piątek, 30 maja 2014

The man from Beijing

Dla wielu Mankell = Wallander i nie ma się, co dziwić, bo ten sympatyczny nieco nierozgarnięty policjant o trochę złamanym życiu osobistym jest naprawdę fajnym bohaterem, do którego łatwo poczuć chociaż odrobinkę sympatii. Trochę gorzej jest z innymi bohaterami jego książek spoza serii o komisarzu z Malmö.
Miałam okazję przeczytać "Mózg Kennedy'ego", wobec którego mój umiarkowany entuzjazm zaczyna z upływem czasu stygnąć oraz "Włoskie buty", które mimo swojego nieco nietypowego charakteru bardzo polubiłam i chyba jeszcze do nich wrócę żebry zrewidować swoje odczucia.
Jedyną książką (oprócz opowieści dla dzieci), której do tej pory nie przeczytałam był chyba tylko "Chińczyk". Trochę czasu zajęło mi zanim w końcu postanowiłam go wypożyczyć, a potem jak już leżał na półce w końcu przeczytać i niestety nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że było warto.
Zaczyna się dość drastycznie. Pewnej zimowej nocy ktoś brutalnie morduje starszych ludzi mieszkających w zapomnianej szwedzkiej wsi. Odkrywcą tego makabrycznego wydarzenia jest fotograf, który robił cykl zdjęć o pustoszejących wsiach i z przerażenia dostaje zawału, wcześniej jednak udaje mu się wykręcić numer alarmowy oraz dodać gazu, co powoduje, że wjeżdża pod nadjeżdżającą ciężarówkę. Policjanci, którzy docierają na miejsce zdarzenia są równie przerażeni tym, co widzą. Nie mogą tego pojąć i też nie bardzo wiedzą w którą stronę ma iść śledztwo. W tym samym czasie sędzina Brigitta Roslin zmaga się z wyrokiem, który w jej ocenie jest niesprawiedliwy, ale takie jest prawo, a na koniec ląduje na zwolnieniu lekarskim z powodu złych wyników badań.
Kiedy policja ujawnia nazwiska ofiar w poszukiwaniu krewnych Brigitta odkrywa, że jest w jakiś sposób spokrewniona z jedną z zamordowanych rodzin i rozpoczyna prywatne śledztwo, które wydaje się być fantazją niż faktycznym zbieraniem dowodów. Podczas, gdy policja szuka szaleńca ona znajduje tajemniczego chińczyka, który może być odpowiedzialny za to co się stało. Jej poszukiwania w końcu prowadzą ją do Chin, gdzie udaje się ze starą przyjaciółką. Tam nie tylko próbuje znaleźć swojego podejrzanego, ale i zderzają się jej wyobrażenia z młodości o komunizmie ze stanem faktycznym.
Prywatne śledztwo w sprawie zbiorowego morderstwa przeplata się z wielką polityką i wewnętrznymi sporami w Chinach, a Brigitta, która ani o krok nie przybliża się do rozwiązania zagadki nagle zupełnie nieświadomie dostaje się w sam środek burzy, a jej życiu zaczyna zagrażać niebezpieczeństwo.
Mankell prowadzi swoją opowieść, a w zasadzie opowieści na skrajnie różnych poziomach. Mamy współczesną Szwecję, w której stróże prawa muszą się zmierzyć z brutalną i prawdopodobnie niewyjaśnialną sprawą mordu na staruszkach z zapomnianej przez Boga i ludzi wsi. Jednak jednak ten wątek jest zdecydowanie najmniej rozbudowany. Pojawia się wręcz epizodycznie, stanowiąc jedynie zaproszenie czytelnika do przygody z "Chińczykiem". Drugim już zdecydowanie bardziej rozbudowanym szwedzkim wątkiem jest życie i dochodzenie prowadzone przez Brigittę Roslin. Ten element książki jest dość mocno rozbudowany i kilku poziomowy. Z jednej strony mamy spełnioną kobietę, która zaczyna dostrzegać rysy w swoim życiu. Namiętność w jej małżeństwie ostygła i tak naprawdę żyją z mężem obok sienie, a nie z sobą, ale żadne z nich nie potrafi o tym rozmawiać. Do tego dochodzi wypalenie zawodowe i rozgoryczenie na panujący system prawny, który wyraźnie kuleje. Z drugiej strony Brigitta często wraca myślami do swojej przeszłości, w której była idealistyczną komunistką (przynajmniej na pół gwizdka) fascynowały ją Chiny i miała swoją czerwoną książeczkę. Jest jeszcze trzecia strona, która dotyczy jej prywatnego śledztwa, w którym zmierza się w jakiś sposób z historią swojej rodziny.
Kolejnym dużym wątkiem jest starcie pewnego bardzo wpływowego rodzeństwa z Chin. Brat i siostra mimo iż są członkami jednej partii to zajmują w niej dwa skrajne obozy. Spór ten jednak jest pretekstem do wyjścia bardziej ogólnego. To, co myślą w jakiś sposób definiuje to, co się dzieje z Chinami. Jedna opcja chce poprawić nastroje społeczne przez kolonizowanie najbiedniejszymi grupami społecznymi niektórych krajów afrykańskich i tym samym zafundować tamtejszej ludności coś w rodzaju współczesnego kolonializmu. druga opcja jest natomiast bardziej konserwatywna i uważa to za jawną sprzeczność z ideałami komunizmu. Nie oznacza to jedna, że chce się zamknąć w sztywnych ramach komunizmu jaki widział Mao, ale chce zmian na swoich bardziej klarownych zasadach, a nie powtarzania modelu, który już był. Kiedy jednak znów wrócić do relacji pomiędzy bratem i siostrą widać wzajemną grę pozorów, a często nawet źle skrywaną wrogość, która w końcu znajduje ujście prowadząc do morderstwa.
Jest jeszcze trzeci poziom, który dotyczy historii. Jest on przedstawiany z perspektywy dwóch pamietników. Jednym z nich jest człowiek, który należał do przybranej rodziny Brigitty i pracował jako zarządca podczas budowy kolei w stanach. Tam z pogardą odnosił się do swoich podwładnych i traktował w bardzo brutalny sposób, wykazując się też niebotycznym rasizmem wobec ludzi o innym kolorze skóry, a szczególną nienawiścią darzył chińczyków. Drugim człowiekiem, którego historię śledzimy jest jeden z trzech braci, który w poszukiwaniu wolności po samobójczej śmierci rodziców uciekł z wioski do Kantonu. Tam zamiast lepszego życia ponownie trafił z bratem do niewoli i pracy przy kolei, gdzie był ciemiężony przez wspomnianego wcześniej szweda. Zapisał on ogrom swoich cierpień i nienawiści w pamiętniku, który potem przekazywano z pokolenia na pokolenie w jego rodzinie. W końcu trafił on w ręce człowieka, który postanowił pomścić krzywdy przodka.
Wszystko to mogłoby być niesamowicie ciekawą powieścią, ale mam wrażenie, że cała historia, która za tym wszystkim stoi jest zbyt wydumana. Dzieje się dużo i autor porusza mnóstwo ważnych tematów, od historii do której wielu nie chce się przyznać przez rasism, skrajną biedę po wielką politykę, mającą wpływ na to co się dzieje na świecie, a wszystko to podlane rozczarowaniami, wewnętrznymi sporami bohaterów i konfliktami w rodzinie. Za dużo... Nie mogłam się skupić, gdy niemal na każdej stronie byłam atakowana przez kolejne wielkie problemy. Do tego wszystkiego irytowały mnie postacie. Przypominały bardziej lalki wycięte z papieru. Bez wyrazu, płaskie i na swój sposób stereotypowe. Rodzeństwo ścierające się w chińskiej polityce ewidentne jing i jang. Mężczyzna ten zły, a kobieta ta dobra, która chociaż konserwatywna chce dobrych zmian. Brigitta jest bardzo irytująca przez te swoje wątpliwości i przez brak odwagi do rozmowy z mężem miota się bez sensu. Do tego wtrąca się tam, gdzie nie trzeba. Po za tym jest taka bez wyrazu...
Nie wiem, co się stało z tym pisarzem, który potrafił genialnie odmalować portrety psychologiczne swoich bohaterów. Strasznie mi tutaj tego brakowało. Postacie albo pałały nienawiścią do siebie nawzajem/świata/losu lub pogrążały się stopniowo w depresji/paranoi. Mankell przypisał im konkretne role bez miejsca na różne odcienie szarości.
Po za tym cały czas miałam wrażenie, że wszystko się ciągnie doprowadzając czytelnika do co raz większej depresji mimo małego optymistycznego akcentu na koniec. Przyznaję, że były momenty, ale na nich się kończyło. Zafascynowała mnie historia kryminalna, a dostałam spasioną wielowątkową powieść, w której autor chciał chyba upchnąć zbyt wiele. Szkoda...


Książka bierze udział w Wyzwaniu bibliotecznym u MK

Źródło ilustracji:
http://wyrwalczyta.blog.onet.pl/wp-content/blogs.dir/699300/files/blog_kc_4690632_7131043_tr_chinczyk.jpg

wtorek, 27 maja 2014

Jadę sobie...

Przy okazji wparowania do księgarni jak tylko ukazało się wznowienie "Samsary" Tomka Michniewicza z przerażeniem stwierdziłam, że od prawie roku nie czytałam żadnej książki podróżniczej (tak blog się czasem przydaje). Dlatego kiedy tylko koleżanka zaproponowała mi pożyczenie książki Marzeny Filipczak "Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet" nie zastanawiałam się za długo i wybrałam się z autorką w podróż po Azji.
Marzena Filipczak opisuje swoje przygody z samotnej podróży po Indiach, Kambodży, Tajlandii, Wietnamie. Opowiada o spotkanych tam ludziach, zadziwiających sposobach podróżowania i próbach przeżycia na ulicy, na której wszyscy jeżdżą wszędzie. Do tego opisuje swoje przeboje z wynajdywaniem hoteli, wycieczek oraz próbie przyzwyczajenia się do typowo indyjskiego sposobu jeżdżenia autobusem, czyli jak przyjedzie na czas to super, jak się spóźni godzinę też fajnie, jak pięć godzin to przecież nic się nie stało, a jak w ogóle nie przyjedzie - trudno jutro też jest dzień. Do tego wszystkiego zderza wyobrażenie Europejczyka o Azjatach oraz różnice kulturowe, które powodują w tamtej części świata (przynajmniej z perspektywy autorki) raczej zabawne niż straszne incydenty.
Część poświęcona podróżowaniu jest pisana bardzo swobodnie w formie notatki na bloga, przez co czytelnik ma wrażenie, że autorka często zwraca się do niego bezpośrednio. To trochę tak jakby siąść ze znajomym na kawie albo na skype i słuchać o tym jak to go pogryzły małpy i trzeba było całą podróż podporządkować terminom szczepień na wściekliznę, co było powiązane często z poszukiwaniem szpitala, który w ogóle ma szczepionkę.
Bywało wesoło, sielankowo, a czasem wydawało się, że bohaterka pakuje się w tarapaty bez wyjścia (zwłaszcza hotelowe koszmary) albo wszyscy ją próbują na wszystkim oszukać i często im się to udaje.
Z drugiej jednak strony mam wrażenie, że niektóre miejsca, czy tematy są traktowane zbyt powierzchownie. Trochę mnie nawet zirytowało to z jakim lekceważeniem pisała o zwiedzaniu miejsc powiązanych z historią wojny w Wietnamie. Ja rozumiem, że ktoś może tematów wojennych i martyrologii narodowej nie trawić, można też nie trawić turystów, którzy zachowują się jak kretyni fotografując się na tle kości ofiar tej wojny, ale błagam nie wkładajmy wszystkich do jednego wora. Skoro pani Marzenie to nie odpowiada rozumiem, ale są ludzie, którzy nie zwiedzają takich miejsc po to by zrobić sobie tam "sweet focie", ale choć w jakiś sposób dotknąć historii, która nigdy nie była różowa.
I to jest pierwsza część książki, którą czyta się łatwo lekko i przyjemnie czasem śmiejąc się pod nosem lub dziwiąc niemiłosiernie np. gdy zachodni turyści w przesadny sposób chcą wsiąknąć w hinduską duchowość.
Jednak książka ma jeszcze drugie bardziej praktyczne oblicze, w którym pisarka stara się zawrzeć kilka dobrych rad, czyli "Ciocia Dobra Rada radzi".
Marzena Filipczak pokazując często na własnym przykładzie pokazuje czego unikać, jak szukać noclegów, wycieczek, czy najzwyczajniej w świecie nie dać się oszukać przez hotelarza, który próbuje nam wcisnąć jeszcze jeden rachunek, którego niby to przypadkiem zapomniał wcześniej policzyć. Jakie karty kredytowe, co z telefonami i kilkoma typowo babskimi sprawami się ogarnąć. Trochę mnie ta część nudziła, ale dla kogoś (nie tylko kobiet) to może być pożyteczne źródło informacji o tym jak poruszać się w bądź, co bądź nieznanym środowisku.
Jednego czego mi czasem brakowało to zdjęć. Nie żeby było ich mało, ale w niektórych miejscach aż się prosiło o zdjęcie! Po za tym brakowało też zdjęć autorki w jakimkolwiek miejscu, do czego przyzwyczaili autorzy innych książek podróżniczych.
Podsumowując. "Jadę sobie" to lekka książka podróżnicza, przy której fajnie można się zrelaksować i trochę pośmiać. Choć autorka dołożyła podtytuł "Przewodnik dla podróżujących kobiet" to nie tylko kobiety mogą ją czytać. Panowie też znajdą coś dla siebie.
Muszę też przyznać się do jednej rzeczy. Trochę podziwiam autorkę za odwagę albo szaleństwo (zależy, z której strony patrzeć). Sama na tak długo bym się nigdzie nie wybrała tym bardziej, że mam traumę przed szykującym się wyjazdem na UMCS w Lublinie. Po za tym o ile w górach lubię posiedzieć sama i podładować baterie, tak jadąc gdzieś muszę mieć osobę do pogadania i robienia jej zdjęć.


Książka bierze udział w Wyzwaniu bibliotecznym i Czytamy polecone książki u MK


Źródło ilustracji:
http://merlin.pl/Jade-sobie-Azja-Przewodnik-dla-podrozujacych-kobiet_Marzena-Filipczak,images_big,29,978-83-929512-9-2.jpg

czwartek, 22 maja 2014

Tak sobie myślę...

Koniec semestru zbliża się nieubłaganie wielkimi krokami, a co za tym idzie czas na czytanie topnieje do rozmiaru półtorej godziny w autobusie. Z drugiej strony pogoda na razie sprzyja połowom pająków, więc nie siedzę tylko nad studenckimi sprawozdaniami, z których każde wprawia mnie w co raz większą konsternację. Częściej też sobie zadają pytanie, czy ja też kiedyś pisałam takie cuda o "badaniu aktywności nieaktywnego enzymu" albo "opłaszczonych grudkach opłaszczajacych się na imitacji pasożyta", czy też przypadkiem nie przeszłam na ciemną stronę biurka stając się sfrustrowaną wersją Dartha Vadera. Naprawdę czasem przechodząc korytarzem i powiewając fartuchem mam ochotę sobie puścić z telefonu "Marsz imperialny". Ciekawe jak zareagowałyby moje studenty. Brakowało by mi tylko hełmu, bo charczący oddech załatwię sobie wbiegając po raz tysięczny z piwnicy na trzecie piętro. No, ale jak to się mówi: jak się nie ma w głowie to się ma w nogach, szkoda tylko, że od takiego latania się nie chudnie.
Po za tym jest całkiem spokojnie, no może nie licząc regularnych napadów paniki związanych ze służbową wycieczką do Lublina. Może to po trochu wynika z tego, że mam jechać sama, a tego bardzo nie lubię. Zawsze mam tysiące wizji jak to gubię się w nieznanym mieście, mylę przystanki albo płacę kare za kupienie złego biletu. Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, ale zdecydowanie bezpieczniej czuję się w górach. W sumie nie wiem do końca dlaczego, ale miasta mnie przerażają, ludzie mnie przerażają i w ogóle mam ochotę w tedy trzasnąć skorupką. Dlatego też zawsze wolę jechać z kimś, choćby bardziej przerażonym ode mnie, bo zawsze to raźniej jechać z kimś.
Dodatkowo w maju poszalałam książkowo i stosik na biurku chwieje się niebezpiecznie. Zbyłam książkowego pypcia i w końcu dorwałam "Samsarę" Tomka Michniewicza, która kosztowała mnie w Matrasie 15% taniej, bo dorwałam jego najnowszą książkę "Swoją drogą". Do tego w Świecie Książki przypadkowo załapałam się na jakąś przecenę. Kupowałam najnowszą książkę Mai Lidii Kossanowskiej "Takeshi. Cień śmierci" i przy okazji zobaczyłam obie książki Ani Kańtoch, na które polowałam już od bardzo dawna. Niewiele myśląc wzięłam więc "Diabła na wieży" i "Zabawki diabła" licząc się z tym, że przez najbliższych kilka miesięcy nie będzie książkowych zakupów, a tu przy kasie pozytywne zaskoczenie i razem z rabatem na Kossakowską zapłaciłam koło 50 zł za trzy książki! Żeby było śmieszniej po ponad półrocznej próbie wypożyczenia "Gry Endera" w końcu ją kupiłam, a to wszystko z powodu tego, że w końcu zmobilizowałam się i obejrzałam film. I nijak po za paroma elementami nie potrafię go zgrać z tym, co o książce Carda pamiętam.
Od kuzynki pożyczyłam jeszcze "Dzikiego Mesjasza", a ona dodatkowo dała mi jeszcze "Złodzieja dusz" Jadowskiej. A żeby było śmieszniej okazałam trochę asertywności w bibliotece i nie wzięłam książek Lee Childa. Za to mam kolejnego Van Veeterena, "Mówcę umarłych" Carda i "Jedno uderzenie serca" Palmera. Jest, co czytać i ciekawa jestem kiedy się z tym wszystkim wyrobię...

poniedziałek, 19 maja 2014

Solaris

Przyznam się szczerze i bez bicia, że ze Stanisławem Lemem mam problem i to całkiem spory. Jest to już postać niemal legendarna i jako jedyna chyba doczekała się ekranizacji swojej książki za granicą. Powinnam, więc była się zmobilizować jakiś czas temu i coś przeczytać. Na przeszkodzie jednak stanęła mi mała czytelnicza trauma chyba rodem z podstawówki o ile dobrze pamiętam. 
Nie wiem kto układając listę lektur był "mądry" i doszedł do wniosku, że dziecko w podstawówce lat 10 zrozumie lemowskie "Bajki robotów". Nie wiem, czy było to spowodowane tym, że trzeba Lema polskiej młodzieży przedstawić nawet za cenę znienawidzenia go albo, że skoro bohaterami tych opowiadań są roboty to podstawówka jest miejscem najlepszym do ich omawiania. Najzwyczajniej w świecie nie wiem. Wiem za to, że ja mając lat 10 szczerze znienawidziłam Lema, bo nie potrafiłam ich zrozumieć mimo, że miało to naprawdę baśniowy charakter. Z resztą nie tylko ja tak czułam. Dlatego kiedy moi znajomi przeżywali fascynację twórczością Stanisława Lema, to ja unikałam go jak ognia. Kiedyś jednak podczas wieczornej rozmowy z kolegą ze studiów rozmawialiśmy trochę o sci-fi i jakoś tak mi się głupio zrobiło, że nie miałam w rękach innych jego książek. Tym sposobem wypożyczyłam jedną z najbardziej znanych książek Lema, czyli "Solaris" i muszę się przyznać, że przepadłam dla niej bez reszty...
Ciężko tak naprawdę jest powiedzieć, o czym tak naprawdę jest ta książka. Patrząc z jednej strony to historia osadzona w realiach science-fiction, w której bohaterowie zamknięci na stacji badawczej muszą się zmierzyć z obcym i brakiem odpowiedzi na próby porozumienia z nim. Z drugiej strony to opowieść psychologiczna, w której kluczem do otwarcia jest niespodziewane pojawienie się zmarłej żony Krisa Kelvina oraz prawdopodobnie innych bliskich zmarłych u wszystkich członków załogi, co prowadzi ich w stan lekkiego z czasem pogłębiającego się obłędu. Trzecim poziomem są rozważania na temat metodologii badań i tego jak człowiek mierzy wszystko swoją miarą, co w skrócie można podsumować łacińską sentencją ignoramus et ignorabimus.
Długo musiałam trawić te powieść, która biegnie niespiesznym i nieco rozedrganym rytmem. Czasem ciężko zrozumieć, co jest prawdą, co jest snem, a co jeszcze jest wytworem umysłu, który ma zbyt wiele sprzecznych danych to przetworzenia. Dodatkowo wszystko to jest poprzeplatane historią odkrywania planety, jej badań i prób kontaktu z istotą, która zamieszkuje Solaris. Historią doświadczeń na niej przeprowadzanych oraz zastanawianiem się, czy te byty, które nawiedzają załogę stacji są wynikiem działań naukowców, próbą kontaktu i zrozumienia ludzi, czy badaniami przeprowadzanymi na nich przez istotę zamieszkującą planetę.
Pytań jest więcej niż odpowiedzi i czytelnik często czuje się równie mocno zagubiony jak Kelvin, który szukając odpowiedzi na dręczące go pytania. Poruszane są problemy nie tylko powiązane z poczuciem winy i rozterek wewnętrznych człowieka, ale też jego bezsilności wobec rzeczy niezrozumiałych. Lem pokazuje, że nawet nauka potrafi stanąć bezradnie przed różnymi problemami wynikającymi z całkowitej odmienności napotkanych form istnienia. Pokazuje także jak bardzo ludzie przykładają swoją miarę do wszystkiego, co spotkają na swojej drodze i jak bardzo ich to obciąża. Nawet, gdy udają się w kosmos są obciążenia wspomnieniami z Ziemi i wyrzutami sumienia, od których nawet tak wielkie odległości nie potrafią ich uwolnić. Najbardziej dominującym uczuciem w tej powieści jest samotność. Nie tylko ta fizyczna, gdzie człowiek nie może nawiązać kontaktu z innymi, ale też o takiej wewnętrznej samotności, w której chociaż ma się potrzebę podzielenia z kimś swoimi problemami to nie można tego zrobić, bo sam człowiek nie jest w stanie ich zdefiniować.
Na pewno nie zrozumiałam "Solaris" w całości i na pewno jeszcze do niej wrócę, bo przepadłam w tym świecie bez reszty. Chyba dlatego, że czasami tak jak bohaterowie zamknięci na stacji badawczej czuję się bezradna i zagubiona, ale mimo to staram się znaleźć odpowiedzi na różne pytania. Z lepszym lub gorszym skutkiem, ale jednak. Jednym słowem przepadałam dla tej książki i chyba mogę ją postawić na tej samej półce, co "Władcę Pierścieni" i "Diunę", czyli jednych z ważniejszych dla mnie książek .
Mimo, że już jakiś czas upłynął od przeczytania tej książki to zdarza mi się trochę nad nią rozmyślać i to chyba podstawowe zadanie pisarza. Zmusić czytelnika, by myślał o tym, co przeczytał jeszcze długo po zamknięciu książki. Lemowi udało się to w 100%, choć dalej nie obiecuję, że przeczytam "Bajki robotów".
Powinnam jeszcze słówko napisać o filmie Soderberga na podstawie "Solaris", ale ten w porównaniu z książką wydał mi się strasznie jałowy, chociaż reżyser wykorzystał jeden fajny zabieg, który często stosują w chińskich filmach. Pobawił się kolorem chcąc wywołać odpowiednie uczucia w widzu, co troszkę się udało. Niestety zderzenie scenariusza z wizją Lema przypomina trochę zderzenie komara z pędzącym samochodem.



Książka bierze udział w Wyzwaniu bibliotecznym u MK


Źródło ilustracji:
http://ecsmedia.pl/c/solaris-b-iext7771888.jpg

piątek, 16 maja 2014

Oj, Charlotte, Charlotte..., czyli Lisia Dolina

Przeczytanie "Lisiej Doliny" było moim drugim podejściem do kryminałów niemieckiej pisarki Charlotte Link. Choć po książce "Ostatni ślad" obiecałam sobie już więcej nie zabierać się za twórczość tej pani. Jednak jak wszem i wobec wiadomo nie mam za grosz asertywności, dlatego dałam się namówić na "Lisią Dolinę", co było dużym błędem. 
Sam pomysł na książkę wydał mi się bardzo ciekawy. Kobieta po kłótni z mężem znika z parkingu po środku niczego, a człowiek, który ją porwał zostaje aresztowany i skazany na kilka lat pozbawienia wolności za ciężkie uszkodzenie ciała. Kilka lat później w podobny sposób znika kolejna kobieta i to w tym samym czasie, gdy nieudolny porywacz wychodzi warunkowo z więzienia.
Niestety na tym się kończy. Znów jest ten sam problem, co w "Ostatnim śladzie". Zamiast ciekawego kryminału mam tanie romansidło, bo podniesione do kwadratu. Dwa wątki romantyczne: miłość kobiety przyjmującej pod dach byłego więźnia i kiełkujący romans między mężem pierwszej porwanej, a przyjaciółką drugiej porwanej. Posiekana fabuła, mnóstwo punktów widzenia, które nie składają się w jedną sensowna całość, a do tego dziwaczny zabieg z wprowadzeniem narracji pierwszoosobowej w przypadku jednej z bohaterek i to jeszcze tej przeżywającej trudny romans z facetem, który nie wie czy jego żona żyje, umarła albo porwało ją UFO.
Już nie wspominam o mojej magicznej setce, czy tym, że przeskakiwałam po kilka stron, czy omijałam duże partie tekstu i kompletnie nic nie traciłam na niczym. Nie kulały z tego powodu portrety psychologiczne bohaterów, klimat, akcja, o napięciu nie wspominam bo go zwyczajnie nie było, no może ociupinkę na końcu. 
Wynudziłam się okropnie i cierpiałam strasznie z powodu tego jak można było zabić taki świetny pomysł. Czy były jakieś pozytywy? Nie wiem, ja się nie umiem ich dopatrzeć i ciągle zastanawia mnie to skąd biorą się te hasła, że jest to najbardziej poczytna niemiecka autorka. Nie rozumiem też dlaczego umieszcza akcje wszystkich swoich książek w Wielkiej Brytanii, skoro dużo ciekawiej (przynajmniej z mojego punktu widzenia) byłoby osadzić wydarzenia gdzieś w Niemczech, bo mam wrażenie, że w UK wszystko już było...
Mówi się, że do trzech razy sztuka, ale ja chyba długo nie wezmę do stosiku nic, co wyszło spod pióra Charlotte Link...


Książka bierze udział w Wyzwaniu bibliotecznym i Czytamy polecone książki u MK.

środa, 14 maja 2014

Il mostro di Firenze

Co takiego jest w seryjnych mordercach, że jednocześnie fascynują i wprawiają w przerażenie? Co jest takiego w tych ludziach, że książki, filmy, czy nawet seriale ("Dexter", "Hanibal") cieszą się ogromną popularnością? A co, gdy morderca nie jest tylko wymysłem autora thrillera, czy scenariusza filmowego?
Nie wiem i ciężko mi na te pytania odpowiedzieć, ale sama łapie się na tym, że czytam, czy oglądam tego typu programy. Czasem nawet zdarza się nam, że dyskusja o skądinąd kiepskim kryminale prowadzi do ludzi pokroju Bogdana Arnolda, który mordował całkiem niedaleko WBiOŚ w Katowicach. 
Jakoś tak przed długim weekendem rozmowa w pokoju zeszła do socjopatów i seryjnych morderców. W tedy właśnie koleżanka poleciła mi książkę o serii morderstw we Włoszech w latach 1968-85. Temat mnie zainteresował i już następnego dnia w autobusie do Krakowa zaczęłam się zagłębiać w jedną z bardziej kontrowersyjnych włoskich spraw kryminalnych.
"Potwór z Florencji", bo taki jest tytuł książki została napisana przez florenckiego dziennikarza Maria Speziego, który śledził całą sprawę praktycznie od pierwszego morderstwa oraz Douglasa Prestona - amerykańskiego pisarza poczytnych kryminałów, który przyjechał z rodziną do Florencji w poszukiwaniu natchnienia do kolejnej książki. Historia, którą przedstawiają zaczyna się od ich spotkania w pewnej knajpce, gdzie doświadczony dziennikarz śledczy zamiast przybliżać Amerykaninowi działanie włoskiego wymiaru sprawiedliwości zaczyna mu opowiadać o czymś dużo bardziej ciekawym, co na dodatek wydarzyło się blisko domu wynajętego przez Prestona i jego rodzinę.
Najpierw panowie zarysowują historię Florencji ujawniając nie tylko jej światłe renesansowe oblicze, ale i to szalone, o którym lepiej byłoby zapomnieć. Po czym przenoszą się do roku 1974 i morderstwa dwójki młodych ludzi, którzy postanowili wyjechać wieczorem za miasto. Tak rozpoczyna się śledztwo pełnie niewiadomych i mnożących się pytań, na które śledczy nie bardzo potrafili i chyba do dzisiaj nie potrafią jednoznacznie odpowiedzieć.
Spezi i Preston przedstawiają wszystkie możliwe fakty jakie udało im się zebrać na temat Potwora z Florencji. Analizują dowody, weryfikują hipotezy, a nawet podważają pracę policji, która najpierw chce na siłę znaleźć winnego, a potem zaczyna snuć domysły rodem z tanich kryminałów. Pokazują bezradność policji i to jak co jakiś czas zmieniają się osoby prowadzące śledztwo. Pokazują konflikt miedzy policją, a żandarmerią oraz masę niedociągnięć od złego zabezpieczenia miejsca zbrodni po próby wymuszania pasujących do hipotezy zeznań i podkładanie dowodów. W końcu i oni padają ofiarami śledztwa, które wymknęło się zupełnie spod kontroli...
Cóż mogę o samej książce powiedzieć? Widać w niej trzy wyraźne części. Pierwsza to zarys historyczny opisujący chociażby prześladowania chrześcijan, czy pewnego mnicha, który przez pewien okres rządził miastem wieszcząc koniec świata. Druga i chyba najciekawsza to opis śledztw prowadzonych przez Mario Speziego i włoską policję, w której autorzy starają się wszystko dokładnie opisać przy okazji weryfikując różne hipotezy. No i wreszcie trzecia, która jest wręcz czystą komedią kryminalną. Zaczyna się ona od przybycia Prestona do Florencji i aklimatyzacji jego rodziny do nowego kraju, a kończy posądzeniem pisarza o współudział w morderstwie, fabrykowaniu dowodów i składaniem fałszywych zeznań, których podstawą są teorie pewnej paranoiczki węszącej wszędzie spisek sekty satanistów.
Czy książka jest dobra? Trudno jednoznacznie mi powiedzieć. Czasem gubiłam się w tej zbeletryzowanej historii i gdzieś gubiła się sprawa Potwora z Florencji oraz wszystkich, którzy byli w nią mniej lub bardziej zamieszani. Czasem też irytowały dygresje na temat historii miasta i perypetie pisarza, który dopiero uczył się mówić poprawnie po włosku.
Jednak jestem pod wrażeniem zebranych różnych wątków, dowodów i hipotez oraz jasnemu sposobowi ich przekazania, który przy okazji piętnował paranoję w jaką popadali kolejni śledczy.
W sumie książka podobała mi się i mogę ją z czystym sumieniem polecić każdemu, kto na co dzień czyta dużo kryminałów. Tutaj jest historia równie nieprawdopodobna jak te wymyślone, ale niestety jest prawdziwa i w przeciwieństwie do nich nie znajduje rozwiązania, a pytania w dalszym ciągu się mnożą...


Książa bierze udział w Wyzwaniu czytamy polecone książki i Wyzwaniu bibliotecznym u MK

niedziela, 11 maja 2014

Z huraganem w tle

Znudzona wczorajszą Eurowizją (choć Duńczycy mieli momenty) postanowiłam się w końcu zebrać w sobie i zrobić notatkę o "Kolekcjonerze" Alex Kavy, który też miał momenty, ale w ogólnym rozrachunku był nudny. Podobnie jak mój pierwszy kontakt z twórczością tej pani.
Streszczenie na plecach książki zapowiadało rzecz spektakularną i trzymającą w napięciu. Zbliżający się huragan oraz wyłowiona z oceanu lodówka wypakowana fragmentami ludzkich zwłok, a w to wszystko wrzucona kobieta nie mająca pojęcia o huraganach, ale świetna profilerka od seryjnych morderców, która nie bardzo lubi się ze swoim szefem, czyli Maggie O'Dell. Prawda, że brzmi ciekawie? Niestety rzeczywistość jest zupełnie inna.
Maggie O'Dell właśnie skończyła jedna sprawę, która skończyła się dość drastycznie. Morderca, którego tropiła wbrew oczekiwaniom jej szefa jednak był w swojej kryjówce i skończyło się to tym, że agentka została zbryzgana resztkami jego mózgu. Wściekły Kunze postanawia się więc przynajmniej na chwilę pozbyć podwładnej i wypożycza ją na Florydę, gdzie straż przybrzeżna wyłowiła lodówkę wypakowaną fragmentami ludzkich zwłok. Jeszcze bardziej dziwi fakt, że poszczególne części należą o różnych osób,a tors należy do mężczyzny, który zaginął gdzieś na drugim końcu Stanów.
W tym samym czasie w bazie wojskowej w Pensacoli umierają młodzi żołnierze, którym w wyniku obrażeń trzeba było amputować kończyny lub je operacyjnie scalać. O pomoc poproszono Benjamina Platta, który właśnie wrócił z Bliskiego Wschodu. Jego diagnoza jest jednak zupełnie nieprawdopodobna i dopiero, gdy dowództwo bazy dłużej przetrawi sprawę przyznaje mu rację ponownie prosząc o pomoc.
Kiedy zaczynamy się wczytywać w kolejne rozdziały nagle okazuje się, że nie jest tak emocjonująco jak miało być na początku. Niemal na samym wstępie dostajemy gotową odpowiedź na pytanie kto zabijał i dlaczego, gdy pojawia się wątek mężczyzny przedstawiającego się jako Joey Black (oryginalnie prawda?). Łatwo jest się więc domyślić, że facet jeździ szlakiem klęsk żywiołowych i zbiera trupy lub zabija żeby pozyskać coś świeższego, a potem sprzedaje fragmenty ofiar na konferencje lekarzy.
Pod tym względem nie ma żadnego zaskoczenia i tylko to czekanie kiedy w końcu ktoś raczy się domyślić o co chodzi dłuży się niemiłosiernie.
Niemiłosiernie kuleje także atmosfera. Spodziewałam się większej nerwowości i siania paniki przed huraganem, który mógł zmieść wybrzeże Florydy tak jak Katrina Nowy Orlean. Niestety po za tym, że nie ma niczego w sklepach, nigdzie nie można dostać agregatów, czy benzyny oraz opustoszałej plaży nic nie wskazuje na to, że coś ma się stać. Atmosfera jest jak na niedzielnym obiadku, z tym że jest podlana kiepską próbą analizowania osobowości Maggie, dziwnym sposobem na podryw Platta oraz problemami jakie ma jedyna kobieta ratownik w swoim oddziale. Wieje nudą i to z taką siłą jak opisywany huragan, który miał być tłem wszystkich wydarzeń dodatkowo wprowadzając napięcie.
Po za tym mam jedno pytanie do wydawcy. Kto wymyślił tytuł tak bardzo niepasujący do fabuły? Był jakiś konkurs na najbardziej bezsensowny tytuł dla tej pozycji? Nie ma tam żadnego kolekcjonera, ani nawet seryjnego moredercy tylko handlowca o morderczych zapędach. Dla mnie tytuł to jedno wielkie nieporozumienie, bo chyba spodziewałam się czegoś bardziej w klimacie "Kolekcjonera kości" Deavera, ale porównywanie tych dwóch thrillerów byłoby nieporozumieniem.
To moje drugie spotkanie z książkami tej autorki i z przykrością muszę stwierdzić, że ta książka jest gorsza od "Śmiertelnego napięcia", ale przynajmniej wstrzeliłam się w kolejność tomów o O'Dell. "Kolekcjoner" jest nudny i rozwleczony, bez cienia jakiegokolwiek napięcia. Ot czytadło na jeden wieczór, ale w moim przypadku kolejne strony ciągnęły się i ciągnęły.
Zastanawiam się, czy mam ja po prostu nie mam pecha do jej słabszych książek, bo ciągle spotykam kogoś kto widząc nazwisko na okładce reaguje bardzo entuzjastycznie i zachwala autorkę. No nic. jak to mówią: do trzech razy sztuka. Czekają jeszcze na mnie "Płomienie śmierci", ale cudów nie oczekuję.

Książka bierze udział w Wyzwaniu Bibliotecznym u MK.


Źródło ilustracji:
http://i.datapremiery.pl/4/000/00/219/alex-kava-kolekcjoner-the-collector-cover-okladka.jpg

czwartek, 8 maja 2014

Teoria wszystkiego

Znów odwlekam pisanie o przeczytanych książkach, ale muszę o tym napisać bo w końcu wyjdę z siebie i stanę obok albo moja pęknięta mp4 powie dość ogłaszając strajk protestacyjny. A cała awantura dotyczy pewnego Holendra z psem, który wygląda wypisz wymaluj jak jego właściciel. Ten człowiek to Arjen Lucassen, który jest mózgiem projektu o nazwie Ayreon.
Ciężko powiedzieć jaką naprawdę muzykę gra, a w zasadzie grają muzycy zgromadzeni przez Lucassena. Definicji jest tyle ilu jest słuchających, ale do tych najczęściej powtarzanych klasyfikacji należą metal progresywny, metal symfoniczny oraz folk metal. Dla mnie osobiście jest to mieszanka rock opery ze space operą, bo od science fiction w klimacie nieco Star Trek'owskim przeplecionych folkowym brzmieniem uciec nie można. Dla mnie bajka!
Na płytach tego muzyka mam wszystko, co lubię. Od cięższych brzmień, po folk i elementy kosmiczne wyrwane ze ścieżek dźwiękowych filmów sci-fi (tych klasycznych ;), do tego genialnie dobrani wokaliści perfekcyjnie odgrywający swoje role w scenariuszu napisanym przez Lucassena. Dodatkowym atutem krążków są genialne okładki z cudownymi surrealistycznymi grafikami Jeff'a Bertelsa. Wypadało by jednak przestać rozpływać się nad Ayreonem jako takim, choć mogłabym tak godzinami jak z resztą o Kamelocie, Seventh Wonder i Tolkienie.
Tym razem z uporem maniaka i jakby to powiedziała mama "godnym lepszej sprawy" katuję otoczenie z moją nieszczęsną ledwie zipiącą mp4 na czele ostatnim albumem Ayreona, czyli "The Theory of Everything".
Jest to historia nieco inna od tego, co do tej pory można było usłyszeć na poprzednich wydawnictwach. Nie ma tu tyle sci-fi, czy przeplatających się różnych czasów i świadomości. Jest za to historia pewnego chłopca, który odnajduje się w zasadzie tylko i wyłącznie w świecie liczb. Ma nawet na tyle umiejętności by przy odpowiednim wsparciu odkryć Teorię Wszystkiego, teorię, która jednym równaniem byłaby w stanie opisać wszystkie prawa rządzące tym światem. Wszystko zaczyna się komplikować, gdy pozostali bohaterowie chcę go kreować według siebie.
Klimat i historia według mnie są zbliżone do miksu filmów "Piękny umysł" oraz "Rain Man", a wszystko to podlane genialną muzyką.
Na początku może ona przytłaczać ilością motywów, instrumentów oraz brakiem powtarzających się fraz, czy refrenów. Jednak po pierwszym przesłuchaniu chce się jeszcze! Bo jest to połączanie strasznie intrygujące i wymagające spokojnego wsłuchania nie tylko w słowa, żeby zrozumieć opowieść, ale też dać się ponieść muzyce gdzieś daleko. Dać ponieść, gdzieś do tej latarni, która pojawia się na okładce.
Oprócz perfekcyjnej strony instrumentalnej Lucassenowi udało się zebrać całkiem ciekawy zespół wokalny. Dla mnie najważniejsza jest następująca trójka: Tommy Karevik (Kamelot/Seventh Wonder), Marco Hietala (Nightwish/Tarot) i Cristina Scabbia (Lacuna Coil). Wszystkich tych wokalistów znam z zupełnie różnych stylów, które prezentują na co dzień i o ile Karevika byłam sobie wstanie wyobrazić w tego typu albumie to całej reszty już nie za bardzo. Jednak razem z pozostałymi wokalistami wykonali kawał niezłej roboty.
Jednym słowem zakochałam się w tym albumie i brakuje mi tylko możliwości puszczenia go sobie gdzieś głośno na porządnych głośnikach. Album wielki i nie banalny wobec, którego nie można przejść obojętnie, a jak już raz się wsiąknie w ten świat, to chce się jeszcze i jeszcze...
Rzecz, o której może jeszcze warto wspomnieć to bogaty Making Off, który został do "The Theory of Everything". Są wywiady z wokalistami, muzykami i dodatkowo wszystko jest opatrzone komentarzem Arjena. Dla maniaków mojego pokroju naprawdę trafiony dodatek :)
Jeśli więc ktoś chce wybrać się na wycieczkę, którą proponuje Arjen Lucassen i spółka to zapraszam do słuchania.



P.S.
Arjen Lucassen ma u mnie dodatkowego plusa za psa i choć przyznam się szczerze, że nie cierpię grzywaczy chińskich to Hoshi jest słodka :)



Źródła ilustracji:
http://www.vandohalen.com.br/wp-content/uploads/2014/01/ayreon.png
http://4.bp.blogspot.com/-9sLtNpzonsQ/Ul9Tu6JzPwI/AAAAAAAACSQ/7BGEX_xoTE4/s1600/ayreon+the+theory+of+everything+metalharem.jpg

wtorek, 6 maja 2014

Widok z okna

Powinnam napisać dwie recenzje. Powinnam, ale mi się nie chce, bo pod powiekami wciąż mam widok z weekendowego wypadu w Tatry i choć nie udało się wyjść wyżej niż na Morskie Oko, gdzie pomagałam znajomemu w badaniach to i tak udało się całkiem nieźle podładować baterie zwłaszcza, gdy o 9 nie było jeszcze nad stawem ludzi.
A zaczęło się niewinnie. Jeden telefon, mała zawierucha w domu oraz paląca potrzeba oderwania się od wszystkiego i wszystkich. Długi weekend w Tatrach, choćby i nie wychodzić nigdzie wysoko w góry tylko medytować nad Morskim Okiem? Czemu nie, jadę! No i tak nawet nie do końca zorientowałam się kiedy taszcząc plecak wyszłam z domu.
Po pięciogodzinnej podróży w autobusie w końcu wysiadłyśmy z dziewczynami na dworcu PKS w Zakopanem. Tam człowieka od razu dopada lokalny koloryt, czyli panie i panowie z tabliczkami i ofertami noclegów. W tym roku zauważyłam jednak mały postęp, bo na co drugiej tabliczce było "Pokoje z łazienką". Jest to trochę irytujące, zwłaszcza gdy nie marzy się o niczym innym niż rozprostowanie kości i zastanawia się, czy ostatniego kwietnia o 19 jeżdżą jeszcze busiki do Kuźnic, gdzie miał czekać niezawodny Jasiek Krzeptowski-Sabała i wolontariacki samochodzik.
Niestety jak się okazało ostatni busik odjechał pół godziny wcześniej, więc trochę nam miny zrzedły na myśl o targaniu plecaków z tygodniowym zapasem jedzenia z dworca prawie pod kolejkę na Kasprowy. Na szczęście okazało się, że kierowca stojącego niedaleko busika może nas wysadzić na rondzie i wystarczy przejść tylko dwa kilometry z haczykiem pod górę. Pewnie gdyby koleżanka nie uniosła się ambicją i czymś w rodzaju kobiecej niezależności to i tych dwóch kilometrów nie musiałybyśmy drałować, bo Jasiek chciał po nas zjechać. No, ale cóż... Zuzia już tak ma.
W końcu dowlokłyśmy się do dyrekcji TPN, gdzie załatwiliśmy z Jaśkiem wszystkie formalności i przy okazji uzupełniliśmy zeszłoroczne zaległości. Legitymacje wolontariackie, koszulki, czapeczka i to do czego mi się chyba najbardziej zaświeciły oczy to ostatni egzemplarz "Tatr" oraz elektroniczna książka WWF'u "Drugie życie drzewa" (kto ma okazję niech przeczyta, bo to genialnie napisana książka i napisana bardzo przystępnie). Mała wymiana plotek, zazdrosne spojrzenie na widok jaki ma z okna swojego pokoju Janek i w drogę na Palenicę, gdzie mamy spać.
W domku zimno jak cholera, ale przynajmniej były grzejniki, kocyki i masa dobrego humoru. Gorzej ze wstawaniem rano, bo trochę się zmarzło. Mimo koca, śpiwora, bluzy i dwóch par skarpetek miałam wrażenie, że nos i palce u stóp mi odpadną, ale co tam. Śniadanie, herbata do termosu i w drogę.
Przed ósmą drogą Oswalda Balzera na Morskie Oko idzie niewielu ludzi i najczęściej są to osoby, które nie przyjechały tylko do schroniska i z powrotem. Porządne buty, często kije i czekany dopięte do plecaków oraz tempo bynajmniej nie spacerowe.
Temperatura nie była jakoś szalenie wysoka, ale im dłużej pracowały mięśnie tym było cieplej, a szło się naprawdę bardzo dobrze. Było wesoło i naprawdę pięknie! Zięby szalały w drzewach, a na dnie lasu szalały pierwiosnki, szawik, żywce i urdziki, tworząc w niektórych miejscach śliczny żółto-biało-fioletowy dywan.
Mały przystanek przy Wodogrzmotach Mickiewicza i lecimy dalej. Ja jak zwykle zachowywałam się jak japoński turysta pstrykając zdjęcia naprawo i lewo, ale na swoje usprawiedliwienia mam to, że w Tatrach nie byłam od przeszło roku. No i stęskniłam się za nimi!
Nad samym Morskim Okiem byliśmy jakoś trochę po 9, co uznaję za swój nieoficjalny rekord. 9 km w godzinę dwadzieścia minut to całkiem niezły wynik, a dodatkową nagrodzą był cichy i spokojny staw bez dzikiego plażującego tłumu, który nawet świętego wyprowadzi z równowagi.
Zliczanie turystów zaczęliśmy o 9:30 i tak z co raz większą irytacją liczyłam ich sobie do prawie piętnastej, ale za to obeszłam sobie Morskie Oko kilka razy dookoła i to najczęściej wystarczało, żeby znów nabrać dystansu do wszystkiego. Zamarznięty staw i przysypane śniegiem otaczające je szczyty potrafiły naprawdę ukoić skołatane nerwy.
 Przez te kilka dni naprawdę udało mi się podładować baterie mimo, że spacer na Czarny Staw pod Rysami się nie udał z powodu śniegu zalegającego grubą warstwą na szlaku, a ja nie czułam się zbyt pewnie na jego mocno wyślizganej warstwie. Natomiast plany wyjścia na spacer choćby na Psią Trawkę pokrzyżowała ulewa w sobotę (panu Gowinowi odstawiającemu cyrk nad Morskim Okiem również pogoda postanowiła pokazać, gdzie jego miejsce). W niedzielę jeszcze większy ubaw miałam, gdy o piątej wyjrzałam za okno, a tam śniegiem jak na Boże Narodzenie sypie. Pewnie, gdybym miała gdzieś nagrane "Last Christmas" to bym je puściła. 
Potem była szalona jazda trzęsącym busikiem i próba wciśnięcia się w autobus do Krakowa.
Na dworcu było nerwowo, bo pociągi nie jeżdżą, a każdy chciał wcisnąć się do najwcześniej jadącego PKS'u. Mi się jakoś ta gorączka nie udzieliła i do wszystkiego podeszłam na luzie. Nerwowa zrobiła się za to Zuza i troszkę na koniec mam wrażenie, że mi się oberwało, ale co tam. Wystarczyło zamknąć oczy albo wyjść z zatłoczonego Dworca i spojrzeć na ośnieżone góry żeby odzyskać trochę spokoju.
Oczywiście jak zwykle kiedy wracam z Zakopanego muszę przywieźć serki. Tym razem również wracałam przypominając (i trochę pachnąc) jak sklep z serem. Warto było jednak targać to wszystko żeby zobaczyć jak moje psisko prawie wlazło do plecaka w poszukiwaniu serowych sznurówek.
To była jak na razie jedna z lepszych majówek i spontanicznie organizowanych wyjazdów. Naładowałam baterie, porobiłam zdjęcia i nabrałam tego dystansu, o którym śpiewa KSU w "Za mgłą"
Fajnie za to wiedzieć, że wolontariat w TPN rozwija się pełną parą, a zmiana dowodzenia obyła się bez większych zawirowań. Paweł Skawiński był świetnym dyrektorem i człowiekiem z ogromną wiedzą, który świetnie potrafił się nią dzielić, a Szymon Ziobrowski wydaje się być jego dobrym następcą.
Jeśli ktoś by chciał wiedzieć o wolontariacie więcej to zapraszam tutaj. Ja sobie go chwalę i choć nie zawsze bywało różowo to muszę chyba pomyśleć żeby w tym roku wpaść tam na tydzień, czy dwa.