziej udanych eksperymentów. Jest trochę mroczniej, ale też pojawiają się lżejsze fragmenty. Najlepszym elementem (oczywiście oprócz wokalisty) jest perkusja, na którą zazwyczaj rzadko zwracam uwagę, ale tutaj w większości przypadków gra pierwsze skrzypce nadając rytm i klimat całości. Reszta wydaje się tylko wygładzać i uzupełniać całość. "The Great Pandemonium" lubię za ten nieco hipnotyczny mroczny klimat i przykuwanie uwagi.
Przy okazji Kamelotu nie sposób też nie powiedzieć nic o okładce. Autor naprawdę się napracował i stworzył świetną grafikę. Mroczny obraz, który trochę przypomina niektóre prace Louisa Royo całkiem nieźle wpasowuje się w klimat krążka. Do tego jeszcze dwa świetne klipy. Typowy dla Kamelotu "The Great Pandemonium", w którym pojawiają się członkowie zespołu i trochę kojarzy się z anime. No i "Necropolis", które jest czymś zupełnie innym.
Płyta jest bardzo dobra i różni się od tego, co do tej pory nagrywał zespół. Moim zdaniem warto poświęcić te niecałą godzinę i dać się Kamelotowi zahipnotyzować.



Źródła ilustracji:
www.kamelot.com