środa, 26 lutego 2014

Opowieści różnej treści

Ostatnio w łapki wpadły mi dwa zbiorki opowiadań. "Opowieści niesamowite" Edgara Allana Poe i "Zbliżenia" Janusza L. Wiśniewskiego. Z pierwszym pisarzem miałam już przyjemność gdzieś mniej więcej w okolicach gimnazjum, a o drugim słyszałam dużo, ale zawsze uważałam, że to autor mnie dla mnie.
Do twórczości Poe postanowiłam wrócić po obejrzeniu filmu "Kruk: zagadka zbrodni". Poleciałam do biblioteki i przekopałam półki w poszukiwaniu jakiejkolwiek książki tego autora. Ku mojej radości ostał się ostatni egzemplarz "Opowieści niesamowitych", więc zabrałam go ze sobą do domu. Cieniusieńka książeczka musiała, co prawda chwilę poczekać na swoją kolej, ale w końcu dorwałam się do niej z nadzieją na chwile grozy i błądzenie po zakamarkach ludzkiej duszy, czyli na powtórzenie tego, co przeżywałam wchłaniając kolejne opowiadania mając naście lat. No i tu niestety dopadło mnie rozczarowanie, bo ten dreszczyk gdzieś uleciał. Znałam opowiadania i wiedziałam czego się po nich spodziewać, więc nic nie mogło mnie już zaskoczyć. Na dodatek irytował mnie narrator, ale ja już tak mam i średnio lubię narracje pierwszoosobową. Nie zmienia to jednak faktu, że Poe jest mistrzem w swoim gatunku (choć czasami ponosiło go i pojawiają się zbyt górnolotne frazy) to potrafił stworzyć klimat grozy owianej dymem opium od którego człowiek zaczyna widzieć rzeczy których nie ma albo wcześniej ich nie dostrzegał.
Niestety muszę jeszcze pomarudzić na wydanie, które mi się dostało. Zielona Sowa to wydawnictwo kojarzy mi się przede wszystkim z lekturami szkolnymi i działaniami na rzecz ich znielubienia przez uczniów. Bardzo drobna czcionka i wręcz mikroskopijne marginesy sprawiają, że czytanie najzwyczajniej w świecie się dłuży. Co z tego, że wydawcy udało się uzyskać cieniutką książeczkę jak drobny druczek powoduje, że strony nie uciekają. To niestety powoduje, że nawet ciekawa powieść, czy krótkie opowiadanie ciągną się w nieskończoność. A ja jestem z tych co lubią przerzucać kartki.
Drugi zbiór opowiadań był autorstwa Janusza L. Wiśniewskiego. Jak wspomniałam wstyd się przyznać, ale do tej pory nic jego nie czytałam, a znam ludzi, którzy się jego książkami zaczytują. Znajomi postanowili to naprawić i dostałam od nich "Zbliżenia". Jest to zbiór kilkunastu króciusieńkich opowiadań, w których poruszane są różne potrzeby ludzi. Potrzeba bliskości, miłości, a nawet dzielenia się z innymi swoją stratą. Niektóre opowiadania przypominały rozmowy chociaż bez dialogów. Wyglądało to tak jakby autor zapisał tylko odpowiedzi, a pytania zadawane bohaterom pozostały w sferze domysłów czytelnika. Inne przypominały króciutkie sprawozdania z tego co się dzieje w świecie innych ludzi. Częściej były to historie smutne, wręcz dramaty, ale ich skala była różna.
Co mogę o "Zbliżeniach" powiedzieć? Ładna, ale smutna książeczka. Taka, która kojarzy się z deszczem i szarówką za oknem, ale był w tym jakiś urok. Nie miałam ochoty po tej lekturze od razu pobiec do biblioteki po pełnowymiarową powieść Wiśniewskiego, ale kto wie może kiedyś...

"Opowieści niesamowite" biorą Wyzwaniu Bibliotecznym u MK

piątek, 21 lutego 2014

Słowa nakreślone na wachlarzu

Na samym początku muszę bardzo mocno podziękować MK za polecenie książki Lisy See "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz". Książka ta podobnie jak "Wyznania gejszy" i "Gejsza" pozwoliły na zajrzenie w kolejny z tajemniczych kobiecych światów dalekiego wschodu. Świat tak daleko inny od naszego, że jego tradycje z naszej perspektywy wydają się barbarzyństwem.
Naszą przewodniczką po świecie, w którym kobieta nie ma nic do powiedzenia i jest uważana za bezwartościową jest Lilia, która snuje swoją opowieść już jako stara kobieta. Zaczyna ona swoją opowieść w rodzinnym domu dzieląc ją na różne okresy np. dni córki, dni ryżu i soli, czy dni upinanych włosów i opowiadając co się z nią w tamtych okresach działo. Opisuje szczegółowo zwyczaj krępowania stóp. Ból jaki sprawiały wielokrotnie łamane i zrastające się kości podczas formowania stópek na kształt pączków złocistych lilii. 
Jednak nie to jest istotą książki. Bolesne tradycje związane z życiem kobiet, którym krępowano stopy są tłem dla innej tradycji. Chodzi o laotong - związek między dwoma kobietami, który ma być trwalszy i pełniejszy uczuć niż małżeństwo, na które dziewczęta nie mają wpływu.
Lisa See ustami Lilii opowiada o miłości i przyjaźni jakie połączyły ją z Kwiatem Śniegu. Dwie dziewczynki urodzone w tym samym czasie, a w zasadzie ich rodziny podejmują decyzję, która ma podnieść ich status na rynku małżeńskim. Na początku dla Lilii i Kwiatu Śniegu jest to dobra zabawa, podczas której uczą się od siebie nawzajem, a potem stają się dla siebie pocieszycielkami, gdy okazuje się, że rzeczywistość jest inna niż podejrzewały. Przyjaźń dziewczynek zderza się z brutalnie odmienną rzeczywistością każdej z nich, błędami przez nie popełnianymi, niespełnionymi obietnicami i bolesnymi nieporozumieniami między nimi samymi. A wszystkie te gorące uczucia szarpiące duszami Lilli i Kwiatu Śniegu schowane są pod powściągliwą maską tradycji, która każe kobietom znosić wszelkie niedogodności i upokorzenia, a także narzuca surową dyscyplinę.
"Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" dosłownie wchłonęłam. Lisa See stworzyła barwny i szczegółowy opis kultury, która skazywała kobiety na cierpienia. Począwszy od traktowania córek jako "niepotrzebnych gęb do wyżywienia" po bolesny zabieg krępowania stóp żeby dziewczynki mogły się na coś przydać, czyli dobrze wyjść za mąż i rodzić mężom synów.
Autorka zbudowała szczegółowe portrety różnych kobiet, które zajmowały różne pozycje. Opisała jaką rolę pełnią matki i jakie mają obowiązki wobec córek. Przedstawiła jak wysoką pozycję w domu zajmują teściowe i jak różne mogą one być wobec synowych (od wyrozumiałych nauczycielek, po dręczycielki). Najważniejsze jednak i najbardziej pełne portrety należą do Lilli i Kwiatu Śniegu, czyli naszych laotong. Dziewczynki są różne, chociaż według swatki mają idealne wszystkie osiem znaków i urodziły się w tym samym czasie. Jednak różnią się od siebie. 
Lilia jest córką biednego rolnika, z biednej wioski i jej jedyną szansą na choć odrobinę lepsze życie jest posiadanie idealnych złotych lilii. Nie jest dobrym obserwatorem i łatwo daje się krępować sztywnej tradycji. Jest też trochę zapatrzona w siebie kiedy uzyskuje lepszą pozycję i często zamiast po prostu być z przyjaciółką okopuje się zachowaniach i radach uznawanych za pożądane u kobiety. 
Kwiat Śniegu zaś urodziła się w dużo lepszej rodzinie, zna trochę świat i jest tą bystrzejszą delikatniejszą
częścią związku, jednak skrywającą pewną tajemnicę. Potrafi bystro obserwować wszystko, co się dzieje dookoła niej i chętnie zbiera informacje. Szuka miłości, przywiązania i pocieszenia w swojej laotong, dzieląc z nią wszystkie radości, ale też smutki. Nie jest też jednak do końca szczera z Lilią.
Obie dziewczyny, a później kobiety popełniają masę błędów, które prowadzą do tragicznego końca ich związku, ale też do jego odrodzenia. 
Opowieść jest piękna, napisana barwnym i wciągającym językiem, a sposób narracji dodaje jej autentyczności. Jednak przy całym tym pięknie opowieści Lisy See nie potrafiłam zapałać jakimś głębszym uczuciem dla dwóch głównych bohaterek tego dramatu. Ani Lilia ani Kwiat Śniegu nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. Jedna zapatrzona w czubek własnego nosa pozwalająca skrępować sobie nie tylko stopy, ale i mózg sztywnymi ramami tradycji i dopiero, gdy jest już za późno dostrzega, że to był błąd. Natomiast Kwiat Śniegu sprawia na początku wrażenie osoby nieszczerej, która manipuluje przyjaciółką, a gdy zaczyna się zwierzać Lilii gdzieś cały czas ma się wrażenie, że to też nie jest do końca prawdą.
Jednak mimo to "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz" bardzo mi się podobał. Odsłonił rąbek tajemnicy kultury skrajnie różnej od naszej. Widać, że autorka bardzo mocno się postarała odwzorowując klimat i kulturę tamtego okresu. Ja polecam z całego serca szczególnie tym osobą, które interesują się kulturą dalekiego wschodu. Ta książka jak najbardziej oddaje tamten klimat i jednocześnie życie pełne bólu z niewielkimi epizodami radości.
Co najważniejsze zachęca też do poszerzenia wiedzy. Już podczas czytania tej książki zaczęłam trochę grzebać o tym skąd wziął się zwyczaj krępowania stóp i do kiedy to robiono (zwyczaj ten został przerwany dopiero podczas Rewolucji Kulturalnej, a kobiety przestały krępować stopy dopiero pod groźbą kary śmierci). Zafascynowało mnie też sekretne pismo tych kobiet, które wydawało sie być dla nich jedyną ucieczką od niedobrego losu każdej z nich. I chociażby dlatego warto sięgnąć po "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz".
Mi teraz nie pozostaje nic innego jak czekać grzecznie w bibliotece na "Miłość Peonii".


Książka bierz udział w: Wyzwaniu bibliotecznym i Czytamy polecone książki u MK


Źródła ilustracji:
http://1.bp.blogspot.com/-62AUtYheKGw/T6a-iG_TYrI/AAAAAAAAANc/Xku0rQw_ga8/s1600/kwiat.jpg
http://images.travelpod.com/users/eaqubs/1.1287109184.size-of-bound-feet---ouch.jpg
http://www.geocities.jp/ramopcommand/_geo_contents_/101223/img110.jpg
http://weblogs.clarin.com/revistaenie-elmisteriodelaspalabras/files/2011/12/NuShu_VHC-45501.jpg

wtorek, 18 lutego 2014

Gdy na pustyni wyrośnie las...

Do samej "Diuny" wracam często i podobnie jak do książek J.R.R. Tolkiena z uporem godnym maniaka. Nigdy jednak tak naprawdę nie odważyłam się sięgnąć dalej, bo kiedyś na "Dzieciach Diuny" trochę się sparzyłam. Teraz jednak z przyjemnością stwierdzam, że zabranie się dalsze części było całkiem dobrym pomysłem.
Arrakis się zmienia. Nie jest już to ta sama planeta, która stworzyła nieugiętych fremenów - pełnych honoru i specyficznej moralności ludzi żyjących na pustyni i jak nikt potrafiących do perfekcji wykorzystywać minimalne ilości wilgoci. Ludzi oddających cześć szej-huludowi, ale jednocześnie traktować czerwie jak wierzchowce. Jednak, gdy Paul Muad'dib dokonał swojej rewolucji i zaczął ekologiczną transformację planety coś zaczęło się zmieniać... Wraz ze wzrastająca ilością wody pustynia zaczęła porastać różnego rodzaju roślinnością zaczęło dochodzić do rozluźnienia obyczajów. Coraz trudniej młodym ludziom było zrozumieć konieczność utrzymania reżimu wody. Religia stworzona dookoła Paula, zaczęła się rozrastać do niebotycznych rozmiarów, a kapłani chcąc utrzymać władzę nad ludem z różnych planet i układów zaczęli modyfikować to, co ustanowił Atryda do tego stopnia, że przypisywali mu coś czego nie zrobił lub nie powiedział. Uczynili go bogiem, choć sam z boskości zrezygnował.
Po dziewięciu latach odkąd Paul Atryda odszedł na pustynię sprawy zaczynają się komplikować. Na Diunę wraca lady Jessika, która do tej pory przebywała na Kaladanie. Nikt tak naprawdę nie wie po co wraca, choć oficjalną wersją są odwiedziny wnucząt. Mimo to wokół tego zdarzenia zaczynają krążyć różne plotki o powrocie matki Muad'diba do zakonu Bene Gesserit, a prawdziwym powodem jej powrotu nie jest miłość do osieroconych wnuków, ale próba podtrzymania planu hodowlanego i dążenie do skrzyżowania rodzeństwa.
Jednak nie tylko lady Jessika jest niewiadomą w tym równaniu. W Arrakin coraz głośniej słychać o tajemniczym Kaznodzieji, który wygłasza przemowy niejednokrotnie będące w uszach kapłanów religii Muad'diba herezjami. Wielu ludzi natomiast wierzy, że ów ślepiec z serca pustyni jest kimś więcej niż pustynnym szaleńcem wiedzącym...
Kolejnymi niewiadomymi są Przedurodzeni: Alia, Leto i Ghanima, którzy muszą stawiać czoło tysiącom istnień zapisanym w ich pamięci i tylko najsilniejsi z tej trójki będą w stanie sprostać wyzwaniu. Będą w stanie zachować swoje dusze i nie stać się Paskudztwami, opętanymi... Niestety wszystko wskazuje, że najsłabszym ogniwem może być Alia.
Takich niewiadomych w tym równaniu jest jeszcze bardzo dużo i spokojnie można powiedzieć za Guerneyem bądź Duncanem, że jest to jak finta w fincie w fincie. Do tego wszystkiego praktycznie nikt nie zdaje sobie sprawy z tego jak bardzo od klimatu Diuny zależy całe Imperium...
Co mogę powiedzieć o "Dzieciach Diuny"? Pewnie sporo, bo skończyłam ją czytać w niedziele, a dopiero teraz zebrałam się, żeby coś napisać. Jest to książka pełna intryg, polityki i próbą pokazania konsekwencji, do jakich doprowadziło zachowanie i procesy uruchomione przez Paula, Alię, lady Jessikę, a nawet Gildię Planetarną i Bene Gesserit. 
Trzeba naprawdę uważnie czytać te część, żeby zrozumieć co się dzieje. Jednak autorowi często udaje się wyprowadzić czytelnika w pole. Na przykład niewielu ludzi wie, co tak naprawdę planują bliźnięta, które bardzo często ze względu na wiek są ignorowane, ale po jakimś czasie okazuje się, że ktoś jednak przewidział ich ruchy.
Intryga goni intrygę, a bohaterowie jak w szachach próbują nawzajem rozgryzać swoje plany. Jednym wychodzi to lepiej, drugim gorzej, a gra toczy się o dużą stawkę i każdy najmniejszy błąd może kosztować życie.
Tak jak w przypadku poprzednich części pojawiają się tutaj wątki ekologiczne. Herbert pokazuje, że próby kształtowania środowiska według własnego planu może mieć daleko idące konsekwencje, ale też z drugiej strony pokazuje jak niewielu ludzi jest w stanie to zrozumieć. Pokazuje jak silna ingerencja na korzyść człowieka może się potem na nim mocno odbić, co jednak ludzi nie obchodzi, bo nie są w stanie myśleć długofalowo albo unikają myślenia o potencjalnych konsekwencjach.
Była tylko jedna rzecz, która mnie strasznie irytowała podczas czytania. Nie było to tłumaczenie, bo do kul świętojańskich zdążyłam się już przyzwyczaić, ale błędy. Książka wypożyczona z biblioteki została wydana przez Phantom Press w 1992 roku i zawierała strasznie dużo literówek, które sprawiały, że głupiałam np. przez pół książki żołnierze rodu Corrino nazywani byli sardaukarami, a przez kolejne pół saradaurukurami. To jeden z wielu przykładów, było tego znacznie więcej i strasznie irytowało, ale koniec końców nie odebrało uroku "Dzieciom Diuny".
Teraz z niecierpliwością czekam aż ktoś w końcu odda do biblioteki "Boga Imperatora Diuny", bo Herbert napisał trzecią część sagi w taki sposób, że po prostu muszę sięgnąć po następne.

Książka bierze udział w: Wyzwaniu bibliotecznym u MK

czwartek, 13 lutego 2014

Edgar Allan Poe na tropie, czyli...

Na punkcie Śródziemia mam ogromnego kręćka albo jak woli mama obsesję. Cała jedna półka w mojej biblioteczce jest związana tylko i wyłącznie ze światem wykreowanym przez J.R.R. Tolkiena, a chłopcy którym pomagam z angielskim czytają "Hobbita" w oryginale (ile z tego rozumieją nie mam zielonego pojęcia, ale przynajmniej ładnie czytają). Pewnie ktoś sobie teraz myśli, co to ma wspólnego z Edgarem Allanem Poe? No cóż... Odpowiedź jest prosta. Nic po za obsadą drugiej części "Hobbita"
Jak na maniaka przystało przeglądałam sobie na filmwebie aktorów, którzy grali w tym filmie i takim sposobem dotarłam do filmografii Luka Evansa. Trochę się pośmiałam (już same zdjęcia z "Immortals. bogowie i herosi" świadczą na jego niekorzyść filmu i przyprawiają o napady śmiechu), ale jeden film mnie zaintrygował ze względu na tytuł. 
"Kruk: Zagadka zbrodni". Czyżby kolejna część "Kruka"? Na szczęście tym razem okazało się, że polscy dystrybutorzy poprawnie wybrali ptaka firmującego film, a nie lepiej brzmiącego. Tym sposobem dochodzimy do postaci Edgara Allana Poe, który został głównym bohaterem filmu Jamesa McTeigue. 
Wszystko zaczyna się od morderstwa. Zwłoki młodej dziewczyny zostają upchnięte w kominie, a zabójca wyparował mimo, że policja słyszała jak przekręca zamek w drzwiach, a okno jest zabite gwoździami. Wydaje się to być zupełnie niemożliwe i wprawia stróżów prawa w osłupienie. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy dochodzi do kolejnego równie brutalnego morderstwa. Młody detektyw Fields (w tej roli wspomniany Luke Evans), który zaczyna prowadzić śledztwa pozornie nie do rozwiązania, znajduje pewne nieco szalone powiązanie. Ofiary zbrodni zostały zamordowane dokładnie tak samo jak w opowieściach Edgara Allana Poe (John Cusack). Pierwszą logiczną myślą byłoby oskarżenie ekscentrycznego pisarza o popełnienie obu zbrodni, jednak ten ma alibi na czas morderstw. Dlatego Poe z podejrzanego staje się kimś w rodzaju konsultanta, bo któż lepiej będzie w stanie zrozumieć mordercę, który naśladuje zbrodnie z opowiadań niż ich autor.
Szaleństwo rozpoczyna się, gdy morderca rzuca wyzwanie Poe i Fieldsowi. Porywa on ukochaną pisarza i grozi, że śliczna Emily Hamilton zginie jeśli nie zostanie podjęta jego gra. Zaczyna się wyścig z czasem i mordercą, który zabija tak jak w opowiadaniach Edgara A. Poe, a kluczem do rozwiązania zagadki stają się odstępstwa od oryginału, które może wychwycić tylko ich autor...
Film jest dobry, ale nie jakoś przesadnie porywający. Ciekawy pomysł na fabułę, luźne osadzenie na
biografii słynnego pisarza i świetne kostiumy. Do tego można dodać jeszcze genialnego Johna Cusacka, który znakomicie odegrał natchnionego, bezczelnego, a jednocześnie będącego co jakiś czas na porządnym rauszu artystę. Jego postać zdominowała cały film do tego stopnia, że pozostali aktorzy wydają się być nieco drewniani, zwłaszcza Alice Eve grająca Emily Hamilton. Na tle pozostałych postaci dobrze wypada też bohater Luka Evansa. Fields stara się ogarnąć wszystko logiką, ale też pozwala sobie na odrobinę szaleństwa (czym jest chociażby konsultowanie się z nie do końca zrównoważonym psychicznie poetą), ale też czasem gubi się w cieniu Poe.
Niestety utrzymanie klimatu trochę kuleje. Czasami odnosiłam wrażenie, że scenarzyści o czymś zapomnieli albo chcieli przedobrzyć i przedobrzyli. Zwłaszcza mocno uderza to w oglądającego w środku filmu, gdzie bywa, że wieje nudą. Niektóre sceny wydają się być rozwleczone, a część dialogów wydaje się nie wnosić niczego nowego. Za to końcówka filmu wydaje się nadrabiać te niedociągnięcia. Robi się bardzo ciekawie i akcja nabiera tempa nieuchronnie biegnąc do końca nie tylko filmu, ale i życia Poe.
Podsumowując. "Kruk: Zagadka zbrodni" to dobry dreszczowiec na piątkowy wieczór, kiedy nie chce się po całym tygodniu zbyt mocno wysilać szarych komórek. Dobrze zagrany (przynajmniej przez Cusacka i Evansa) i ciekawy film oparty na opowiadaniach jednego z najbardziej znanych amerykańskich pisarzy. Ci, którzy znają twórczość E.A.Poe powinni się dobrze bawić oglądając pisarza przerażonego tym, że ktoś urzeczywistnił jego mroczne wizje. Natomiast Ci, którzy jeszcze twórczością tego człowieka nie mieli styczności na pewno pobiegną do biblioteki i sięgną po "Opowieści Niesamowite". Ja natomiast zachęcona filmem postanowiłam sobie je odświeżyć i teraz czekają grzecznie w stosiku na swoją kolej.


Źródła ilustracji:
http://www.filmweb.pl/film/Kruk.+Zagadka+zbrodni-2012-561591/photos

niedziela, 9 lutego 2014

Dziecko śniegu

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam "Dziecko śniegu" w księgarni moją uwagę przykuło imię autorki. Eowyn nieodłącznie kojarzy mi się z siłą i determinacją, którą reprezentowała bohaterka z książek Tolkiena, a tytuł ewidentnie zwiastował delikatną historię. Kiedy po raz drugi miałam  książkę w rękach i przyglądałam się okładce odezwała się jakaś tęsknota za brakiem śniegu na dworze i od razu chciałam ją przygarnąć, ale jakoś tak wyszło, że odłożyłam ją z powrotem na półkę. Później przeczytałam recenzję w Mieście książek i przy kolejnej wizycie w księgarni przepadłam. Zrobiłam sobie prezent na Boże Narodzenie i przygarnęłam książkę, której okładka przypomina ilustracje do baśni czytanych w dzieciństwie.
Tak też zaczęłam odbierać historię, którą opowiedziała Eovyn Ivey. Jak baśń, piękną i okrutną, ale w jakiś sposób unoszącą na duchu.
Jest to historia Jacka i Mabel, z którymi życie nie obeszło się zbyt łaskawie. Ich wymarzone dziecko urodziło się martwe, a małżonkowie nie potrafiąc poradzić sobie z tą tragedią i rozmawiać o niej ze sobą zaczęli się od siebie oddalać. W końcu w poszukiwaniu ukojenia porzucają swoje dotychczasowe życie i wyruszają na Alaskę, gdzie jak wydaje się Mabel w samotności i przy ciężkiej pracy w końcu uda im się jakoś odzyskać równowagę. Niestety nie jest im łatwo, a to co pięknie wyglądało na ulotkach zachęcających do zasiedlenia tego niegościnnego miejsca okazuje się o wiele trudniejsze niż przypuszczali. Zaczynają się od siebie co raz bardziej oddalać i tylko czasami trafiają się chwilę dziecięcej beztroski.
Właśnie podczas jednej z takich chwil, gdy dwoje dorosłych ludzi obrzuca się świeżym śniegiem, powstaje coś co jest ucieleśnieniem ich pragnienia i tęsknoty. To, co początkowo miało być tylko bałwanem nagle pod wpływem impulsu przekształca się w śniegową dziewczynkę, która następnego ranka znika. I tak jak starej rosyjskiej baśni Jacka i Mabel zaczyna odwiedzać dziewczynka. Drobniutka laleczka o niebieskich oczach i prawie białych włosach, która przewraca zimą ich życie do góry nogami, choć pozornie nic się nie dzieje. Każde z małżonków inaczej odbiera wizyty dziewczynki. Dla Mabel jest ona czymś magicznym, ucieleśnieniem opowieści, którą w dzieciństwie opowiadał jej ojciec, a dla Jacka samotnym kilkuletnim dzieckiem w dzikim alaskańskim lesie, które w jakiś sposób umie sobie radzić z dzikością tej krainy. Mimo tych różnic w podejściu do dziewczynki oboje kochają ją tak jakby była ich dzieckiem, a uczucie to sprawia, że zaczynają otwierać się na innych ludzi.
Kiedy jednak zima przemija dziewczynka znika tak jakby była dzieckiem śniegu, jakimś zimowym stworzonkiem, które znika z pierwszymi powiewami wiosny. Za pierwszym razem świat tej pary wydaje się załamywać, ale podczas wypełnionego pracą wiosenno-letniego okresu nie mają czasu myśleć o śnieżnym dziecku. Mają za to nadzieję, że dziewczynka pojawi się w ich drzwiach wraz z pierwszym śniegiem...
"Dziecko śniegu" ma w sobie coś magicznego. Jest to historia, w której prawdziwe trudne życie na Alasce w subtelny sposób przeplata się z magią i wiarą w cuda. Naprawdę trudno tutaj rozdzielić, co jest prawdziwe, a co baśniowe. Już sama tytułowa postać niesie w sobie sporo sprzeczności. Z jednej strony jest czymś niesamowitym, tak jak dziecko z rosyjskiej opowieści z dzieciństwa Mabel. Pojawia się tylko zimą, przyjaźni się z dzikim lisem, potrafi wywołać burzę śnieżną i wydaje się unosić na śniegu, stąpać po nim leciutko i niczym elf zostawiać ledwie widoczne ślady. Z drugiej strony jest dzieckiem z krwi i kości, które straciło oboje rodziców, a zdane na siebie szukało opieki i bezpieczeństwa u Jacka i Mabel, ale jednocześnie bało się z nimi zostać.
Opowieść ta nie skupia się jednak tylko na śniegowej dziewczynce. Jest to też historia Jacka i Mabel, którzy w zupełnie różny sposób przeżywają tragedię śmierci dziecka oraz nie potrafią ze sobą rozmawiać, co pomimo łączącego ich silnego uczucia sprawia, że zaczynają się od siebie oddalać. Czasem nawet wolą uciec od problemów, zrzucić je na barki kogoś innego. Jednak z czasem uczą się razem przezwyciężać trudności stawiane przed nimi przez dziką przyrodę Alaski oraz razem dzielić pojawiające się chwile radości.
Ktoś ładnie na plecach książki napisał, że ta historia wrasta w człowieka. To prawda. Już od pierwszych stron książka porywa i zaprowadza w zupełnie inny świat całkowicie pochłaniając myśli i serce. Autorka włada piórem w taki sposób, że nie chce się odkładać historii i jednocześnie zamyka ją żeby wydłużyć czas przebywania w tym świecie, który nie jest do końca realny, ale też nie jest opowieścią rodem z gatunku fantasy.
To przejmująca opowieść o tym wszystkim co rodzi się w sercach ludzi. O miłości, przyjaźni, tęsknocie, a także i stracie. Jedyne słowo jakie mi pasuje do opisu "Dziecka śniegu" to baśń, która niekoniecznie kończy się dobrze, ale pozostawia iskierkę nadziei i sprawia, że człowiekowi jest jakoś lżej i cieplej na sercu.
To książka do, której na pewno kiedyś jeszcze wrócę, a teraz puszczam ją w obieg po znajomych i przyjaciołach, bo to jedna z niewielu historii, które tak głęboko zapadają i w pamięć i w serce. Polecam z całego serca tę magiczną i wypełnioną emocjami książkę.
Jest jeszcze jedna rzecz, która kojarzy mi się z podobnym ładunkiem emocjonalnym i klimatem z "Dziecka śniegu". To "Epilogue" piosenka, która znalazła się w japońskim wydaniu płyty "Black Halo" Kamelotu. Przy dźwiękach tej piosenki dawałam się pochłonąć opowieści Ivey bez reszty i zachęcam też do wysłuchania jej.

środa, 5 lutego 2014

Kobieta, która spadła z nieba...

Przyznam się szczerze, że nie jestem biegła z historii nowożytnej. Jeżeli już coś to bardziej interesuję się militariami z okresu II Wojny Światowej i wiem trochę o tych większych ciekawszych bitwach, ale niewiele więcej chociaż w gimnazjum miałam świetną historyczkę, która potrafiła o historii mówić. Niestety o ile uwielbiam Wieki Średnie i Starożytność, to cała reszta jakoś cięgle mi umyka i wydaje się mało realna. Dlatego zawsze chętnie sięgam po książki, które mają szansę na przekonanie mnie do tego by jednak pokopać w historii tej trochę młodszej. 
Tak było w przypadku "Kobiety, która spadła z nieba". Pani w bibliotece polecała jako odskocznię od tego co zazwyczaj wypożyczam i ciekawą lekcję historii, o której na lekcjach w szkole się nie mówi bo nie ma na to czasu. Francuski ruch oporu, brytyjscy agenci w tym kobiety, które musiały radzić sobie z życiem w świecie kłamstw, ułudy i brutalnych wojennych realiów. Liczyłam na bardzo dużo, pewnie coś w rodzaju sfabularyzowanej książki dokumentalnej, co obiecywały opisy na plecach "Kobiety...", ale niestety się przeliczyłam. Zacznijmy jednak od początku.
Książka zaczyna się dość nietypowo. Obserwujemy lot wojskowym samolotem dwojga młodych ludzi, którzy mają zostać zrzuceni gdzieś we Francji ogarniętej wojną. Ten króciutki wstęp jest napisany tak, że odnosi się wrażanie, że wszystko dzieje się teraz w tej chwili i ...
Przenosimy się do Anglii, gdzie młoda dziewczyna, która jest w połowie Francuską zostaje zwerbowana do tajemniczej organizacji, która szkoli tajnych agentów. Ludzie ci mają działać na terenie okupowanej Francji i organizować różne akcje ruchu oporu. Marianne Sutro wydaje się być dobrą kandydatką. Młoda dziewczyna znająca świetnie francuski, pracująca w WAAF'ie, do tego ma pewne znajomości z młodości, które w oczach innej agencji wywiadowczej mogą okazać się cenne.
Marianne zgadza się w ciemno wziąć udział w szkoleniu na szpiega. Razem z innymi uczestnikami szkolenia uczy się jak wtopić się w tłum, jak wysadzać samochody, zabijać, a także jak zorganizować przerzut przez granicę, obsługiwać telegraf i wiele innych rzeczy. W czasie kursu zaprzyjaźnia się z jedyną kobietą, która bierze w nim udział, a ta przyjaźń zwraca się później przeciwko niej.
Poznaje młodego chłopaka Benoit, którego nie kocha, ale mimo wszystko łaknie z nim kontaktu i nawet przedstawia go rodzicom. Kiedy razem mają jechać do Francji nie bardzo wie jak ma się zachować i woli udawać, że nic ich nie łączy. Woli wciąż wracać myślami do przyjaciela swojego starszego brata, marząc o tym, że Clement ją kocha.
Tych dwóch mężczyzn również staje się gwoździem do trumny Marianne, która jako agentka nosi pseudonim Alice, a w terenie przybiera imię Anne-Marie...
Liczyłam na dużo więcej. Wszystkie elementy, które by mogły mnie zainteresować można upchnąć na kilkunastu kartkach. Szkolenie w Szkocji tonie gdzieś w emocjonalnym bełkocie, podobnie działalność wywiadowcza, przez co wszystko wydaje się bardzo nierealne i wymyślone przez Simona Mawera na potrzeby książki. Mam wrażenie, że główna bohaterka jest ciągle dzieckiem, które nie myśli o niczym innym jak o przeszłości w Genewie z kiełkującym romansem ze starszym mężczyzną, o zadziornym Benoit, którego nie kocha, ale uparcie brnie w ten związek oraz o sobie samej.
Postać Marianne wydaje mi się bardzo płytka, choć w niektórych momentach autor starał się pogłębić jej osobowość, ale niestety nie było tego zbyt wiele. Mam wrażenie, że jest to typowa bohaterka dramatów romantycznych, które balansują na granicy śmieszności. Nie byłam w stanie wykrzesać z siebie ani odrobiny ciepłych uczuć dla tej dziewczyny ani podziwu dla ryzyka, które podjęła.
Historia wlecze się od jednych rozważań do drugich, a wojna, działalność wywiadowcza jest raczej do tego wszystkiego tłem. Nie zgadzam się z Łukaszem Modelskim, który napisał, że jest to powieść szpiegowska wiarygodnie opisująca tajemnice drugiej wojny światowej z kobiecej perspektywy. Ja osobiście odniosłam wrażenie, że Simon Mawer wygrzebał gdzieś ciekawą informację z tamtego okresu i postanowił wykorzystać ją jako tło i z typowej bohaterki dramatu zrobić Marianne kimś innym np. szpiegiem. Wszystko wydaje się pobieżne, a otaczanie wszystkiego mgiełką tajemnicy pogłębia jeszcze wrażenie, że autor chyba nie odrobił lekcji.
Byłabym jednak niesprawiedliwa mówiąc, że wszystko było złe. Najlepszymi momentami w tekście były fragmenty, w których pojawiał się język francuski i jego urok, dwuznaczność, romantyzm. Lubię ten język i to jak wypowiadane słowa brzmią.Mam do niego sentyment, a Simon Mawer wykorzystał jego magię i pozwolił się nim pozachwycać, nawet jeśli był bardzo potoczny.
Mam wrażenie, że wszystko się ciągnęło w nieskończoność i nieco przyspieszyło pod koniec, a to było chyba największe rozczarowanie. Kiedy akcja nabrała tempa i Alice w końcu przestała myśleć o tych kilku osobach to wszystko niespodziewanie się skończyło.
Podsumowując. W książce brakuje życia, nie ma tego zapowiadanego ognia wojny i miłości. Wojna majaczy gdzieś tam w tle, nawet, gdy autor opisuje reperkusje wobec ludności wśród której nasza agentka się obraca. A miłość... No cóż, mam wrażenie, że Marianne nie potrafi jej z siebie wykrzesać, a tych dwóch mężczyzn, z którymi splotła swoje życie tak w zasadzie są na doczepkę.
Ja nie polecam. Czytałam o wiele lepsze książki w tym klimacie i z tego okresu, a "Kobieta, która spadła z nieba" wypada blado nawet na tle tych, które kiedyś uznałam za słabe.


Książka bierze udział w wyzwaniu: Czytamy polecone książki i Wyzwaniu bibliotecznym u MK


Źródło ilustracji:
http://www.znak.com.pl/files/covers/card/b3/Mawer_Kobietaktoraspadla_500pcx.jpg