środa, 24 grudnia 2014

Zdrowych, wesołych !

Żyję, chociaż mam wrażenie, że wciągnęła mnie na dłuuugo czarna dziura i zagięłam czasoprzestrzeń, bo nawet nie wiem kiedy z połowy października zrobił się grudzień. Czas przeleciał dosłownie w tempie nagrań AC/DC. Działo się szybko i dużo, chociaż czasem wylazła na wierzch też moja natura wiecznego malkontenta. No, ale jak to kiedyś ktoś zauważył mam co chciałam i nie powinnam narzekać.
Żeby jednak nie zanudzać, naczytałam się dość sporo w autobusie, a wieczorami w ramach odmóżdżenia naoglądałam bajek.
Z książek, to dosłownie pokochałam te narkotyczne opowieści P.K. Dicka. Do "Blade runner'a" dołączył więc "Człowiek z wysokiego zamku", którego kiedyś czytałam i jeszcze do niego wrócę (ale fajnie jest mieć swoje genialne wydanie), niesamowity "Ubik", który jest nawet lepszy od tzw. "Łowcy androidów". Na swoją kolejkę zaś czekają "Deus irae" w duecie z Zelaznym i "Wbrew wskazówkom zegara". Przy okazji dokonałam też kompletnie bezsensownego zakupu, ponieważ wiedziona sentymentalną obsesją na temat aniołów w fantastyce i w ogóle kupiłam "Tajemnicę diabelskiego kręgu" Anny Kańtoch i coś czuję, że koło "13 anioła" to nie leżało, a może trącić naiwnym dreszczowcem dla trochę młodszej młodzieży. 
Za to na liście przeczytanych, które dawno temu miałam zabrać w łapki są: "Atlas chmur", który nie wiedzieć czemu bardziej mnie irytował niż fascynował i zupełnie nie wiem, czym się ludzie zachwycali jakiś czas temu; "Niania w Nowym Yorku" - szału nie było, ale chyba bardziej mi podeszła ta historia w tej formie niż w wersji filmowej. "Listy" Tolkiena zasługują na osobną notatkę i obiecuję ją zrobić jak tylko skończę przemierzać Śródziemie z Aragornem, Gandalfem, Legolasem, Gimlim, Meriadokiem, Peregrinem, Samwisem, Frodem i Boromirem (chociaż ten jest raczej duchem niż ciałem), bo sporo rzeczy mi się w "Trylogii" wyjaśniło, dlatego musiałam zerknąć tam raz jeszcze. Kolejną książką wartą osobnej notatki jest "Achaja" Ziemiańskiego, ale chyba tylko ze względu na to, że dla mnie to był literacki koszmar w czystej postaci. Nie rozumiem, co w tym takiego och i ach, żeby dalej ciągnąć te historię... Było też po drodze parę fajnych branżowych np. "Mózg, a zachowanie", czy "Immunologia kliniczna".
Obejrzałam parę fajnych filmów, które skradły moje serce np. "Epic", czy "Za jakie grzechy dobry Boże"; Zupełnie mi obojętnych jak "Gwiazd naszych wina", czy "Mroźna kraina" oraz takich, które doprowadzały mnie do szału np. "Niezniszczalni 3" i "Zostań jeśli kochasz". Była też mała powtórka z "Hobbita"... Tak wiem, nie ma nic wspólnego z książką (no może niewiele). Wiem, że to przerost formy nad treścią, żeby z książki do przeczytania w 2 godziny robić 9 godzinny filmowy maraton, ale przecież Smaug jest moim ideałem i wrócił Gandalf, i są elfy (i niestety kretyński romans _ _"), i dużo Nowej Zelandii. Lubię ten klimat i nic na to nie poradzę.
Muzycznie też było całkiem, całkiem, ale generalnie nic nowego. Przeprosiłam się z kilkoma zespołami, których kiedyś się namiętnie słuchało w tym Eluveitie. W końcu dorobiłam się swoich dwóch prywatnych płyt Kamelotu! 
Troszkę też zaczęłam wracać do szkicowania, ale łapka od liceum zdążyła mocno zesztywnieć i nie ma się czym chwalić. W każdym bądź razie próbuję, a nóż...
No to chyba tyle w telegraficznym skrócie. Nie pozostało mi więc teraz nic innego jak złożyć w moim nieco rozwrzeszczanym klimacie najlepsze życzenia zdrowych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia oraz szczęśliwego Nowego Roku!

http://www.iv-lo.tarnow.pl/liceum2/images/stories/weso%C5%82ych_%C5%9Bwi%C4%85t.jpg



piątek, 17 października 2014

Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?

Długo zbierałam się do napisania tej recenzji, bo "Blade runner" Dicka wywarł na mnie ogromne wrażenie, podobnie jak "Solaris" Lema i podobnie trudno było mi na początku napisać kilka składnych słów o tej książce. Tym bardziej, że jak zwykle za takie książki zabieram się, gdy mój rozum i serce trochę szaleją, a w tedy właśnie jak na złość brak lekkich łatwych i przyjemnych czytadeł.
Chociaż z drugiej strony, było to moje podejście numer dwa do książki i podejrzewam, że gdyby nie to, że chciałam sobie udowodnić, że jednak nie jestem takim jamochłonem na jakiego się czułam to Dick musiałby pewnie swoje odczekać. Kiedy już jednak zaczęłam czytać to przepadłam bez reszty i dałam się wciągnąć historii, w której bohaterowie z jednej strony ukrywają prawdę pod stertą pozorów, a jednocześnie szukają odpowiedzi na pytania kim są i jaka jest istota społeczeństwa. Jak to się ciekawie składa, że to kolejna książka sci-fi, w której historia jest czymś w rodzaju zapalnika uruchamiającego pewne przemyślenia.
Świat w tej książce to Ziemia, która została zrujnowana po Ostatniej Wojnie Światowej, a ludzie jeśli tylko mogą uciekają przed radioaktywnym pyłem, który powoduje choroby i mutacje, które powodują, że mogą zostać zaliczeni do tzw. specjali. Ludzi gorszej kategorii, którym mnie wolno opuścić Ziemi ani mieć rodziny, by nie zanieczyścić genomu człowieka. Z drugiej strony Ci, którzy zostają starają się sprawiać pozory szczęśliwych i bogatych, a w tym celu trzeba posiadać żywe zwierzę. A żywe zwierzęta są bardzo drogie i rzadkie, gdyż to one pierwsze padły ofiarą radioaktywnego opadu. Dlatego ludzie "hodują" elektryczne zwierzęta tak jakby były prawdziwe, a cała ironia polega na tym, że do tego stopnia są w stanie upodobnić zwierzęta do prawdziwych, że gdy mają prawdziwe zwierze zapominają, że jest żywe. Z drugiej strony boją się, że produkowane przez nich androidy zastąpią ludzi, ale też nie wahają się ich ulepszać. Przecież to tylko zabawa w Boga. Androidy co raz bardziej przypominają ludzi w odruchach, wyglądzie, a często żeby jeszcze lepiej imitować życie mają wgrywane wspomnienia. Co tak naprawdę nijak się ma do ich pierwotnej funkcji, czyli służenia kolonistom opuszczającym umierającą Ziemię. Ale jak tu się oprzeć kiedy zabawa w Boga jest taka fajna. Nie przeszkadza to ludziom jednoczenie bać się tych robotów, którym brakuje empatii i chociażby dlatego mają one ścisły zakaz przebywania na niej, a jego złamanie oznacza dla nich śmierć.
W takim właśnie świecie funkcjonuje łowca androidów Rick Deckard. Jego zadaniem jest odnalezienie i zniszczenie szóstki najnowszego typu androidów, które uciekły na Ziemię. Jednak w trakcie polowania wszystko okazuje się mieć podwójne dno i Deckard szukając maszyn udających ludzi zaczyna się zastanawiać jaki sens ma życie w świecie, gdzie wszystko jest ułudą.
Powieść Dicka jest zupełnie inna od filmu Ridleya Scotta. Nie jest to opowieść zaprawiona wątkiem romantycznym, ale historia, która tak na dobrą sprawę wytyka kilka ludzkich wad. Przykładem tego może być usilne dążenie do tego by ludzie dobrze nas odbierali, co czasem przyjmuje niesłychane formy. Obrazem tego jest właśnie elektryczna owca, która staje się substytutem prawdziwej, ale podtrzymuje mit o statusie społecznym. Jest to także sposób na udowodnienie swojego swojego człowieczeństwa, bo przecież zwierze wymaga opieki, empatii. Z drugiej strony ludzie nie chcą by ich samych coś zastępowało i chociaż dążą do ulepszania robotów tak by jak najbardziej przypominały człowieka to jednocześnie robi się wszystko by je eliminować. Czemu nie mogą razem koegzystować? Czemu nie wolno im przybywać na Ziemię skoro ludzie z niej uciekają?
Pytania mnożą się z każdą przerzucaną kartką i każdym przeczytanym rozdziałem. I nie tylko czytelnik gubi się w tym gąszczu pytań o istotę człowieczeństwa. Zmagają się z nimi również bohaterowie, których stworzył Dick i każdy z nich robi to na swój sposób. Specjal szuka przyjaciół i chce chronić androidy ponieważ w jakiś sposób go akceptują nawet jeśli wiąże się to z wykorzystywaniem go. Androidy tworzą w świecie ludzi swój fikcyjny świat i chcą tylko za wszelką cenę przeżyć. Nie mają przy tym skrupułów i jeśli zabicie kogoś im to umożliwi to, to robią. Łowca androidów zaczyna się zastanawiać i mieć wątpliwości czy to, co robi jest słuszne nawet jeśli pozwoli mu to na kupienie żywej kozy, a jego żona specjalnie wpędza się w stany depresyjne być czuć, że żyje.
Książka ta to jednak nie tylko pytania i dużo się w niej dzieje. Akcja często pędzi na łeb na szyję, a do tego okraszona jest ciekawymi, żywymi dialogami, przez co jeszcze lepiej autor przemyca trudne pytania. Dick w tej książce zapewnia zarówno rozrywkę jak i coś więcej, coś co zmusza do głębszych przemyśleń.
Jest to według mnie bardzo wartościowa i ciekawa powieść. Napisana w sposób lekki i ciekawy, ale jednocześnie przemyca sporo ważnych treści, zmusza do zastanowienia się nad istotą człowieczeństwa, społeczeństwa i innymi problemami.
Nie byłabym też sobą, gdybym nie wspomniała chociaż troszeczkę o oprawie jaką tej książce przygotowało wydawnictwo Rebis. Jest to piękne wydanie z niepokojącymi grafikami Wojciecha Siudmaka, które wręcz idealnie wpasowują się w klimat jaki Dick stworzył w "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach". Coś pięknego.Z naprawdę dużą przyjemnością brałam te książkę do ręki, bo już samo przerzucanie kartek i gładzenie srebrnej okładki było niesamowite. Czułam się trochę tak jak w tedy, gdy pierwszy raz wzięłam do ręki swoją pierwszą kupioną i jednocześnie ukochaną książkę. I chociaż jest to może niezbyt ładne wydanie "Władcy Pierścieni" z Muzy to wiem, że nie zamieniłabym go na nic innego. Nie żałuję, że wydałam na nią prawie 50 zł, jest tego warta.
Mam nadzieję, że do "Blade runnera" będę wracać równie często jak do "Władcy Pierścieni", bo chyba się z twórczością Dicka polubię na dłużej, bo na półce czekają kolejne dwie jego książki również wydane przez Rebis.


Źródło ilustracji:
http://static2.intelimedia.pl/sub/Blade-Runner-Czy-androidy-marza-o-elektrycznych-owcach-_bn30902.jpg

sobota, 11 października 2014

Kiedy gra w wojnę dzieje się naprawdę

O Orsonie Scottcie Cardzie można mieć różne zdanie, w końcu jest to postać głosząca dość radykalne i kontrowersyjne opinie. Jednak nie można mu odmówić, że jest genialnym pisarzem i stworzył książkę, a w zasadzie całą serię, która niesamowicie zapada w pamięć i zmusza do zastanowienia się nad kilkoma bardzo ważnymi aspektami bycia człowiekiem, poświęcenia jednostki w imię dobra społeczeństwa, praw człowieka, wychowania dzieci, hodowli genialnych dzieci, moralności. Sporo jak na powieść sci-fi, prawda?
O czym opowiada "Gra Endera"? Jest to historia kilkuletniego chłopca Andrew Wiggina, którego rozwój obserwowano niemalże od dnia poczęcia z nadzieją, że jest genialnym dzieckiem. Dzieckiem, które w przyszłości stanie na czele armii i poprowadzi ją do zwycięstwa w wojnie z robalami. Jednak żeby to osiągnąć trzeba wiele poświęcić, a największą ofiarę złoży kilkuletni genialny chłopiec, który zostanie poddany morderczemu szkoleniu i zostanie brutalnie wykorzystany przez dorosłych chcących za wszelką cenę pozbyć się potencjalnego zagrożenia.
Card stworzył świat, w którym ludzkość zjednoczyła się przeciwko strasznemu wrogowi, obcej rasie, która zaatakowała Ziemię i niemal wygrałaby te wojnę, gdyby nie jeden genialny człowiek. Jednak na tym strach przed robalami się nie kończy i Międzygwiezdna Flota od najmłodszych lat szkoli  dzieci z nadzieją, ze któreś wyrośnie na genialnego dowódcę. Ludzie są w stanie nawet świadomie złamać przepisy, które mówią, że każde małżeństwo może mieć tylko dwójkę dzieci. Tylko dlatego na świat przychodzi Ender, który w opinii wojskowych psychologów ma łączyć w sobie cechy swojego starszego rodzeństwa. Brutalnego brata lubiącego znęcać się nad innymi oraz czułej, niezwykle empatycznej siostry.
Pokazuje jak indywidualne podejście do szkolenia, często w brutalny sposób pozwala na wychowanie idealnego dowódcy. Ender jest izolowany od rówieśników, inni członkowie jego grupy w Szkole Bojowej są buntowani przeciwko niemu, a gdy osiąga co raz lepsze wyniki i radzi sobie z trudnymi zadaniami nauczyciele robią wszystko by go złamać. Zmieniają reguły gry panujące w Szkole, a nawet pozwalają jego wrogom go atakować i obserwują jak to dziecko ostatecznie eliminuje swoje problemy, ale jednocześnie za wszelką cenę chce uniknąć tego, czego od niego wymagają, czyli brutalnej bezwzględności. Z drugiej strony pokazuje jak sprawny umysł jest w stanie radzić sobie z zastanymi okolicznościami i wykorzystać każde nawet niekorzystne warunki na swoją korzyść, co jest możliwe dzięki odpowiedniemu treningowi.
Z jednej strony człowiek podziwia Endera, który staje się sprawnym strategiem, nauczycielem, ale przede wszystkim genialnym dowódcą, za którym żołnierze pójdą w ogień. Z drugiej jest przerażony wizją roztoczoną przez pisarza.brutalne szkolenie kilkuletniego dziecka, które jest traktowane jak dorosły. Mordercze szkolenie wojskowe, szkoła i wszystko po to by wyhodować wojskowego geniusza. Geniusza, który w wieku 10 lat jest wyprany z emocji, wypalony i zmęczony życiem, a mimo to potrafi poprowadzić armię do walki. Który potrafi z z zimną krwią eliminować wroga i wykorzystywać swoich podwładnych, ale żeby tak było dorośli utrzymują go w nieświadomości. Pozwalają mu myśleć, że to wszystko to gra, a gdy w końcu poznaje prawdę świat wali mu się z całym impetem na głowę... To, co uznawał za grę nagle okazuje się prawdziwą wojną, a konsekwencją decyzji tego dziecka jest zniszczenie świata obcych i tak de facto ich eksterminacja. Wszystko w co wierzył Ender nagle wali się w gruzy, a dziecko z doświadczeniem starego człowieka, nagle znów staje się zagubionym, choć nadal genialnym dzieckiem.
Jednym z ważnych aspektów tej książki jest też brak komunikacji. Osron S. Card pokazuje jak ludzie nie potrafią się między sobą komunikować i jak łatwo można nimi manipulować, co z dziecinną łatwością robi starsze rodzeństwo Endera. Pokazuje też jak bardzo ludzi ogranicza ich własne pojmowanie świata i brak prób komunikacji z innymi, bo koniec końców wojna z robalami wynikała z tego, że nie potrafili się komunikować. Jest to dość częsty motyw w literaturze sci-fi np. "Solaris" Lema, czy filmach w tej tematyce (dość częsty wątek w Star Treku).
Czytając "Grę Endera" człowiekowi nasuwa się mnóstwo pytań, o to jak wiele można poświęcić w imię wyższego dobra i czy gra, którą się prowadzi jest warta świeczki i zniszczenia komuś życia. Książka jest napisana w sposób niesamowity. Wciąga człowieka bez reszty i wywołuje skrajne emocje. Bardzo często ma się ochotę wyrwać Andrew z tego brutalnego świata, przytulić jak dziecko i zapewnić bezpieczny dom, w którym nikt nie będzie od niego wymagał tworzenia nowych strategii i radzenia z rzeczami, które go zdecydowanie przerastają. Chce się nim po prostu zaopiekować. Z tych ciepłych uczuć do dziecka wynika też dosłownie chęć zamordowania tego, kto mu zgotował taki los, ale też w pewien sposób rozumie się jego motywacje.
Na dodatkową uwagę zasługuje też fakt, że Card wspomina o polakach jako o tych, którzy mimo silnych represji nie zgadzali się z ograniczeniami postawionymi przez świat i napisał o tym osobne opowiadanie, w którym okazuje się, że główny bohater ma polskie korzenie. Oddaje on też w nim swojego rodzaju hołd postaci św. Jana Pawła II.  Nie wiem, czy jest to w każdym wydaniu, ale jest warte uwagi, bo też sporo wnosi do rozumienia tego, co się działo w "Grze Endera".
To był mój drugi raz z tą książką i podobnie jak dziesięć lat temu jestem pod ogromnym wrażeniem. Książka wywołuje mnóstwo emocji, zmusza do myślenia, a jednocześnie wciąga. Chociaż akcja nie pędzi na łeb na szyję, to dzieje się w niej sporo i nic z tych wydarzeń nie jest literacką zapchajdziurą, ale wywołuje masę emocji i naprawdę trudno przejść obok obojętnie. Czasem mam ochotę powiedzieć, że pod płaszczykiem medialnych wydarzeń jest to bardziej książka filozoficzna zmuszającą do zastanowienia się nad kondycją moralną ludzkości, a także jednostki.
"Gra Endera" jest niesamowita i polecam wszystkim, nie tylko fanom science fiction. To jedna z tych książek, którą trzeba przeczytać, a przy okazji wytrąca wszystkim sceptykom sci-fi argument, że tego typu książki niczego nie wnoszą, a są tylko czczą gadaniną o statkach z napędem nad-świetlnym.


Źródło ilustracji:
http://fantastyka.wm.pl/wp-content/uploads/2009/10/okl-Gra-Endera.jpg

środa, 8 października 2014

Głodowe igrzyska

Mam malutką (półtoragodzinną) przerwę między tym aż mi ugotuje się pożywka dla muszek, a tym aż wystygnie i będzie można na niej posiać drożdże. Wykorzystam więc chwilę i napiszę słowo o "Igrzyskach śmierci" Suzanne Collins, bo w końcu się przełamałam i sięgnęłam po nie.
O czym są "Igrzyska śmierci" pewnie każdy wie, bo albo czytał książkę albo miał okazję oglądać film. W telegraficznym skrócie wygląda to tak, że Kapitol stolica państwa Panem powstałego na gruzach USA twardą i bezwzględną ręką rządzi otaczającymi je dystryktami. Czemu nikt się nie buntuje? Z tej prostej przyczyny, że kiedyś brutalnie stłumili bunt, a na pamiątkę swojego zwycięstwa urządzają rokrocznie Głodowe igrzyska, w których na śmierć i życie walczą po dwie osoby, a w zasadzie młodzież (chłopak i dziewczyna) z każdego z dystryktów. Wszystko byłoby tak jak zwykle, gdyby nie jeden drobny szczegół. W 12 dystrykcie dochodzi do niesamowitego wydarzenia, do Igrzysk zgłasza się ochotniczka Katniss Everdeen, która chce zastąpić swoją młodszą siostrzyczkę. Od tego momentu nic nie jest normalnie (o ile wcześniej można było o normie mówić)...
Książka Collins ma swoje plusy i minusy. Ciekawy pomysł na świat, w którym żyją bohaterowie, nawet sposób narracji i czas, w którym ona jest były ciekawe, chociaż dalej zostaje przy tym, że nie lubię narracji pierwszoosobowej i główni bohaterowie doprowadzają mnie w tedy do szału. W sumie nie inaczej było w przypadku Katniss, ale o tym za chwilę.
Niestety z postaciami było już gorzej. Boleśnie przerysowani mieszkańcy Kapitolu bardziej przypominali mi mieszkańców zakładu psychiatrycznego, którzy uciekli na wolność niż garstkę bezwzględnych ludzi trzymających w ryzach cały kraj. Z drugiej strony uciśnieni mieszkańcy dystryktu 12 w ogóle nie powinni być w stanie wydobywać węgla nawet w ciężkich warunkach, bo odnosiłam wrażenie, że bardziej przypominają więźniów obozów zagłady niż górników. Podkreślało to nawet to, że główna bohaterka uciekała do lasu za płot żeby wyżywić rodzinę, więc 12 dystrykt musiał być niesamowicie malutki, a z wcześniejszego opisu wcale to nie wynikało.
Bohaterowie obserwowani oczami narratorki byli jednowymiarowi. Albo dobrzy, bo Katniss ich lubiła albo reprezentowali zło wcielone, bo ich nie lubiła ewentualnie wietrzyła we wszystkim podstęp. Biedny Peeta wyszedł przy niej na rozmemłanego szczeniaczka, który z długo skrywanej miłości do dziewczyny byłby w stanie dać się zabić (co też prawie mu się udało). Po za tym sama Katniss jakoś do mnie nie przemówiła, mimo iż niestety słyszy się całkiem sporo takich historii, w których to nastolatki musiały przejąć obowiązki rodziców, bo ci zmarli lub byli w jakiś sposób niewydolni. Powinnam podziwiać te dziewczynę, ale jakoś całym swoich zachowaniem i przemyśleniami sprawiała, że miałam jej dość. O dziwo, o wiele lepiej wyglądało to w filmie. Przynajmniej bohaterka wykreowana przez Jennifer Lawrence nie wydawała się aż tak wyprana z uczuć jak jej książkowy pierwowzór.
Nie wiem, może to po prostu nie mój typ bohatera i klimat powieści. Chociaż czytałam i oglądałam sporo obrazów w klimatach postapokaliptycznych (a "Igrzyska śmierci" chyba można do takiej kategorii zaliczyć). Poznałam wielu niekoniecznie sympatycznych i dających się lubić bohaterów, którzy czymś co zrobili uruchomili lawinę wydarzeń prowadzącą do zmian. Jednak ja mam wrażenie, że książka oprócz całego przeglądu emocji (chociaż dominują tutaj te negatywne wobec całego świata) głównej bohaterki jest dość przewidywalna i mimo pozorów różnorodności jest tak naprawdę czarno-biała. Zarówno pod względem otoczenia, jak i podziału na tych dobrych i tych złych.
Po za tym mimo narratora pierwszoosobowego miałam wrażenie, że to wszystko tak na dobrą sprawę dzieje się po za czytelnikiem. Tak jakby oglądać kłótnie gimnazjalistów przechodzących pod blokiem przez zamkniętą szybę z pierwszego piętra. W niczym też autorka nie sprawiła, że chciałabym sięgnąć po kolejne części.
O dziwo film podobał mi się bardziej, ale też nie był jakąś rewelacją i nie sprawił, że pobiegłam i pobiegnę do kina na następne części. Dla mnie kolejna książka dla młodzieży, którą się przeczyta bez wypieków na twarzy (gdzie te czasy, że człowiek zarywał noc żeby dowiedzieć się, co się stanie z bohaterami?!), odniesie do biblioteki i zapomni, że coś takiego w ogóle było. Chociaż z drugiej strony przy zalewie świata książkami, w których rządzą wampiry i ich bezmózgie dziewczyny (tak, tak piję do "Zmierzchu") to książka Suzanne Collins wypada całkiem nieźle. Na swoje szczęście chyba już z tego wyrosłam.


Książka bierze udział w Wyzwaniu bibliotecznym u MK


Źródło ilustracji:
http://mediarodzina.pl/zasoby/images/vbig/igrzyska_smierci.jpg

sobota, 27 września 2014

Dwie najdziwniejsze książki miesiąca

Wrzesień upłynął pod szyldem gonitwy konferencyjno-papierniczej, w czasie której przyszło mi przeczytać dwie najdziwniejsze książki pod słońcem i to w dodatku jedna po drugiej. Obie przyprawiły mnie o solidny zamęt w głowie, ale z drugiej strony wiedziałam na co się porywam, pakując do torby oprócz "Gry Endera" "Labirynt śmierci" Philipa K. Dicka i "Kocią kołyskę" Kurta Vonneguta. Niezbyt rozważnie też wybrałam kolejność książek, bo po książce Carda powinnam zdecydowanie wziąć się za jakieś lekkie i przyjemne czytadło, a nie pchać w absurdalny świat dziwacznej religii stworzony przez Dicka, a potem starać się zrozumieć bokononizm. To było kilka naprawdę czytelniczo stresujących dni.
O czym są obie książki? Zasadniczo o tym samym, bo o wierze, ludziach uwikłanych w zasady religii i życiu w społeczności. Kiedy jednak człowiek zaczyna się nad tym zastanawiać to okazują się skrajnie różne, ale tak samo dziwaczne.
"Labirynt śmierci" opisuje losy czternaściorga różnych ludzi, którzy zostali wysłani jako nowi koloniści na planetę Delmak-0 by tam zbudować nową społeczność, ale zamiast współpracować ze sobą pozostają skrajnymi indywidualistami i nie bardzo potrafią współpracować. Gdy dochodzi do awarii satelity, na którym było nagranie z instrukcjami nie wiedzą co mają ze sobą robić i jak sprowadzić pomoc, zaczynają podejrzewać, że są ofiarą jakiegoś eksperymentu. Sprawę zaczyna dodatkowo komplikować tajemnicze morderstwo jednego z osadników i narastająca wśród nich panika.
Książka jest pełna szalonych zwrotów akcji i niespodziewanych rozwiązań, które jeszcze bardziej komplikują życie garstki osadników. Tajemnicza religia, tajemniczy przemieszczający się budynek, nad drzwiami którego każdy z bohaterów widzi inny napis i galaretowate stwory, które kopiują wszystko co się przed nimi położy, czy miniaturowe kopiami budynku, które można tresować, a we wnętrzu których jest napis made on Earth. Do tego narastająca panika i dezorientacja bohaterów, podlane wizjami rodem z narkotykowego haju z zakończeniem, którego w ogóle się nie spodziewałam. Wszystko jest napisane bardzo plastycznie i tak sugestywne, że momentami człowiek sam popada w taki sam obłęd jak bohaterowie zaganiani wyobraźnią autora w kozi róg. 
Akcja stopniowo nabiera tempa, a w końcówce gna na łeb na szyję stawiając bohaterów nie tylko w niebezpiecznych i skrajnie absurdalnych sytuacjach. Nie tego się spodziewałam, ale z drugiej strony pokazało to człowieka od zupełnie innej strony.
Nie polecam czytania "Labiryntu śmierci" bezpośrednio po psychologicznym science fiction w stylu "Gry Endera" i to w dodatku w obcym miejscu w środku nocy. Długo nie potrafiłam zasnąć, a co chwile wydawało mi się, że ktoś chodzi po korytarzu, skrajną paranoję wpadłam jak się rozbudziłam i świeciło się światło w łazience.
Po za tym książka jest bardzo dobra i zmusza do myślenia. Warto, więc się z nią bliżej zapoznać, co nie zmienia jednak faktu, że gdy zamknęłam ostatnią stronę czułam się tak jak gdyby ktoś uderzył mnie w tył głowy i przez jakiś czas nie docierało do mnie to, co przeczytałam. Książka bardzo w stylu Dicka.
Zupełnie inaczej ma się sprawa z "Kocią kołyską". Tam akcja płynie zdecydowanie wolniej i bardziej skupia
się na tajemniczej religii zwanej bokononizmem stworzonej przez samozwańczego proroka Bokonona, który staje się czymś w rodzaju symbolu buntu przeziwko reżimowi Papy Monzano na wyspie San Lorenzo. A żeby było śmieszniej wszystko zaczyna się od tego, że główny bohater i narrator jednocześnie pisze o tym, że postanowił napisać książkę o dniu, w którym zrzucono bombę atomową na Hiroszimę i jednym z jej twórców Felixie Hoenikerze. I tak od słowa do słowa, a zasadzie od rozdziału do rozdziału obserwując sceny opisywane w tych ultrakrótkich rozdziałach (książka ma niecałe 200 stron i ponad 100 rozdziałów!) jak splot wydarzeń prowadzi do końca świata za sprawą tajemniczego lodu-9, który zamarza w temperaturze pokojowej.
Pomysł na książkę ciekawy, już przez sam fakt stworzenia religii, której głównym założeniem jest to, że bazuje na kłamstwie. Dodatkowo przy tej ilości króciusieńkich rozdziałów czułam się tak jakbym oglądała serię złożoną z setki filmików, czy nawet zdjęć, na których działy się co raz dziwaczniejsze rzeczy i pojawiali dziwaczniejsi ludzie. W pewnym momencie zaczynałam się w tym wszystkim gubić i odnosić wrażenie, że coś po drodze pominęłam. Wszystko jest równie absurdalne, co groteskowe i podlane czarnym humorem z pokaźną dawką apokalipsy w tle. Jednak jeżeli się już zacznie nad tym wszystkim zastanawiać i szukać drugiego dna to nagle się okaże, że ma to jakiś sens. Już sama postać Hoenikera zmusza do przemyśleń, a co dopiero reszta (a tego trochę jest).
"-Więc nie ma dla nich nic świętego?
-Tylko jedno.
Próbowałem zgadywać.
-Ocean? Słońce?
-Człowiek - powiedział Frank. - Nic poza tym. Po prostu człowiek." 

Nie zmienia to jednak faktu, że tego rodzaju literatura jest dla mnie dziwaczna i każdy z tych mini rozdziałów wydaje się irytować i atakować czytelnika z każdej strony.
Obie książki są warte przeczytania i obie pokazują różne oblicza książek science-fiction. Polecam obie, chociaż nie w takim układzie w jakim ja je sobie zafundowała.
Dla mnie osobiście były to dwie najdziwaczniejsze książki września, a kto wie, czy nie tego roku.

Źródła ilustracji:
http://lubimyczytac.pl

środa, 24 września 2014

Human equation

Lubię swoją "pracę". Naprawdę lubię, choć w dniu takim jak dzisiaj mam ochotę wziąć trzasnąć drzwiami i rzucić wszystkim w cholerę. A czemu? Nie było mnie raptem półtora tygodnia i okazało się, że w tym czasie chyba ze sto razy zmieniały się wersje tego, co kto gdzie i jak ma nam wpisać do indeksu. Kiedy myślałam, że w poniedziałek dowiedziałam się czegoś konkretnego to nagle dzisiaj w ciągu chyba niecałej godziny wszystko zdążyło się siedem razy zmienić. Naprawdę czekam kiedy ta papierologia się skończy i będę mogła zająć się tym, co naprawdę ważne.
Szczęściem w nieszczęściu u mnie jest to, że droga z uczelni do domu troszkę trwa i w autobusie mam czas żeby ochłonąć. W czym ostatnio skutecznie pomaga mi pewien ponad dwumetrowy holender z kudłatym psem. Chodzi oczywiście o Arjena Lucassena i jego projekt Ayreon, o którym pisałam przy okazji "Theory of Everything". Ten album oczywiście nie zniknął z mojej playlisty, ale przy okazji odkurzyłam wcześniejsze płyty wydane pod tym szyldem między innymi "The Human Equation" i "01011001", które sprawiają, że od pierwszych dźwięków odpływam w zupełnie inne światy. Oba albumy są doskonałe, dlatego oba doczekają się krótkich notatek. Dzisiaj będzie o "The Human Equation", w którym jest kilka takich momentów, gdzie odnoszę wrażenie, że ta muzyka jest ze mną gdzieś od zawsze i może to dziwacznie zabrzmi, ale siedzi gdzieś tam już na poziomie kwasów nukleinowych w komórkach.
Jak każdy album Ayreona "The Human Equation" opowiada pewną historię. Tym razem jest to opowieść o człowieku, który miał w dość niejasnej sytuacji wypadek samochodowy. W biały dzień na pustej drodze dobija do drzewa i zapada w trwającą 20 dni śpiączkę. Każdy z tych dni jest reprezentowany przez jeden utwór będący alegorią różnych uczuć, czy wydarzeń z jego życia. Przed głównym bohaterem otwierają się wspomnienia z trudnego dzieciństwa (jako dziecko doświadczał przemocy ze strony ojca i kolegów ze szkoły), wyborów jakie sam podejmował (zdradzenie najlepszego przyjaciela). Pojawia się też potencjalne rozwiązanie zagadki tajemniczego wypadku. Jego powodem może być to, że przyłapał żonę ze swoim przyjacielem na zdradzie i z tego powodu umyślnie wjeżdża w drzewo. W końcu wszystko prowadzi do tego, że bohater musi poradzić sobie ze wszystkimi swoimi negatywnymi emocjami, żeby wyrwać się z koszmaru w jakim się znalazł.
Pewnie coś poplątałam w fabule. No cóż... Zazwyczaj pozwalam porwać się muzyce i potem ciężko jest mi się skupić na tym, by móc w kilku słowach ją streścić.
Od strony muzycznej album jest niesamowity! Chociaż mam mieszane uczucia do dwóch, może trzech utworów, ale przy bliższym wsłuchaniu okazuje się, że idealnie wpisują się w historię i klimat tworzony przez muzyków zgromadzonych przez Lucassena. Z drugiej strony jest kilka takich, że człowiek momentalnie przenosi się gdzieś indziej i wydaje się czuć te muzykę każdą komórką. Zamyka się oczy i pozwala muzyce swobodnie płynąć.
Nie wiem jak to inaczej opisać, bo z muzyką mam zawsze problem, ale jeśli ktoś lubi rock opery to "The Human Equation" jest taką wobec, której nie można przejść obojętnie. Warto jej wysłuchać i pozwolić zabrać się na podróż w podświadomość.
Podobnie jak w przypadku każdej płyty Ayreona również w przypadku tej trudno przejść obojętnie wobec grafiki na okładce, która nie wiem, czy idealnie, ale oddaje klimat płyty. Artysta nie miał łatwego zadania tworząc tę grafikę, bo trudno na obrazie przedstawić czyjąś podświadomość i wnętrze.
Naprawdę z całego serca polecam , a podczas słuchania zachęcam do założenia słuchawek, podkręcenia głośności, położenia się gdzieś wygodnie i odpłynięcia razem z bohaterem na te ponad dwie godzinki.

Źródła ilustracji:
http://www.arjenlucassen.com

środa, 10 września 2014

Run through the hills

U mnie ostatnio tempo jak w piosence Iron Maiden "Run throug the hills", choć niespodziewane przeziębienie, które w tym całym szaleństwie upchnęło mnie do łóżka i między jedną drzemką, a drugą pozwoliło na skreślenie kilku słów.
Mój mały światek ostatnio stanął troszkę na głowie i w zasadzie nie potrafi wrócić do normalności od połowy sierpnia. Wakacji jako takich nie miałam, ale trochę sama sobie jestem winna, bo wybrałam sobie takiego, a nie innego zwierzaka do badań, a jak wiadomo wszem i wobec mało kto lubi pająki. Już sam ten fakt drastycznie zmniejsza ilość ludzi, który zerknęli by do moich zyzusiów jak mnie nie ma. Ilość ta topnieje niemal do zera, gdy pokazuję czym je trzeba karmić, a osiąga zero absolutne mówię, że są spokrewnione dość blisko z czarnymi wdówkami i mogą dziabnąć. No, cóż... Chciałam to mam i nie powinnam narzekać. Na szczęście lubię swoją pracę i patrzenie jak hodowla się rozrasta cieszy.
Nie udało się nigdzie daleko pojechać, ale mimo wszystko jakiś kilka małych wypadów udało się zaliczyć. Kilka razy z tatą na ryby. Mała wycieczka do zamku w Mosznej, choć w zasadzie powinnam powiedzieć pałacyku, ale Winckler miał fantazję i zrobił sobie zameczek jak Neuschwanstein, do tego wszystkiego piękny park w stylu angielskim. Jednodniowa trasa po miasteczkach Beskidu Śląskiego i Małego. No i już bardziej na luzie wypad ze znajomymi w okolice Piotrkowa, gdzie czasem czułam, że mentalnie odpowiadam jamochłonowi, ale no cóż... Nie jestem wyszczekaną bohaterką komedii romantycznych, ot życie : )
W międzyczasie przyplątało się nietypowe wesele, na którym po raz pierwszy ganiałam po górach w butach na obcasie, bo zapomniałam trampek, a treki zdecydowanie nie mieszczą się w torebce. Osobiście obcasów na Stożku nie polecam, ale przyjaciołom, którzy brali ślub życzę wszystkiego, co najlepsze. Wszystko było trochę na wariackich papierach, ale wiem, że oni tacy są, inaczej być nie mogło i bardzo dobrze! A ten widok z okna o wpół do siódmej to była najlepsza rzecz jaka mnie ostatnio spotkała. Żałowałam tylko, że te moje durne treki jednak nie wlazły do torebki i nie mogłam się zapuścić na wycieczkę ze Stożka na Czantorię.
Były też dwa wyjazdy trochę służbowe. Pierwszy to w sumie jeszcze nie wakacje, ale siałam dość mocno panikę przed wyjazdem. Na szczęście Lublin okazał się pięknym miastem, a doktorantka z UMCS, która mnie wzięła pod swoje skrzydełka w labie okazała się bardzo fajną dziewczyną. Dużo się dowiedziałam i czekam aż przyjdą moje zamówienia do mojego labu, by można było ruszyć z robotą. Udało się też całkiem sporo zobaczyć, a co najważniejsze to niemal wszystko było w zasięgu spacerowym. Tylko do Muzeum Wsi Lubelskiej było za daleko na piechtobus. Fajnie by było jeszcze raz tam pojechać i zobaczyć Ogród botaniczny UMCS, czy przejść się tą podziemną trasą.
Druga wycieczka była na konferencję do Poznania i to w tempie ekspresowym. 6:30 autobus jednego dnia i 6:20 pociąg drugiego dnia. Stolica Wielkopolski wydaje się być naprawdę pięknym miastem, więc kiedyś pewnie wybiorę się tam na dłużej, żeby ją na spokojnie obejrzeć. Przede mną jeszcze dwie konferencje i dwa miasta do zobaczenia, czyli Olsztyn i Siedlce. W tym pierwszym pewnie będę miała troszkę więcej czasu dla siebie, bo tak na dobrą sprawę jadę sama, a nie wszystkie sesje na konferencji mnie interesują. W Siedlcach zaś są tylko dwa dni i to dość ciasno upchane, no i nie będę sama, ale z innymi pajęczarzami z mojego labu.
Także jest teraz trochę szaleństwa, bo w zasadzie od ostatniego tygodnia sierpnia mam maraton wyjazdowo-laboratoryjny. Nie jest też tak, że nie czytałam. Udało się połknąć całkiem sporo książek, obejrzeć kilka filmów, a nawet z uporem godnym maniaka wsłuchiwać się w "01011001" Ayreona. Muszę tylko znaleźć chwilkę i uporządkować wrażenia żeby napisać coś sensownego, a na to na razie nie mam czasu, a głowa z gorączką temu nie sprzyja.