sobota, 27 kwietnia 2013

Sejf

Dlaczego po przeczytaniu 2/3 miałam ochotę rzucać książką Sekielskiego po pokoju? Ciężko jest odpowiedzieć jednym zdaniem, bo trochę się tego wszystkiego nazbierało. A może z drugiej strony jako dziecko wychowane na filmach o Bondzie zupełnie inaczej wyobrażałam sobie książkę o tajnych operacjach? Dlaczego przeczytałam te książkę do końca?
Postawiłam sobie dwa przeciwstawne pytania i postaram się na nie w miarę rzetelnie odpowiedzieć.
Sejf jest książkowym debiutem skądinąd znakomitego dziennikarza jakim jest Tomasz Sekielski. Jego reportaże są rzetelne, do końca przemyślane i bardzo dobrze zrobione, dlatego wydaje mi się, że jest to jeden z powodów wywindowania temu debiutowi poprzeczki tak wysoko. No i prawie się udało, bo był to skok z jej strąceniem.
Może zacznę od odpowiedzi na ostatnie pytanie. Przeczytałam ją do końca, bo naprawdę zainteresowała mnie historia, która się tam rozgrywała. Polski wywiad, który działa w sposób nie do końca legalny i zalicza ogromną wpadkę. Ciekawski dziennikarz śledczy, którego wkurza to, że na kolegium redakcyjnym odrzucają każdy jego materiał (bo szef komuś ewidentnie chroni dupsko). Komendant podlaskiej policji, który tuż przed emeryturą znów czuje się jak młody i chce rozwiązać zagadkę, która ewidentnie jest tuszowana. No i wreszcie wdowa po żołnierzu, który zginął w Iraku, mająca swoje zdanie, uparcie dążąca do celu.
Sekielski jak przystało na dziennikarza daje nam dużo informacji. Zmusza do myślenia. Już z odległości widać, że coś jest nie tak i razem z bohaterami zaczynamy węszyć, doszukiwać się ukrytych znaczeń, czy prawdy zamiecionej skrzętnie pod dywan. Język jakim jest napisana też bardzo mocno buduje klimat całej powieści, choć tu już troszkę gorzej, bo czasem wszystko się rozmywa i tym właśnie sposobem przechodzimy do pierwszego pytania.
2/3 książki tan na dobrą sprawę przeczytałam siłą rozpędu, której nabrałam dosłownie połykając pierwsze rozdziały wielowątkowego Sejfu. Tajni agenci, szyfrant, który uciekł z tajnymi dokumentami i dziennikarz, któremu to może potencjalnie wpaść w ręce. Na początku czułam się tak jakby ktoś dał mi książkę o Bondzie, ale bez tych wszystkich superfajnych i doszczętnie niszczonych przez 007. Potem niestety ekscytacja i napięcie niestety zaczęły stopniowo opadać. Stało się tak z kilku powodów. Po pierwsze ilość wprowadzonych wątków rozrywających akcje dosłownie zabija i przeplatają się tak, że trudno się połapać, ale jest to do zrobienia. Po drugie pojawiło mi się coś co określiłabym jako "filmowy" sposób pisania i to mnie najbardziej dobiło. Autor opisuje nam jakieś wydarzenie, czy spotkanie, by płynnie (działo się tak nawet w dialogach!) przejść do opisu wcześniejszych wydarzeń i mówienie o nich tak jakby się działy teraz. Fajnie by to wyglądało w filmie. Zbliżenie na twarz np. Waldemar Darski (nasz policjant) i w kolejnym kadrze jesteśmy np. na miejscu wypadku drogowego. Po czym znów wskakujemy w teraźniejszość. Ja przy takich zabiegach musiałam się często wracać i czytać jeszcze raz bo odnosiłam wrażenie, że coś mi umyka. No bo jak tu zrozumieć, że podwładny z którym rozmawia generał nagle staje się Irakijczykiem, który był ważna postacią w aparacie nacisku Husajna. Strasznie męczące.
Dodatkowo wątki, które pojawiły się znikąd albo zostały pozostawione same sobie. Jakoś nie chce mi się wierzyć też w zakończenia niektórych z nich. Kolejnym minusem są postacie głównych bohaterów. Zarówno Solski (dziennikarz) i Darski rozmywali mi się, brakowało im porządnego portretu psychologicznego. W sumie byli mi oni dość obojętni. Wyjątkiem jest Anna Kaliska, do której od razu poczułam dużą sympatię i chciałabym jej więcej, ale mimo, że mogła stać się świetną główną bohaterką zeszła na drugi plan, a jej historia po prostu się rozmyła.
Na koniec znów wrócę do pytania dlaczego mimo to ją skończyłam. Większość wydarzeń tam opisana była oczywiście fikcyjna, ale Sekielski sprytnie wplótł w tło kilka prawdziwych wydarzeń, dlatego można było się uśmiechnąć pod nosem domyślając się kto jest do kogo podobny. Po za tym autor bardzo dobrze odnajdywał się na Podlasiu jego specyficznym klimacie, co dodatkowo uwiarygodniło świat, który stworzył. No i oczywiście nawiązania do Napoleona, bardzo ciekawe hobby dla zbliżającego się do emerytury policjanta i jego przyjaciela. Również pomysł na Artura Solskiego i jego stopniowe szaleństwo był strzałem w dziesiatkę.
Całość skwitować mogę jednym zdaniem. Książka nie jest zła, ale próbuje być ciekawa tak jak Sekielski stara się wyglądać groźnie i tajemniczo na okładce.
Nie mogę odmówić panu Tomaszowi warsztatu i umiejętności posługiwania się słowem, bo robi to bardzo dobrze, ale Sejfowi jeszcze dużo brakuje. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że kolejne jego książki będą co raz lepsze i bohaterowie nie będą się chować w gąszczu słów tak jak było tutaj.


Źródła ilustracji:
www.alekulturka.com

czwartek, 25 kwietnia 2013

Nic tylko... Popiół i kurz

Lubię dobrą fantastykę, a że na dobrą zagraniczną jakoś nie dane mi było jeszcze się natknąć. No, wyjątkiem jest niemal wszystko, co napisał J.R.R. Tolkien, ale to jest klasa sama w sobie i jeszcze nikomu się nie udało mu dorównać. Martin był na najlepszej drodze, ale coś mu idzie chyba coraz gorzej.
Wracając jednak do tematu. Kocham polską fantastykę i chyba wiele osób przyzna mi rację, że jest najlepsza. Wychowałam się na Wiedźminie, z wypiekami na twarzy pochłaniałam kolejne strony Sługi Bożego Jacka Piekary albo tarzałam się ze śmiechu czytając o co raz bardziej absurdalnych wyczynach Jakuba Wędrowycza. Wymieniać mogę długo i choć ostatnio na moim biurku leży co raz więcej kryminałów, to do fantastyki wracam chętnie. Z resztą, co tu dużo mówić 3/4 mojej skromnej kolekcji to właśnie fantastyka. Po za tym zaczynam już tęsknić za dobrą fantastyką i chyba stąd ta dzisiejsza notka.
Jedną z tych książek upchniętych na półce na słowo honoru jest Popiół i kurz. Jest to w zasadzie jedyna niezależna książka Jarosława Grzędowicza. Chodzi mi o to, że Pan Lodowego Ogrodu jakby na to nie patrzeć jest cyklem, a Księga jesiennych demonów i Wypychacz zwierząt to zbiory opowiadań. Po za tym licznie pojawia się w różnych antologiach np. Małdobry, Tempus fugit, czy Demony (oczywiście jak to zwykle bywa wszystko wydane pod egidą Fabryki Słów).
Popiół i kurz. Opowieści ze świata pomiędzy bo tak dokładnie brzmi tytuł tej książki to historia dość nietypowego człowieka, który dla otaczających go ludzi wydaje się kimś zupełnie przeciętnym lub lekko szurniętym wujkiem, do tego wszystkiego jest profesorem etnologii. Jednak ten człowiek, którego otoczenie uważa za dziwaka sam stara się te opinię podtrzymać ze względu na pewną dziwną umiejętność.
Potrafi się przenosić do przerażającego miejsca, które nie jest ani piekłem, ani niebem. To świat Pomiędzy, po którym błąkają się zagubione dusze czekające aż ktoś je przeprowadzi. Tym właśnie zajmuje się nasz bohater. Jak grecki Charon za przysłowiowego obola przeprowadza tych nieszczęśników "na drugą stronę". Jako jeden z niewielu może mniej lub bardziej swobodnie odwiedzać świat Pomiędzy.
Wszystko zaczyna się komplikować, gdy w jednym z sennych koszmarów widzi swojego przyjaciela wiszącego na krzyżu i owiniętego przez jakieś cierniste pnącze, a potem budzi go dziwny telefon. W ten sposób zostaje wciągnięty w tajemniczą rozgrywkę pewnego tajemniczego zakonu. Szukając będzie trafiał na co raz więcej znaków zapytania, co raz więcej niebezpieczeństw i poniekąd przeżyje własną śmierć.
Grzędowicz sprytnie przeplata w tej opowieści różne mitologie i motywy historyczne, na podstawie, których buduje dość mroczną atmosferę, której można by się spodziewać w świetnym horrorze. Oprócz doskonale skonstruowanego tła Grzędowicz świetnie prowadzi całą akcje powieści składającą się w zasadzie dwóch równolegle prowadzonych wątków, które stykają się w wielu miejscach prowokując kolejne co raz bardziej szalone wydarzenia. Do tego wszystkiego pojawiające się postacie, nawet te epizodyczne są bardzo prawdziwe. Chociażby sam główny bohater, który wydaje się zmęczony wszystkim i wszystkimi, ale jednak potrafi to zaakceptować i czasem z właściwym sobie tumiwisizmem ironizować na pewne tematy. Z drugiej strony zaś potrafi się piekielnie zaangażować w niektóre sprawy.
Nawet dziwaczne i straszne stwory, które przemierzają świat Pomiędzy mogą wydawać się bardzo prawdziwe.
W całej książce jest niewiele dialogów, cały świat poznajemy oczami głównego bohatera i przez pryzmat wydarzeń w jakie zostaje wplątany. Narracja jest prowadzona w prosty i przejrzysty sposób dzięki czemu człowiek nie odnosi wrażenia, że coś go przytłacza. Autor również w odpowiedni sposób dawkuje nam napięcie. Czasem wzrasta stopniowo, by za chwilę po krótkiej chwili spokoju znów gnać na złamanie karku. Jedyne, co może być zarzutem to, że kiedy nasz bohater wdaje się w bójki to czasem są zbyt efektowne, ale z drugiej zaś strony wpisują się w klimat powieści.
W książce też jest Prolog, o którym wspominam na końcu, bo Obol dla Lilith nie został napisany specjalnie na potrzeby tej książki. Po raz pierwszy pojawia się w fabrycznej antologii Demony, ale jest też bardzo dobrym wprowadzeniem do historii naszego bezimiennego bohatera.
Warto też kilka słów wspomnieć o tym jak książka jest wydana. Fabryka Słów opatrzyła książkę w charakterystyczną dla siebie okładkę z błyszczącymi elementami, ale nie zachęca ona do sięgnięcia po nią (przynajmniej wyd. I i II) i średnio oddaje jej klimat. Nieco inaczej jest z wydaniem III, tam okładka chyba najbardziej wpisuje się w klimat Popiołu i kurzu. Oczywiście kolejna rzecz charakterystyczna dla Fabryki to rysunki wewnątrz książki, które wykonał Dominik Broniek.Doskonale obrazują to co się dzieje i pasują do nastroju zbudowanego przez Jarosława Grzędowicza.
No i jeszcze jedna rzecz bez której nie byłabym sobą. Główny bohater w świecie Pomiędzy przemieszcza się na mojej odwiecznej miłości motoryzacyjnej czyli BMW R 71, którą tam pieszczotliwie nazywa Marlene.
Książkę bardzo gorąco polecam zarówno miłośnikom fantastyki, kryminału i horroru, bo Grzędowicz doskonale połączył ze sobą te gatunki. Czyta się szybko, ja osobiście pochłonęłam ją za jedną noc i zachęcam do czytania jej w nocy. Bo w tedy wszystko wydaje się jeszcze bardziej nieprawdopodobne i realne zarazem.


Źródła ilustracji:
www.goodkarmaproductions.com

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Urwis, który dostał Nobla

Każdy z nas, gdyby mu zadać pytanie: Jak wygląda naukowiec? pewnie miałby konkretną odpowiedź. Mały, zgarbiony człowiek w okularach o grubych szkłach, ubrany w biały fartuch i totalnie zafiksowany na swojej dziedzinie. Ktoś by pewnie jeszcze dorzucił, że nie wychodzi ze swojego laboratorium i ma trudności w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi. Oczywiście, że są tacy ludzie, ale to mniejszość. W większości są to ludzie tacy jak reszta świata no może z paroma wyjątkami. Jest jednak jeszcze jeden rodzaj naukowców.
Naukowiec zgrywus, który chce się dobrze bawić zarówno w zaciszu pracowni jak i po za nią.
Richard P. Feynman jest właśnie takim naukowcem-zgrywusem, któremu zdarza się, że nie jest brany przez ludzi na poważnie.I taka też jest jego autobiografia Pan raczy żartować, panie Feynman.
Ten genialny fizyk teoretyk dzieli się z nami opowieściami o tym jak będąc małym dzieckiem prawie spalił swój pokój albo jak nauczyciel fizyki, żeby go czymś zająć na lekcjach dał mu książkę o całkowaniu i różniczkowaniu. Pisze jaką frajdę miał, gdy jako dziecko naprawiał wszystkim dookoła radia albo jak podczas letniej pracy w hotelu wymyślał co raz to nowe sposoby na ułatwienie sobie pracy. Co czasem kończyło się dla niego niezbyt przyjemnie podczas prezentacji.
Potem opowiada o studiach na MIT i w Princeton. O tym jakie numery wycinał innym studentom. Miał też parę trafnych spostrzeżeń na temat uczenia biologii, w której denerwowało go to, że trzeba się uczyć na pamięć tego, co można za 15 minut sprawdzić w tablicach.
Opowiada o kulisach tworzenia bomby atomowej i jak regularnie włamywał się do zabezpieczonych segregatorów oraz sejfów kolegów, gdzie były przechowywane tajne informacje. Jak walczył z "dobrowolną" cenzurą, a także jak wojskowa komisja rekrutacyjna zrobiła z niego chorego psychicznie Są też jednak dramatyczniejsze chwile, gdzie opisuje co przeżywał po śmierci pierwszej żony.
Kolejne anegdoty opowiadają o jego pracy na uniwersytetach w Cornell, w Brazylii i w końcu na Caltech. Co ważne nie są tylko o tym jak dwa ośrodki naukowe zaciekle o niego walczyły i jak przez smog omal nie wrócił do Cornel. Są też opowieści o tym jak w Las Vegas podrywał tancerki, jak włóczył się po knajpach i zarobił porządny cios w głowę od jednego narwańca w Buffalo. Jak świetnie mu szło granie podczas karnawału w Brazylii i jak z brutalną szczerością wytknął błędy w tamtejszym sposobie nauczania (znów wraca to bezmyślne uczenie się na pamięć).
No i wreszcie ostatnia część, w której podziwiamy jego zmagania z rysunkiem. Od kompletnego beztalencia po artysty, który dorobił się swojej wystawy. No i chyba najważniejsza część, czyli jego wrażenia po tym jak się dowiedział o tym, że został laureatem Nagrody Nobla. Nagrody, której nie chciał i najpierw myślał jak się z tego wykręcić. Opowiada o tym jak bardzo wszystko to wyczerpało go psychicznie, a potem jak parę razy dał się złapać na tym, że wykład na który został zaproszony wcale nie jest dla wąskiej grupy fizyków i, że wcale go to nie cieszyło.
Czasem są to pojedyncze historie, a czasem w jednym małym podrozdzialiku jest ich kilka. Różnie z nimi bywa. Czasem się ze sobą łączą czasem nie. Język czasem bywa niezrozumiały, ale nie z tego powodu, że autor chce wpleść coś fizycznego, po prostu chce powiedzieć za dużo na raz. Mimo to bardzo trafnie opisuje obserwowaną przez siebie rzeczywistość i to jak nauczył się podrywać barowe laski. Do tego wszystko okraszone fizyką, matematyką i innymi naukami. Swoją drogą czasem się z nim zgadzam, co do filozofów. Zawsze na końcu z ich dyskusji nie wynika nic więcej niż chaos i często sami nie wiedzą o czym mówią.
Fajnie było też poznać inne wielkie umysły tamtego okresu od trochę bardziej ludzkiej strony niż ta podręcznikowa, wybielona i pośmiać się z tego jak urwis Feynman wpuszczał ich w maliny albo oni jego.
Polecam dla każdego potencjalnego studenta nauk ścisłych i aspirującym naukowcom. Wyniosą z tej książki bardzo dużo, a zwłaszcza to, że nie wolno się kompletnie zamknąć na świat i traktować naukę śmiertelnie poważnie. Trzeb się nią bawić.
Teraz ostrzę sobie ząbki na kolejną książkę tego wszechstronnego fizyka teoretyka A co ciebie obchodzi, co inni myślą?. Na razie jednak poddaję się choróbsku, które mnie dopadło i pooglądam sobie Teorię Wielkiego Podrywu (notabene znów o genialnych fizykach, ale półżartem półserio), bo czytać chyba nie dam rady.

P.S.
Mówiłam jak bardzo nie lubię klejonych książek? Z tej znów mi wypadła kartka jak mocniej wygięłam grzbiet.


Źródła ilustracji:
pinterest.com
www.znak.com.pl

piątek, 19 kwietnia 2013

Kanelbullar, czyli cynamonowe ślimaczki

Całą winę za to, że przekopałam pół Internetu za sensownym przepisem na te bułki muszę zwalić na Camillę Läckberg i jej Erikę Falck. Chyba w każdej z książek z serii o Fjallbace ktoś coś w tymi bułkami robi. Co chwilę są jedzone, wyciągane z zamrażarki lub robione. Zaczęło mnie w końcu ciekawić, co jest takiego dobrego w tych bułeczkach. W końcu nie wytrzymałam i jak ten pies tropiący zaczęłam przekopywać książki i blogi kulinarne.
Do wszystkich sieciowych przepisów podchodzę troszeczkę z kijkiem, którym najpierw dziobię, bo zdarzyło mi się parę razy naciąć i to dość poważnie. Całe szczęście nie tym razem.
Przepis na Kanelbullar, czyli szwedzkie bułeczki cynamonowe wygrzebałam na blogu Rodzinka w kuchni i już chyba na stałe powędruje do mojego podręcznego kajeciku. Jest prosty, choć jak to z ciastem drożdżowym bywa dość czasochłonny.
Kanelbullar

Ciasto:
2 i 1/2 szklanek mąki
3 łyżki cukru
2 jajka
75g rozpuszczonego masła
10g drożdży
1/4 łyżeczki soli
1/2 szklanki mleka

Nadzienie:
25g cukru
50g miękkiego masła
3-2 łyżeczki cynamonu


Najpierw robimy zaczyn, czyli: drożdże mieszamy z łyżką cukru, łyżką mąki i 3-4 łyżkami mleka. Masę odstawiamy gdzieś w ciepłe miejsce na 20 minut. Broń Boże nie do podgrzanego piekarnika! Już kiedyś tak chciałam przyśpieszyć robiąc pizzę i zabiłam drożdże. W międzyczasie rozpuszczamy masło i studzimy je.
Jak już nam zaczyn się zrobi (troszkę urośnie i będzie trochę jak pianka) dodajemy go do całej reszty. Wyrabiamy ciasto, jak się klei to podsypać mąką. Wyrobione ciasto odkładamy w ciepłe miejsce i zostawiamy na ok. 2 godziny.
Teraz mając znów tyle czasu robimy nadzienie, czyli mieszamy dokładnie wszystkie składniki.
Gdy ciasto urośnie rozwałkowujemy je i smarujemy masą z masła i cynamonu. Ciasto rolujemy i kroimy w 2-3 cm placki. Znów odstawiamy je na kilka minut do wyrośnięcia i możemy ewentualnie posypać cukrem.
Piec ok. 15 minut w piekarniku nastawionym na 200°C.

Można jeść już ciepłe, najlepiej z dobrą herbatką i książką. Fajne jest w nich jeszcze to, że nawet jak troszkę poleżą to można je włożyć na chwilę do mikrofalówki i znów są fajne mięciutkie. U mnie w domu to się raczej nie zdarza. Częściej ja się nie zdążę załapać na chociaż jednego ślimaczka.



czwartek, 18 kwietnia 2013

Zbieg

Zbieg to moje trzecie spotkanie z Philipem Margolinem. Kolejny raz było to spotkanie bardzo udane, choć do genialnego Nie zapomnisz mnie troszeczkę zabrakło, ale trzymało poziom ze Śpiącej królewny.
Książka przedstawia dość zawiłą historię Charliego Marsha, która w jakiś sposób wpłynęła na losy innych jej bohaterów.
Do tego wszystkiego wprowadza nas króciutki prolog, który przedstawia nam trochę wyrwany z kontekstu urywek rozprawy sądowej i przemyślenia młodej Amandy Jaffe, która ocenia zachowanie swojego ojca w stosunku do oskarżonej oraz całą otoczkę procesu.
Następnie z sali sądowej gwałtownie przeskakujemy do gorącej Afryki, do kraju w którym krwawe rządy sprawuje prezydent Jean-Claude Baptiste. Tam właśnie poznajemy Charliego Marsha, drobnego oszusta, który zdobył sławę po tym jak uratował strażnika więziennego i opisał je w książce, a z jej powodu został kimś w rodzaju guru mówiącego o tym jak zmienić swoje życie na lepsze. Charlie po tym jak uciekł przed sprawą o morderstwo w Stanach znalazł azyl w Batandze i tam początkowo prowadzi życie o jakim nawet nie śnił. Ze względu na pieniądze z którymi się nie liczy staje się maskotką prezydenta. Niby cały czas wszystko jest w porządku, ale zaślepiony zabawą mężczyzna nie zauważa kiedy sprawy przybierają niekorzystny obrót. Najbardziej uświadamia to sobie, gdy Baptiste pokazuje mu okaleczone zwłoki swojej żony, a zarazem kochanki Charliego. W tym momencie Amerykanin postanawia uciec z Batangi do USA, gdzie nawet kara śmierci wydaje mu się przyjemniejsza niż w tym afrykańskim kraiku.
W tym momencie na scenę trafia Amanda Jaffe, która już dorosła i jest wspólnikiem w kancelarii prawnej swojego ojca. Obudzona o nieprzyzwoitej porze dostaje propozycję obrony Charliego Marsha przed sądem. Sprawa jest kusząca, bo mogłaby znacznie pomóc młodej adwokat w karierze, ale jest też kilka przeciwwskazań, które mogłyby przeszkodzić w podjęciu się jej. Dlatego konsultuje się z ojcem, który też opowiada jej jak wyglądała sprawa, którą prowadził 12 lat wcześniej.
Po dość długiej wycieczce do przeszłości znów wracamy do roku 2009 i obserwujemy jak adwokatka i jej śledcza szukają dowodów, rozmawiają ze świadkami i pałają chęcią zamordowania młodego dziennikarza, który im towarzyszy z polecenia naczelnej dużego dziennika, która wynajęła Amandę.
Początkowo wszystko toczy się dość ospale, jednak praktycznie na finiszu wszystko nabiera tempa i czyta się dosłownie jednym tchem.
Powieść jest podzielona na trzy duże części, w których najpierw poznajemy sytuacje Charliego w Batandze, potem słuchamy relacji ojca Amandy ze sprawy Sally Pope kontra Stan Oregon, a w ostatnim wydarzenia bezpośrednio dotyczące sprawy Marsha. Do tego wszystkiego jest dołożony krótki prolog oraz epilog, w którym tak naprawdę dostajemy rozwiązanie zagadki (dlatego jeśli ktoś lubi przeczytać ostatnie kilka stron to w tym przypadku lepiej niech przy tej książce tego nie robi).
Tak na dobrą sprawę przeplata się tu kilka różnych wątków, ale na szczęście są poprowadzone tak, że można się zorientować o co chodzi. Wszystko jest dopracowane i dopięte na ostatni guzik, Margolin nie zapomniał o żadnym z rozpoczętych wątków, choć tak może się w pewnym momencie wydawać, ale w końcu wszystkie się wyjaśniają.
Bardzo ciekawie pokazane było się to w jaki sposób polityka i pieniądze mogą wpływać nie tylko na ludzi, ale i na wymiar sprawiedliwości oraz jak jedna osoba może okazać się na tyle despotyczna, żeby próbować ułożyć wszystko pod siebie.
Jedyne do czego mogę się przyczepić to fakt, że przez większą część książki napięcie jest dawkowane w trochę oszczędny sposób. Są jednak momenty, gdzie jest ono bardzo duże i co najważniejsze nie pojawia się nagle, a jest umiejętnie budowane.
Mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że książka jest warta przeczytania, podobnie jak słynne Nie zapomnisz mnie.


Źródła ilustracji:
www.merlin.pl



poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Tak sobie myślę...

Jeżeli mam być szczera i szczerze odpowiedzieć na pytanie z kim kojarzy mi się Jerzy Stuhr, to pierwsze co przyszłoby mi do głowy to Osioł ze Shreka, Mushu z Mulan, a następnie Maksio z Seksmisji. Dopiero później jak się już zacznę zastanawiać to przypominam się kolejne role i filmy, a trochę tego jest. Kiler, Pogoda na jutro, Duże zwierzę i wiele, wiele innych.
Tym razem jednak nie będę tutaj pisać o żadnym z tych filmów. Nie będzie też o kontrowersyjnym dla co poniektórych Habemus papam, a pisanie jego recenzji mogłoby być całkiem fajne, bo film też naprawdę bardzo dobry. Będzie o książce, a panu Stuhrowi zdarzyło się popełnić aż cztery:
- Sercowa choroba, czyli moje życie w sztuce
- Ucieczka do przodu! Jerzy Stuhr od A do Z w wywiadach Marii Malatyńskiej (Maria Malatyńska).
- Stuhrowie. Historie rodzinne.
- Tak sobie myślę....

 Tak sobie myślę... kupiłam przez przypadek. Czasem tak mam, że po prostu biorę jakąś książkę do ręki i wędruje do kasy bez większych przemyśleń. Jak do tej pory się sprawdzało, a w tedy, gdy ją kupowałam chciało mi się jakiejś książki, z którą można zawisnąć w hamaku.
Tym razem było podobnie, choć temat zapowiadał się poważniej, bo jest to dziennik, który znany aktor pisał w okresie walki z chorobą nowotworową.
Owszem było i poważnie, ale jeśli ktoś spodziewał się zapisków o beznadziejnej rzeczywistości szpitalnej to się grubo pomylił.
Autor nie boi się pisać o chorobie, trudnościach i strachu jakie ze sobą niesie nowotwór. Z drugiej jednak strony dużo miejsca poświecą rodzinie, przyjaciołom, a nawet ludziom zupełnie obcym, którzy znają go tylko ze szklanego ekranu. Jest też dużo o tym ile siły potrafi dać wiara i nadzieja. Co ważne! Autor nie skupia się jednak tylko na sobie i swoich wewnętrznych przeżyciach, czasem jest nawet tak niepoważnie jak w Shreku!
Jerzy Stuhr opowiada o swoim życiu, karierze aktora i reżysera, o relacjach z dziećmi i żoną. Przytacza mnóstwo mniej lub bardziej zabawnych anegdot. No i, co wzbudzało najwięcej śmiechu, komentuje bieżące wydarzenia. No bo jak inaczej? To, że choroba zmusiła do wycofania się na trochę z życia publicznego, to przecież nie odcięła od świata. Obrywa się wszystkim po równo, politykom, środowisku artystycznemu (swoją drogą jednymi drugim przydałby się taki kubeł zimnej wody), nawet osobom anonimowym.
Jest to też bardzo osobista książka, w której aktor dokonuje różnego rodzaju podsumowań i rozliczeń z przeszłością/teraźniejszością, ale też mniej lub bardziej nieśmiało zaczyna planować przyszłość. Już na samym początku założył sobie jak długo będzie pisał ten dziennik i, że zaczyna przygotowywać się do roli dziadka.
Książka jest opatrzona licznymi zdjęciami z różnych okresów. Są to zdjęcia bardzo stare (rodziców aktora) i bardzo nowe (np. z jubileuszu 65 urodzin). Pojawiają się odręczne notatki, (najbardziej rozczulające) listy od dzieci, które słuchają audiobooków z Mikołajkiem. 
Książka mimo trudnego okresu dla aktora jest bardzo pozytywna i mądra. Mimo, że mój wewnętrzny zakreślacz po cichu liczył na genialne sentencje to nie było ich zbyt wiele, mądrość i ciepło płynęło bardziej z całej książki niż wyrywkowych zdań.
Muszę też pochwalić Wydawnictwo Literackie za wprowadzenie nastroju takiego pisanego odręcznie dziennika. Co kilka-kilkanaście kartek pojawiały się strony z powiększonymi wycinkami z oryginalnego dziennika, w którym Jerzy Stuhr pisał. Mało co można z tego odczytać i pewnie część osób mogłaby się burzyć, że zwiększa się objętość książki, ale mi się to podobało i sprawiło, że słowa drukowane były bardziej realne. Po za tym okładka. Zdjęcie i odręcznie zapisany tytuł są strzałem w dziesiątkę i dużo mówią o tym, czego możemy się spodziewać.
Warto przeczytać Tak sobie myślę..., bo może nie dostaniemy gotowego przepisu na radzenie sobie z tak straszną chorobą, ale dostaniemy duży zastrzyk pozytywnej energii.



Źródła ilustracji:
en.wikipedia.org
lubimyczytac.pl

niedziela, 14 kwietnia 2013

Wiosna i takie tam

Jak zwykle zaliczam wszystkiego rodzaju spóźnienia, ale pocieszam się tym, że nie tylko ja. Największy poślizg w tym roku miała wiosna, co udało mi się dogłębnie odczuć w Kalwarii, ale nie przejmuję się, bo nie złapałam nawet kataru.
Wracając jednak do tematu wiosennego. Większość ludzi już zdążyła się pozachwycać wiosną, która łaskawie przyszła, natomiast ja w euforię wpadłam dopiero wczoraj przy okazji pozimowej wizyty na ogródku. Najpierw gałązki mi opadły, bo okazało się, że roboty jest jak zwykle w trzy i trochę. Tam coś wypadło, a z drugiej strony walają się smętne resztki okrycia na klematisy, które chyba i tak przemarzły, a temat krecich kopców pominę milczeniem. Chociaż nie, mój Rufik miał z tego taki ubaw, że zanim wrzuciłam go tacie do auta to zaliczył kąpiel pod wodą z podlewaczki. No, ale z tego wszystkiego był jeden wielgachny pozytyw, który poprawił skutecznie humor. Moje tulipany nie przemarzły! Wystawiają coraz śmielej łebki, więc jest się z czego cieszyć. Dodatkowo babci porozkwitały całe łany krokusów, ale telefon jakoś nie chciał zrobić im ładnego zdjęcia.
Muszę się też pochwalić. Wiosna zawitała też na moim parapecie w postaci siewki tykwy. Na razie jest jedna sama, ale mam nadzieję, że dołączą do niej pozostałe nasionka. Taka mała rzecz, a cieszy :)

video
Po za tym do mojego biurkowego stosiku znów przybyło kilka książek. Oczywiście zdążyłam je już wpisać do zakładki "W kolejce do czytania" i nie wspomnieć o nich tutaj.
Wybrałam się z Rufusem na spacer do biblioteki (ten kudłacz uwielbia siedzieć w bibliotece, a jak są dzieci to robi furorę, więc nie mam wyrzutów, że wchodzi ze mną) i mama się cieszyła, że uprzątnęłam ten wielgachny stos z biurka, ale po powrocie machnęła tylko ręką, bo... znów urósł. Tym razem przytargałam pięć książek i chyba najbardziej jestem ciekawa tego jak Tomasz Sekielski sprawdził się w roli pisarza. Po za tym znów porządny zastrzyk kryminałów skandynawskich i tak dla równowagi dwóch autorów zza oceanu (Philip K. Dick i Lee Child).
Do tego wszystkiego doszły jeszcze dwie książki, które zasiliły mój prywatny zbiorek.
Oczytany i obejrzany już chyba przez wszystkich "Poradnik pozytywnego myślenia" Matthew Quicka. Swoja drogą to moje kolejne spóźnienie, ale troszkę celowe, bo myślałam, że ktoś mi ją pożyczy. Trochę się bałam tego całego footballu amerykańskiego, ale moje plany zepsuł Lidl i kupiłam ją o prawie 10zł taniej niż w księgarni.
Kolejną książką jest "Mózg Kennedy'ego" Mankella, który był dla mnie kompletnym zaskoczeniem. Nie śledziłam zbytnio, czy autor powieści o Wallanderze wydał coś nowego, ale ucieszyłam się, gdy tylko się o "Mózgu" dowiedziałam bo uwielbiam jego pióro. Pognałam więc do Matrasa (bo tam był z 25% zniżką) i w pełni szczęści poszłam z koleżankami na poświąteczną kawę.
Z czytelniczych nabytków to na razie tyle. Z pewnym przerażeniem stwierdzam, że brak mi konsekwencji i zdobywania książek z listy życzeń. Mogę się trochę usprawiedliwiać, bo Brzezińskiej praktycznie nie ma, a na hasło "Seks na sześciu nogach" panie (zwłaszcza starsze) patrzą na mnie jak na ufoka albo obrazoburcę, a to tylko książka o owadach.
No i byłabym zapomniała o jednym. Pierwszy raz szarpnęłam się i wydałam całe dwa złote na zakładkę do książki. Winę na to zwalić muszę na moją miłość do jeży pigmejskich, które w każdej postaci sprawiają, że zachowuję się jak dziecko w sklepie z zabawkami. Uwielbiam te maluchy i gdyby nie to, że w domu jest rozpuszczony do granic możliwości pies to miałabym takiego swojego tuptusia.




P.S.
Przepraszam za mały falstart, wcisnęłam nie ten guzik , co trzeba  _ _'

sobota, 13 kwietnia 2013

Tańczący Trumniarz

Najlepszym lekarstwem na uczucie niesmaku po niezbyt dobrej książce jest bardzo dobra książka, sprawdziło się i tym razem.
Chyba troszkę czułam gdzieś w kościach, że te kilka książek, które ostatnio przeczytałam z bibliotecznego stosiku mnie rozczarują, a jedna przyprawi niemal o mdłości zapachem kapusty (mowa tu oczywiście o "Buick 8" Kinga). Pewnie dla tego też kryminały Margolina i Deavera wylądowały na końcu, co wyszło mi na dobre. 
Po Kingu musiałam sobie zrobić dzień przerwy, odpocząć i wywietrzyć głowę. Pooglądałam sobie zaległe odcinki  "Teorii Wielkiego Podrywu", wróciłam do przeliczania już po raz setny wyników na procenty do magisterki, zrobiłam nawet notkę o "13 Aniele" Ani Kańtoch. Po takim małym odstresowaniu wzięłam się za "Tańczącego Trumniarza" Jefferey'a Deavera.
Jest to druga z serii książek poświęconej genialnemu detektywowi Lincolnowi Rhyme'owi i jego asystentce policjantce Amelii Sachs, która staje się jego rękami i oczami, ponieważ sam Lincoln jest sparaliżowany. Tym razem ścigają nieuchwytnego płatnego mordercę, który zyskał wśród nowojorskich policjantów przydomek Tańczący Trumniarz, dlatego, że jedna z jego ofiar przed śmiercią zdążyła powiedzieć policji o tatuażu jaki ma na przedramieniu: śmierci tańczącej z człowiekiem nad trumną.
Tym razem nieuchwytny zabójca dostał zlecenie na trzech ważnych świadków w sprawie prowadzonej przeciwko znanemu biznesmenowi, który prawdopodobnie handluje bronią. Po tym jak ginie jeden z nich zaczyna się szaleńczy wyścig z czasem i mordercą, który nie zostawia po sobie praktycznie żadnych śladów.
Jeśli ktoś obawiał się, że ta książka będzie podobna do "Zbieracza kości" to musi wiedzieć, że jego obawy są bezzasadne. Deaver potrafi piekielnie zaskoczyć, do samego końca trzyma w napięciu i nic nie jest takie jak nam się wydaje.
Przez całą książkę na sprawę patrzymy oczami Amelii, Lincolna, Percey Clay - jednego ze świadków, na których poluje Trumniarz i płatnego mordercy. Patrzymy jak Lincoln miota się usilnie próbując rozgryźć kolejny ruch swojego przeciwnika, który kiedyś zabił dwóch jego techników, jak Amelia staje się co raz bardziej świadoma swoich uczuć i jak radzi sobie ze stresem, porażkami oraz jak pilotka Percey walczy o firmę, którą założyła z mężem zabitym przez Trumniarza. No i jak w niewielu kryminałach, czy thrillerach bardzo dużo dowiadujemy się o mordercy, który z zimną krwią potrafi odciąć ofierze ręce i wybić zęby żeby uniemożliwić identyfikację, ale z drugiej strony wydaje się kompletnie szalony. Nawet dość szybko poznajemy jego nazwisko, co szczerze mnie rozczarowało i doprowadzało do frustracji, bo chciałoby się stanąć koło miotających się bohaterów i im wszystko powiedzieć. No i tu się sprawa komplikuje, bo już myślałam, że o Trumniarzu wiem wszystko, a tu nagle pod sam koniec książki okazuje się, że guzik wiem. Jeszcze tak bardzo mnie żaden pisarz nie zaskoczył.
Akcja przypomina trochę wodę, która napotyka na swojej drodze bariery, ale gdy już je pokona to rwie na złamanie karku. Tutaj było dokładnie to samo. Momenty, w których Deaver uspokajał wydarzenia i pozwalał bardziej zajrzeć w psychikę bohaterów tak naprawdę budowały jeszcze większe napięcie.
Jest to też jedna z niewielu książek, która pokazuje jak żmudna i czasochłonna potrafi być praca zespołu kryminologów. Od zbierania dowodów w terenie po ich analizę w laboratorium.
Sam Lincoln ze względu na to, że tak naprawdę funkcjonuje tylko dzięki najnowocześniejszym technologiom wydaje się mało rzeczywisty, jednak Deaver i na to znalazł sposób. Pokazuje, że gdy zawodzi technika staje się tak samo bezbronny jak każdy z nas, jak w dość cyniczny sposób próbuje odwrócić uwagę od swego kalectwa (choć robi to zupełnie nieświadomie).
Niestety było parę minusów. Głównym z nich była postać mordercy, którego zachowanie i losy śledziliśmy. Wydawał mi się zbyt niezrównoważony psychicznie żeby dokonywać kolejnych zamachów i zabójstw z taką precyzją. Zdenerwowało mnie też trochę, że autor zaczął wątek z zabójstwem kobiety przez zamknięcie jej żywcem w lodówce. Chodziło o to, że według Amelii to morderstwo mogło doprowadzić do znalezienia Trumniarza, a Deaver jakby o nim zapomniał. Czasem także wszechwiedza Rhyme'a potrafiła doprowadzić do nerwicy, bo nie wyglądało to zbyt realnie.
Książkę polecam wszystkim fanom niepełnosprawnego detektywa i tym, którzy szukają bardzo dobrego, do końca trzymającego w napięciu thrillera. Ja przeczytałam ją w jeden dzień z przyspieszonym tętnem. Bo działo się naprawdę dużo i w szaleńczym tempie, ale mimo tego książka była dopracowana w najmniejszym szczególe.
Mam tylko jedno ale do wydawnictwa Pruszyński i S-ka. Zdarzało się, że akapity mówiące o dwóch zupełnie różnych rzeczach były sklejone. Normalnie to nie przeszkadza, ale gdy łączyły się fragmenty dialogów dostawałam małego zawiasu, bo w tedy wychodziły cuda na kiju.


Źródła ilustracji:
www.ceneo.pl

czwartek, 11 kwietnia 2013

Anioł o szatańskich zapędach

Moja fascynacja aniołami zaczęła się gdzieś tak pod koniec gimnazjum, na początku ogólniaka. W pewnym momencie te mniej lub bardziej skrzydlate byty stały się moją malutką obsesyjką. Starałam się czytać o nich niemalże wszystko. Od fragmentów Pisma Świętego i Koranu do apokryfów (m.in. Księga Henocha) i objawień różnych ludzi, nie tylko świętych. Po beletrystykę sięgałam raczej niechętnie, bo zwykle kojarzyła mi się z jakimiś wyssanymi z palca historyjkami dla nastolatek, których przeczytanie nic nie wniesie. Jednak od czasu do czasu zdarzyło mi się sięgnąć po taką literaturę, choć przyznam, że byłam marudna i wybredna.
Tym sposobem do mojego skromnego zbiorku książek trafiły "Żarna Niebios", o których kiedyś pisałam, "Siewca wiatru", którego uwielbiam i pewnie skrobnę o nim kiedyś notkę oraz kontynuacja w postaci obu tomów "Zbieracza Burzy" Mai Lidii Kossakowskiej. Z innych książek warto też wspomnieć "Tam, gdzie spadają anioły" Doroty Terakowskiej, do której chętnie wracam, bo to historia bardzo mądra i ciepła. 
Jest jednak też jedna warta uwagi, która o aniołach mówi zupełnie inaczej niż te, które do tej pory wymieniłam. To "13 Anioł" Anny Kańtoch, która jest chyba bardziej znana z opowieści o Domenicu Jordanie lekarzu, egzorcyście i detektywie, będącego głównym bohaterem "Diabła na wieży" i "Zabawek diabła".
O czym jest "13 Anioł"? Jest to w zasadzie bardziej kryminał o zabarwieniu fantastycznym niż fantastyka, co nie przeszkadza akcji na rozgrywanie się w fikcyjnym świecie, a w zasadzie na wyspie, która spina dwa skrajnie różne światy.Na tej wyspie wybudowanej przez miliardera Aimerica Tyrena, który rzucił wyzwanie Bogu oraz aniołom opiekującym się Tanagrą (świat magii) i Arlen (świat magii), jest miasto Gettim. Mogą tam bez szwanku przebywać mieszkańcy obu światów bez zagrożenia utraty życia. Żyją tam ludzie, elfy i gnomy, mieszają się skrajnie różne kultury, a nad wszystkim sprawuje rządy rada składająca się z 13 aniołów.
Wszystko trwałoby nadal, gdyby nie to, że właśnie ci aniołowie postanawiają w końcu zniszczyć miasto. Wiadomość o tym zostaje przekazana synowi założyciela miasta Mericowi Tyrenowi, przez dwóch aniołów. W ciągu 12 dni ma nadejść apokalipsa, którą będą zwiastować różne znaki, a mieszkańcy Tanagry i Arlen mają w tym czasie wrócić do siebie inaczej umrą razem z miastem.
Jest tylko jeden problem. Aniołowie podjęli taką decyzję bez głosu jednego członka rady, która powinna być jednomyślna. Niestety rzeczony anioł Joel zniknął. Meric, który ciągle robi wszystko żeby pozbawić się życia, postanawia chwycić się tej wątłej nadziei i wynajmuje detektywa żeby go odnalazł. 
Tak oto poznajemy nietypowy zespół: detektywa ze złamanym sercem Nataniela Andersa i jego asystentkę Aelis, która była gwiazdą filmową i bywa dość cyniczna. Rozpoczynają oni poszukiwania anioła, który może zapobiec zniszczeniu miasta, jednak on też ma pewne plany związane z Gettim...
Anna Kańtoch podzieliła te książkę na 12 rozdziałów, które opisują kolejne dni i znaki zwiastujące przyszłą apokalipsę. Na początku wszystko rozgrywa się dość wolno i w tym czasie dokładnie poznajemy bohaterów, a także miasto, w którym się to wszystko dzieje.
Najbardziej ciekawą postacią z całej trójki naszego zespołu poszukującego anioła Joela jest chyba Aelis. Dziewczyna ze względu na mieszane pochodzenie (w połowie jest elfem, a w połowie człowiekiem) mimo iż jest dorosła, to wygląda jak dwunasto- trzynastoletnia dziewczynka. Przez to często ludzie nie traktują jej poważnie lub w ogóle ignorują. Autorka zręcznie przedstawiła Aelis charakter, przemyślenia i to w jaki sposób zmagała się ze wszystkimi łatkami jakie jej przylepiono.
Kolejną równie ciekawą postacią jest Meric. Syn założyciela miasta, ale w zasadzie bez grosza przy duszy. Jest bankrutem, który najchętniej by popełnił samobójstwo, jednak nie brak pieniędzy go do tego pcha. To człowiek bardzo nieszczęśliwy troszkę z nie do końca znanych przyczyn. Jest jednak bardzo wrażliwy, co nie raz pokazał w stosunku do Aelis oraz chce za wszelką cenę uratować miasto swojego ojca.
Co ważne, jest to książka, w której aniołowie się jako tako nie pojawiają. Są bardziej opisywani przez innych bohaterów i konsekwencje ich decyzji. Na pewno nie są łagodni, dobrzy, czy nawet obojętni na losy mieszkańców Gettim. Są raczej małostkowi, zawistni, manipulują wszystkim i wszystkimi, mogą być nawet do gruntu źli.
Język jakim posługuje się w tej książce Anna Kańtoch jest bardzo obrazowy, ale bez przesady. Opisy miasta, postaci, a nawet ich wewnętrzne przemyślenia są dość oszczędne, co w cale nie znaczy, że pisarka nie zadbała o szczegóły. Jest to bardzo dobrze napisane urban fantasy, choć gdyby okroić z wątków fantastycznych byłby to też bardzo ciekawy kryminał.
Ciężko mi też jest powiedzieć, czy ten depresyjny klimat zaliczać na plus, czy minus. Czasem może zniechęcić do dalszego czytania, jednak inne elementy jak ciekawa fabuła i bohaterowie nie pozwalają jej odłożyć nie przeczytanej.
Ciekawym elementem są też zdania będące mottami każdego z rozdziałów. W jakiś sposób mówią o tym jak będzie dany rozdział wyglądać, chociaż docenia się to dopiero po jego przeczytaniu.
Jest to na pewno nietypowa książka obracająca się w tematyce anielskiej, dlatego warto zwrócić na nią uwagę.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Buick 8

"Buick 8" to już moje kolejne podejście do twórczości Stephena Kinga i po raz kolejny wielkie rozczarowanie. Ja nie wiem, może faktycznie jestem dziwna albo mam wyjątkowego pecha albo po prostu nie lubię horrorów. Nie dlatego, że się boję, chociaż z drugiej strony...
Z "Zieloną milą" walczyłam dzielnie, ale pokonała mnie po dwóch tomach. "Miasteczko Salem" nie dałam rady, wróciło nieprzeczytane do biblioteki. Cyklu "Mroczna wieża" w pewnym momencie przestałam szukać. Jak na razie jedyną książką, która mi się spodobała i sprawiła, że bałam się wystawić nos spod kołdry był "Worek kości".
No, ale zacznijmy po kolei. Gdy w stosiku z biblioteki zaplątała się ta wściekle fioletowa zmora postanowiłam dać Kingowi kolejną szansę, choć tytuł sugerował, że będzie o samochodzie o diabelskich zapędach. Gdzieś kiedyś mi się obiło coś podobnego o uszy, nie wiem tylko czy był to film, czy książka. Zabrałam się więc do czytania. Co mnie zaskoczyło to, to że nie było na plecach książki nic oprócz kodu kreskowego. W pierwszym momencie pomyślałam, że Prószyński i S-ka postanowili, że książka będzie bronić się sama, ale po otwarciu okładki jednak opis znalazłam.
Wszystko zaczyna się, gdy do Jednostki D policji stanowej zaczyna przychodzić syn jednego z funkcjonariuszy, który zginął w paskudnym wypadku. Dzieciak nie jest w stanie się z tym pogodzić i szuka na to sposobu wśród dawnych współpracowników ojca. Tu na scenę wkracza Buick 8, który co prawda nie zabił mu ojca, ale był jego obsesją.
Historia Curtisa Wilcoxa i samochodu, a w zasadzie czegoś co ma go przypominać zaczyna się na stacji benzynowej, gdzie auto zostaje porzucone. Opowiadana jest przez różnych ludzi. Pełna zniknięć, obrzydliwości, które śmierdzą gnijącą kapustą i potworów.
Niestety już po kilku stronach miałam ochotę książkę wyrzucić przez okno. Już pierwszy z narratorów zaczął mnie irytować swoim podejściem do wszystkiego i wrażeniem, że wszystko wie lepiej. Kolejni policjanci i stróż opowiadający historie związane ze znalezieniem Buicka roadmastera brzmieli bardziej przekonująco, ale niechęć po głównym z narratorów została.
Akcja, chociaż ciężko tutaj mówić o akcji, bo jest to raczej seria połączonych ze sobą anegdot wlecze się niemiłosiernie. Jest pełna pseudopsychologicznych opisów odczuć aktualnego narratora, próba analizy uczuć chłopaka, któremu opowiadają te historie i dosłownie smrodu gnijącej kapusty.
Ciężko mi sobie było sobie na początku wyobrazić, że ten amerykański brzydal (są tylko dwa ładne amerykańskie auta!) może być straszny. Pewnie by był, ale im dalej zagłębiałam się w książkę tym bardziej przypominał wytwór gimnazjalisty, który chciał napisać horror. Potwory, które wypluwało to auto też nie były straszne, za dużo musiałam sobie wyobrażać i opisy były zbyt rozległe żeby się bać. Do tego wszystkiego jeszcze smród kapusty.
Nie podobała mi się ta książka. Pewnie lepiej by się sprawdziła jako audiobook, ale w wersji papierowej katastrofa. No i jedyna rzecz z jaką będzie mi się ta książka kojarzyć to chyba smród gnijącej kapusty. Chyba już wole duchy i opowieści z Archiwum X, które miały więcej sensu i były bardziej straszne.
Po tej książce już wiem, że po Kinga długo nie sięgnę, a jak się pojawi w kolejnym stosiku to go zostawię w bibliotece.


Źródła ilustracji:
www.empik.com

sobota, 6 kwietnia 2013

Marzenie Celta

Przyznam się szczerze i bez bicia, że rzadko sięgam po książki autorów nagrodzonych Noblem. Parę razy próbowałam i skutecznie się do nich zniechęciłam. Swoją drogą przyczynili się też do tego Sienkiewicz, czy "Chłopi" Reymonta, których nie lubię i nie trawie pod żadną postacią oraz polonistka w ogólniaku. Po za tym  zazwyczaj nacinałam się na nie tyle niezrozumiałe, co dziwaczne książki. Chociaż są wyjątki, bo za moją stareńką, rozpadającą się "Księgę dżungli" Kiplinga wydaną w 1972 roku dam się posiekać i na inny egzemplarz nie pozwolę wymienić.
O Mario Vargasie Llosie słyszałam różne rzeczy. Próbowałam nawet kiedyś przebrnąć przez jego "Rozmowy w <<Katedrze>>", ale tam pokonała mnie narracja. Dodatkowo fakt, że dostał literacką nagrodę Nobla też działał nie za bardzo na jego korzyść. Kiedy więc dwa lata temu wybierałam sobie prezent na święta postanowiłam troszkę zaryzykować. Akurat wydana została jego ostatnia powieść "Marzenie Celta", która jest w zasadzie sfabularyzowaną biografią Rogera Casementa. Postaci mocno kontrowersyjnej, przez co szalenie ciekawej. 
Oczywiście jak to ze mną zwykle bywa, książki z biblioteki i ze studiów mają pierwszeństwo przed moimi własnymi. "Marzenie Celta" choć kusiło piękną okładką i tematem musiało swoje odczekać. Kiedy więc wreszcie się za nie wzięłam to musiałam poświecić mu bardzo dużo czasu.
Książka jest podzielona na cztery części, które są poświęcone opowieściom jak Roger Casement walczył z nadużyciami w brytyjskich koloniach w Kongo i Amazoni oraz sprawie irlandzkiej. Przyglądamy się w nich jak rozwijała się osobowość i zmieniały priorytety Rogera Casementa. W epilogu natomiast dowiadujemy się jak jego historia była skrzętnie zamiatana pod dywan i zapomniana na długie lata. 
Ale zacznijmy od początku. Rogera Casementa, gdy w więziennej celi oczekuje na rozpatrzenie przez rząd brytyjski wniosku o ułaskawienie. Gdy pojawia się aplikant jego adwokata dowiadujemy się, że z tego wniosek nie zostanie rozpatrzony pozytywnie ponieważ światło dzienne ujrzały dzienniki Casementa, a przynajmniej ich fragmenty, które są korzystne dla oskarżycieli. Po takim wprowadzeniu zaczynamy się zastanawiać kim tak naprawdę jest ten człowiek.
Wyjaśnienia otrzymujemy z każdą kolejną stroną i rozdziałem. Llosa przedstawia nam dokładnie życiorys od samych narodzin Rogera. Szczegółowo opisuje nam sytuację polityczną, moralność i ideały, które rządziły na przełomie XIX i XX wieku. Dowiadujemy się jak zmieniał się nasz bohater pod wpływem zderzenia ideałów jakie mu wpajano w domu, książkach, o których mówili ówcześni politycy z brutalną rzeczywistością.
Przez 20 lat mieszkał i pracował w Kongu jako brytyjski konsul. Podróżował po tym kraju i widział jakich okropności potrafią się dopuszczać biali rzekomo bardziej cywilizowani ludzie. Stopniowo razem ze swoim przyjacielem Józefem Korzeniowskim pozbywał się złudzeń i zaczynał działać na rzecz ujawnienia wszystkich przewinień. Podobnie rzecz ma się, gdy Casement zostaje przez rząd brytyjski wysłany do Amazonii, gdzie dochodzi do tego samego zezwierzęcenia człowieka, co w Afryce.
Podobnie jak Conrad w "Jądrze ciemności" Llosa odsłania to okrutne oblicze człowieka, który pozbywa się wszystkich moralnych zasad. Często w niezwykle brutalny i naturalistyczny sposób dowiadujemy się jak byli traktowani Kongijczycy, czy Indianie zamieszkujący dolinę Amazonki. Znajdujemy tutaj też opisy, które nie są dosłowne, a przez to bardziej oddziaływają na naszą wyobraźnię. Pokazuje jak zamiast spełniać obietnice wprowadzania postępu w życie rdzennej ludności kolonizatorzy sami jakby cofali się w rozwoju i folgowali swoim najdzikszym instynktom.
Pojawia nam się też zupełnie inny obraz tytułowego Celta. Widz
imy jak Casement z człowieka, który gorąco działa na rzecz Imperium Brytyjskiego (uzyskał nawet tytuł szlachecki) staje się zagorzałym nacjonalistą i coraz bardziej udziela się sprawie odzyskania niepodległości przez Irlandię. Na początku wspiera organizacje, które mają pomagać w zachowywaniu kultury i języka, ale z biegiem czasu zaczyna co raz bardziej się w to wszystko angażować. Pomaga nawet podczas formowania Brygady Irlandzkiej z żołnierzy, którzy dostali się do niemieckiej niewoli. W tym momencie opowiada się po stronie III Rzeszy. Co ważne nie popierał Powstania Wielkanocnego, bo uważał, że nie nadszedł odpowiedni moment na nie. Gdy jednak wybuchło robił wszystko żeby wrócić do Irlandii, co skończyło się pojmaniem go przez Brytyjczyków.
Dodatkowe kontrowersje wokół Casementa tworzyły najpierw spekulacje, a potem fakty (notatki z dzienników) o jego preferencjach seksualnych. W tamtych czasach homoseksualizm był piętnowany i karany. Posądzano go także o pedofilię. Dlatego sami Irlandczycy też mieli z nim problem, no bo ciężko im było za bohatera narodowego uznać homoseksualistę.
W końcu zostaje skazany na śmierć, a zapiski z jego dziennika są przysłowiowym gwoździem do trumny.
Ciężko jest jednoznacznie pozytywnie lub negatywnie ocenić postać Rogera Casementa. Mario Vargas Llosa też nie dokonuje takiej oceny. Stara się nam pokazać go z każdej strony, tej dobrej i tej złej. Ocenę bohatera pozostawia czytelnikowi. Historia nie jest opowiedziana prosto, nie dostajemy gotowego historycznego bryku, w którym wszystko jest napisane czarno na białym. W opowieści tej przeplatają się różne wątki i często trzeba sięgać po pomoc podręcznika historii lub Googla. Co ciekawe, nie utrudnia to czytania tej książki, wręcz przeciwnie. Takie zmuszenie człowieka do pogrzebania w historii, bo nie wszystko znajdziemy po polsku i od razu na pierwszej stronie, pozwala na wyrobienie sobie porządnej, własnej opinii o tym co się działo w tamtych czasach. To jest na pewno dużo bardziej wartościowa lekcja niż te 45 minut polskiego w ogólniaku, które poświęcono "Jądru ciemności".
Czym było marzenie Celta? Na to pytanie odpowiedź możemy znaleźć praktycznie w każdym rozdziale tej książki. Bo na pewno nie było to tylko i wyłącznie marzenie o wolnej Irlandii, ale też o czymś więcej.
Każdemu kto ma choć troszkę cierpliwości i nie nudzi go historia zachęcam do przeczytania "Marzenia Celta". Lektura bardzo wartościowa i zmuszająca do poważnych przemyśleń. Mimo iż nie czyta się jej łatwo i zajmuje to dużo czasu, to warto odłożyć inne książki, by spróbować się dowiedzieć kim tak naprawdę był Roger Casement i jak wyglądały tamte czasy na przełomie XIX i XX w.




Źródła ilustracji:
www.flickr.com
cliopublishing.wordpress.com

piątek, 5 kwietnia 2013

Punkt Borkmanna

Punkt Borkmanna jest to punkt, w którym nie potrzeba już więcej informacji żeby rozwiązać kryminalną zagadkę, a przynajmniej tak twierdził mentor Van Veeterena. Jest to jednocześnie tytuł drugiej z serii dziesieciu książek o bezimiennym komisarzu Van Veeterenie. 
W małej nadmorskiej miejscowości Kaalbringen dochodzi do brutalnego morderstwa. Ktoś używając siekiery niemalże odrąbuje głowę lokalnego bogacza obracającego nieruchomościami Ernsta Simmela, ale to nie wszystko. Miesiąc wcześniej też dochodzi do podobnego morderstwa z tym, że ofiarą jest przestępca i ćpun Heinz Eggers. Tych dwóch ludzi i spraw pozornie nie łączy nic po za narzędziem zbrodni, a może jest jakieś drugie dno, do którego nie potrafi dokopać się lokalna policja.
W tym momencie na scenę wkracza komisarz Van Veeteren, który został oddelegowany przez swojego szefa do pomocy przy dochodzeniu. Już na samym wstępie podłapuje wspólny język z komendantem i ocenia pozostałą część zespołu ambitną insp. Beate Moerk i drobiazgowego insp. Kropke. Zostaje także zarzucony mnóstwem informacji, które udało się zebrać na temat pierwszej ofiary i patrzy jak rośnie ilość materiałów na temat drugiej.
W zasadzie mam wrażenie, że wszyscy czekają na trzecią ofiarę, która przyniosłaby rozwiązanie sprawy. Ofiara owszem pojawia się, jest to syn znanego lekarza, ale rozwiązania jak nie było tak nie ma. Rośnie natomiast liczba informacji. Sprawa wlecze się beznadziejnie długo. Nikt nic nie widział, nikt nic nie wie, a jeśli już to informacje nie są przydatne.
Wszystko nabiera tempa, gdy zespół śledczych dostaje pewien raport i znika Beate Moerk. 
Lubię szwedzkie kryminały, ale z tym miałam malutki problem. Wcześniej zapoznałam się z Hakanem Nesserem przy okazji serii o Gunnarze Barbarottim - niezwykle ciepłym i rodzinnym inspektorze kryminalnym, którego mimo różnych wad bardzo polubiłam.
Natomiast Van Veeteren jest jego zupełną przeciwnością. Gburowaty, zapatrzony w siebie i pewny swoich wybitnych zdolności. Parę razy stwierdził nawet, że całe to dochodzenie nie jest potrzebne bo jemu wystarczy, że zobaczy kogoś i będzie mógł wskazać go jako mordercę zwanego Rzeźnikiem. Po za tym jego podejście do współpracowników, a przynajmniej jego opinie o nich potrafią być irytujące. Pewnie dlatego nie byłam w stanie go polubić i nie mogłam go rozgryźć, bo jest o nim bardzo mało informacji. Wiadomo tylko tyle, że się rozwiódł i, że prawdopodobnie jego syn jest w więzieniu. Z resztą to, że rzeczony Erich jest jego synem to tylko moje domysły, może się okazać zupełnie co innego. Na pewno powinnam przeczytać pierwszą książkę inaczej chyba nie będę w stanie rozgryźć tego faceta do końca.
Kolejnym problemem (przynajmniej dla mnie) jest fakt, że tak naprawdę nie wiadomo gdzie to wszystko się dzieje. Owszem podobnie jak w przypadku Barbarottiego miejscowość, w której wszystko się dzieje jest wymyślona, ale tam przynajmniej jest określone państwo - Szwecja. Tutaj natomiast nie znamy nawet państwa, a nazwy własne i imiona bohaterów wskazują na kilka możliwości. Mamy więc nazwiska typowo holenderskie, belgijskie, szwedzkie, a nawet polskie. Podobnie jest z nazwami miejscowości, które mogą się równie dobrze znajdować się w państwach nad Bałtykiem lub Atlantykiem.
Podobnie jak w innych książkach Nessera sprawa kryminalna nie jest najważniejsza. Najważniejsi są bohaterowie i ich interakcje. Na co pozwala mu świetny sposób budowania postaci. Pokazuje jak człowiek radzi sobie z presją, a także prawdziwy obraz pracy policji, a to w dzisiejszych czasach jest potrzebne. Większość ludzi myśli, że policja działa jak w amerykańskim C.S.I. gdzie nawet badania DNA (o zgrozo!) trwają kilka minut. Nesser pokazuje jak zespół policjantów zmaga się z nadmiarem informacji i minimalną ilością dowodów.
Podobnie jak większość kryminałów skandynawskich atmosfera jest dość depresyjna, ale to nie zniechęca do książki. Ciekawie poprowadzona fabuła nie pozwala się na długo oderwać mimo mało sympatycznego głównego bohatera.
Dodatkowym atutem jest możliwość zajrzenia w myśli mordercy. Jest parę fragmentów, w którym Rzeźnik wypowiada się osobiście i przedstawia swój sposób myślenia. Jest to także dobry sposób na odświeżenie iu zrewidowanie własnych poglądów na to, co udaje się wypracować ekipie z Kaalbringen. Na pewno dużym plusem tej książki są świetne napisane i przede wszystkim bardzo naturalne dialogi. Choć raz czy dwa pogubiłam się w tym, co kto mówi.
Mimo kilku dość poważnych zastrzeżeń z mojej strony książkę oceniam bardzo wysoko. "Punkt Borkmanna" czyta się bardzo dobrze i szybko.Z tym, że lepiej chyba jednak będzie zacząć przygodę z tą serią od pierwszej książki.




Źródło ilustracji:
www.publio.pl

czwartek, 4 kwietnia 2013

Zamieć śnieżna i woń migdałów

Za oknem dalej leży śnieg i klimat był bardziej bożonarodzeniowy niż wielkanocny. Brakowało tylko choinki ubranej w pisanki, dlatego książka Camilli Läckberg "Zamieć śnieżna i woń migdałów" tym razem jak najbardziej wpasowała się w panującą na dworze aurę.
Bohaterem książeczki jest Martin Molin, sympatyczny rudowłosy policjant z Tanumshede, którego znamy z cyklu kryminałów dziejących się we Fjällbacce i okolicach. Za namową swojej dziewczyny jedzie na rodzinne spotkanie odbywające się na wyspie Valö tydzień przed Bożym Narodzeniem. Nie jest do końca zadowolony z tego, że się zgodził wziąć w nim udział, bo coraz bardziej zdaje sobie sprawę z tego, że jego związek z ... powinien się skończyć.
Wszystko zapowiada nudny i nieprzyjemny weekend z Liljecronasami. Członkowie rodziny nie darzą się nawzajem ciepłymi uczuciami, a na każdym kroku starają się podlizać nestorowi rodu, na którego majątek liczą. Wszystko momentalnie się pogarsza, gdy po niezbyt przyjemnym dla większości zebranych dziadek Ruben nagle umiera. Pierwszym skojarzeniem jest zawał, ale gdy Martin podchodzi do zmarłego wyczuwa coś, czego nie powinno tam być... Czuje zapach gorzkich migdałów, wiec jedynym wnioskiem jaki można w tym momencie wysnuć to to, że doszło do morderstwa. Jest jeszcze jeden problem, przez silną burzę i zamieć śnieżną wyspa zostaje skutecznie odcięta od świata. Nie można z niej odpłynąć ani dopłynąć, a silny wiatr zerwał linie telefoniczne, komórki też nie można użyć, bo nigdzie nie ma zasięgu.
Wniosek jest jeden. Mordercą jest ktoś wśród ludzi obecnych na wyspie, a niezbyt doświadczony w prowadzeniu spraw kryminalnych Martin musi spróbować rozwiązać zagadkę śmierci Rubena Liljecronas.  Jak sobie poradził z tą sprawą, niechęcią, a nawet drwinami ze strony rodziny jego dziewczyny Martin? Uważam, że jak na żółtodzioba poradził sobie bardzo dobrze, chociaż do Joe Alexa, Sherlocka Holmesa, czy Herculesa Poirota mu daleko.
Może nie była to zbyt odkrywcza lektura. Opowiadanie stylem nawiązywało do twórczości Connana Doyle'a, czy Agathy Christie, ale czytało się je szybko i przyjemnie. Fabuła i zagadka kryminalna były dość przewidywalne i utrzymane w konwencji wymienionych przeze mnie wcześniej autorów (tu muszę dodać jeszcze naszego polskiego Macieja Słomczyńskiego, który pisał w podobnym stylu). Muszę jednak przyznać, że rozwiązanie samej zagadki mnie mocno zaskoczyło.

Opowiadanie jest napisane w sposób bardzo wciągający, a pojawiające się wątki poboczne, które nie mają związku ze sprawą nie robią zbędnego bałaganu. Pozwalają raczej na zarysowanie dokładniejszej sylwetki rodziny, w której praktycznie każdy miał powód żeby zabić bajecznie bogatego dziadka. 
Fajne oderwanie się od serii o Fjällbacce oraz grających w niej główne skrzypce Eriki i Patrica. Martin Molin jest bardzo sympatycznym bohaterem, którego zdecydowanie polubiłam i chciałam więcej o nim czytać. Tutaj to on jest głównym bohaterem i bardzo dobrze. Fajnie byłoby przeczytać jakiś zbiór opowiadań o podobnym charakterze z tym rudzielcem
Książeczka jest malutka i bardzo ładnie wydana. Wydawnictwo Czarna Owca bardzo się postarało wydając to opowiadanie. Twarda, ładna okładka, dobrej jakości papier i przejrzysta czcionka. Jednak niestety zastrzeliło ceną. 29 zł za ledwie 140 stronicową nowelkę? To stanowczo za dużo i, gdyby nie to, że odgrzebałam ją na jakiejś poświątecznej wyprzedaży nie kupiłabym jej. Miałam wrażenie, że wydawca ewidentnie chce zarobić na popularności pisarki i zedrzeć z czytelników ile tylko się da.
Po za tym książeczka była naprawdę fajna i warta przeczytania. Polecam wszystkim, którym podobały się książki o ciekawskiej pisarce, a także tym, którzy chcą po nie sięgnąć.

środa, 3 kwietnia 2013

Mąż

Czy zastanawialiście się, co bylibyście w stanie zrobić, gdyby porwano bardzo bliską osobę? Czy zgodzilibyście się na pełną współpracę z przestępcami? Bylibyście w stanie zabić?
Przed takimi pytaniami został postawiony Mitch Rafferty, którego żonę porwano i zaczęto go osaczać sfałszowanymi dowodami żeby tylko zgodził się na współpracę. Miał dla nich zdobyć 2 miliny dolarów, ale skad miał je wytrzasnać zwykły ogrodnik, który na swoim koncie ma raptem 11 tysięcy?
"Mąż" Deana Koontza zapowiadał się na bardzo dobry thriller, gdy przeczytałam fragment dialogu na okładce byłam zaintrygowana, gdy przeczytałam opis na plecach książki pomyślałam, że muszę przeczytać i dowiedzieć się, co zrobił Mitch. Pierwsze trzy rozdziały były naprawdę interesujące, ale potem było już tylko gorzej.
Książka była bardzo męcząca i szukałam wymówek żeby jej nie czytać, co przy świątecznej krzątaninie było łatwe. Jednak gdy już do niej przysiadłam to łyknęłam ją za kilka godzin pomijając fragmenty tekstu, co nie utrudniło jej odbioru. Wydawała się piekielnie rozwleczona, dużo opisów, które nic ciekawego nie wnosiły do fabuły, a czasem bardzo utrudniały jej odbiór. Duża ilość dziwacznych sytuacji, wątków, które czasem się wykluczały lub nijak miały się do wszystkich głównej akcji (np. rodzice Mitcha, którzy eksperymentowali na swoich dzieciach zabici przez ukochane dziecko). Akcja, gdy pominąć setki zbędnych opisów i niewnoszących niczego dialogów biegła dość wartko, ale nie była wciągająca. W pewnym momencie nawet dość przewidywalna.
Czasem też miałam wrażenie, że autorowi skończyły się pomysły na to jak zaskakiwać czytelnika i namnożył dziwacznych postaci. Szalony brat Anson, który najpierw obiecuje pomoc, a potem twierdzi, że gdyby był na miejscu porywaczy to zgwałciłby i zabił żonę Mitcha. Koniec końców zostawia go i pozwala, żeby pachołki jakiegoś mafioza go zabiły. Albo gdy po dość specyficznych torturach udaje się Mitchowi wyciągnąć od niego pieniądze, nagle zdradza mu skąd pochodzą żeby miał wyrzuty sumienia i czuł się współwinny procederowi, z którego pochodziły.
Śmieszny i piekielnie irytujący policjant, który najpierw daje do zrozumienia naszemu bohaterowi, że jest winny śmierci faceta zastrzelonego przez snajpera. Pojawia się kilka razy ni z gruszki ni z pietruszki rzucając jakimiś mądrymi cytatami, a na koniec książki bierze udział w urodzinowym przyjęciu syna Raffertych.
Albo szalony porywacz. Gada do Holly jak naćpany lub co najmniej szalony twierdząc, że jest w niej coś więcej. Opowiada o różnych miejscach w Nowym Meksyku albo o tym jak odkopał z kimś trumnę pochowanej kilka godzin wcześniej dziewczynki i wyciągnął z niej medalik ze świętym Krzysztofem.
Jak nie dziwni bohaterowie to bezsensowne zwroty akcji np. zastawienie samochodu głównego bohatera przez samochód pracowników ochrony lub jego próba kradzieży Lexusa, w którym siedział starszy pan. 
Najgorsze ze wszystkiego było zakończenie. Dwie strony, na których dowiadujemy się wszystkiego i niczego konkretnego. Nie było zaskakujące ani nawet przewidywalne. Miałam wrażenie, że autorowi po prostu skończył się czas na pisanie i musiał oddać książkę wydawcy.
Książka jest podzielona na trzy części, co moim zdaniem jest zupełnie niepotrzebne i wprowadza niepotrzebne zamieszanie. Tak na dobrą sprawę nie rozdzielają one skrajnie różnych wydarzeń, nie ma w nich jakiś wyraźnych etapów. Choć czasem miałam wrażenie, że wprowadził je po to by czytelnik nie przestraszył się ilością rozdziałów (jest ich 68).
Po za tym miałam wrażenie, że autor nie do końca pamiętał, o której godzinie co miało być np. godziny, na które umawiali się porywacze z Mitchem. Wprowadzało to trochę zamieszania i musiałam się wracać żeby sprawdzić, czy to ja coś pomieszałam albo czy to błąd pisarza.
No i jeszcze jedna rzecz, która irytowała mnie jako biologa-fizjologa. Nie wiem, czy to autor, czy tłumacz, ale enzymy i hormony to nie synonimy!
Rzadko mi się to zdarza, ale widziałam kiedyś film z Deppem o podobnej tematyce i uważam, że był o wiele lepszy niż "Mąż". "Na żywo", gdzie głównemu bohaterowi porywają córkę i grożą, że ją zabiją jeśli on nie zrobi tego czego chcą. Wszystko było o wiele lepiej zbudowane. Bohaterowie bardziej realni niż w książce Koontza i o wiele lepiej budowane napięcie (bez zbędnych wątków, które sprawiały w książce sprawiały, że w ogóle go nie było).
Pewnie długo po twórczość tego jednego z bardziej płodnych amerykańskich pisarzy nie sięgnę. "Mąż" zniechęcił mnie dość skutecznie zarówno do autora jaki i do thrillerów (przynajmniej na jakiś czas).
To mój drugi thriller przeczytany w odstępie kilku dni i kolejne rozczarowanie. Niestety większe niż w przypadku "Śmiertelnego napięcia" Alex Kavy, który czytało się dość dobrze i nawet potrafił utrzymać w napięciu.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Dotknięcie pustki

Kocham góry, ale nie ma we mnie tego pragnienia zdobywania coraz wyższych i niebezpieczniejszych szczytów. Chociaż czasem marzy mi się wejście na Mount Blanc, Kilimandżaro, czy chociażby podejście na jakąś górę w Himalajach, to i tak najlepiej czuję się gdzieś w Beskidach albo Tatrach. Nie mam potrzeby wejścia na Rysy i jakoś nie za dobrze czuję się w Tatrach Wysokich, ale z chęcią wejdę jeszcze raz na Wołowiec. Gdzieś tam w głowie też ciągle świdruje mi myśl o zdobyciu Rohaczy, które w całej swej okazałości pokazały mi się na Rakoniu.
Mimo, że moje uwielbienie gór jest dość spokojne to rozumiem ludzi, których miłość do nich jest niemalże szalona i rządna najwyższych poświęceń. Ostatnio pojawiło się dużo głosów krytyki skierowanych w stronę alpinistów w związku z wypadkiem w Karakorum na Broad Peak, czy zaginięciu Polaka i Irańczyka na Elbrusie, ale wielu ludzi zapomina, że góry potrafią pokazać swoje bezwzględne oblicze. Nie pomoże w tedy nawet najlepszy sprzęt i organizacja wyprawy. Jednak jest coś jeszcze, coś czego nie może zabraknąć każdemu kto wybiera się wysoko w góry to odwaga i determinacja.
Dzisiaj będzie o górach, ale inaczej niż ostatnio. Będzie też małe dwa w jednym, bo podobnie jak w przypadku "Wszystko za życie" też będę pisać o książce i filmie.
O książce Joe Simpsona dowiedziałam się będąc w górach. Wolontariusze w Parku zachwycali się tym, że na 7 Spotkaniach z Filmem Górskim będzie Alain Robert i Joe Simpson. Pomyślałam sobie, że trzeba będzie przeczytać książkę tego drugiego, ale jakoś po powrocie do domu zapomniałam i tytuł i autora, więc w bibliotece troszkę ciężko było mi wytłumaczyć, o co mi chodzi. Dlatego właśnie podziwiam naszą Panią z biblioteki, czasem wie lepiej niż ja, o którą książkę mi chodzi. Takim dość pokrętnym sposobem dostałam "Dotknięcie pustki".
Joe Simpson opisuje w tej książce swoje przeżycia z Siula Grande, na którą w 1985 roku wszedł  zachodnią ścianą razem z Simonem Yetsem stylem alpejskim (dla niewiedzących, jest to styl zdobywania gór w małej 2-4 osobowej grupie z ograniczeniem ilości sprzętu do niezbędnego minimum). Byłaby to może kolejna relacja z górskiej wyprawy, gdyby nie jedno zdarzenie. Podczas schodzenia trudną drogą przez Północny Grzbiet doszło do poważnego i tragicznego w skutkach wypadku. Joe zjechał z lodowego klifu i upadł w taki sposób, że kość piszczelowa wbiła się do stawu kolanowego łamiąc tym samym prawą nogę. To plus fakt, że z powodu złej pogody wejście trwało dłużej niż planowali (skończyła się żywność i zapas oleju do przenośnego piecyka) i zbliżający się zmierzch spowodowało, że musieli szybko zejść do lodowca znajdującego się blisko 1000 metrów niżej.
Alpiniści związali dwie liny jakie mieli ze sobą i Yates próbował spuszczać Simpsona w dół Północnego Grzbietu, ale wiązało się z tym mnóstwo problemów. Miedzy innymi ograniczenie używania płytki Sticha, odmrożenia, zmęczenie. Wszystko utrudniał jeszcze fakt, że Simon nie widział gdzie ani jak spuszcza Joego, mógł tylko czuć po naprężeniu liny czy jego partner znalazł miejsce żeby usiąść, co umożliwiłoby mu dalsze schodzenie.
W pewnym momencie alpiniści znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji. Joe nie mógł znaleźć oparcia, a Simon podejrzewał, że tamten mógł nie przeżyć. Dodatkowo śnieg, w którym siedział Yates zaczynał puszczać, więc musiał on podjąć bardzo trudną decyzję. Ciężko oceniać, czy była słuszna czy nie, ale cała ironia tego zdarzenia tkwi w tym, że gdy Simon odcinał linę, na końcu której wisiał Simpson to tak naprawdę uratował życie swoje i partnera.
W momencie, gdy Yates odciął linę zaczyna się dramatyczna walka Joego o życie. Samotny, ciężko ranny, do tego przerażony tym co widzi, gdy udaje mu się ściągnąć resztę liny.  Leży gdzieś w lodowej szczelinie i ma dwa wyjścia. Pozwolić sobie na powolne zamarzanie albo walczyć. Zdecydowanie wybiera to drugie rozwiązanie, choć nie jest łatwo. Towarzyszy mu ciągle strach i ból, ale miałam wrażenie to wzmagało jego determinację.
Simpson ma bardzo dobre pióro. Jego historia jest bardzo realna i czasem nieomal samemu można poczuć to czego on doświadczył. W bardzo dobry sposób przelał swoje przeżycia na papier i co mi wydaje się też ważne, to fakt, że nie oskarża swojego partnera o to co się stało, ale też go nie usprawiedliwia. Znamy koniec tej historii już w momencie otwierania książki, ale z każdą kolejną stroną kibicujemy alpiniście i życzymy mu jeszcze więcej siły, której zaczyna mu powoli brakować.
Książka ta musiała być też pewnie czymś w rodzaju terapii, która miała pomóc w uporaniu się z traumą po tym co przeszedł. Nie jest to tekst łatwy w odbiorze. Pełno w nim bólu, cierpienia i strachu, ale też z drugiej strony determinacji, walki o życie. Nie ma tu zbędnych opisów, są jedynie te, które mają znaczenie dla doświadczeń Simpsona. Są zwięzłe i rzeczowe. Tempo całej historii sunie w dość mozolnym tempie, ale musimy pamiętać, że jest to tempo człowieka ze zmiażdżonym kolanem, licznymi odmrożeniami i odwodnionego. Najbardziej brutalną rzeczą jaka tam była to chyba brak wody. Mimo iż Joego otaczały setki ton wody w postaci śniegu, a bez palnika nie mógł jej pić albo, gdy słyszał strumienie w szczelinach pomiędzy głazami, a nie mógł się do nich dostać. Pomimo tego, że autor naprawdę świetnie przelał swoje odczucia na papier nie jestem w stanie sobie wyobrazić takich katuszy.
Tych co nie mają pojęcia o górach i o wspinaczce może trochę przerażać duża ilość terminów z nimi związanych, ale wydawca idzie nam z pomocą i zamieszcza z tyłu książki słowniczek. Niestety wydawnictwo Stapis, dało ciała. W książce jest pełno błędów, na szczęście nie są to błędy rzeczowe. Za to literówek zatrzęsienie. Siula Grande pojawiała się w różnych możliwych pisowniach, zamiast Karakorum mamy dziwaczny twór o nazwie: Karakonom i to już w trzecim zdaniu pierwszego rozdziału.
Naprawdę warto przeczytać "Dotknięcie pustki", mimo iż czasem jest naprawdę trudna w odbiorze. Była to jak do tej pory jedna z lepszych książek o tematyce górskiej jaką miałam w rękach.
Gdy już ktoś przeczyta książkę i będzie mieć jeszcze siłę to niech sięgnie po film na jej podstawie. "Czekając na Joe" został nakręcony w 2003 roku przez Kevina Macdonalda. Występują w nim zarówno prawdziwi bohaterowie wydarzeń na Siula Grande oraz aktorzy odgrywający role Joego Simpsona (Brendan Mackey), Simona Yetsa (Nicholas Aaron) i Richard Hawking (Ollie Ryall), który towarzyszył im w obozie. W zasadzie film ten jest zobrazowaną opowieścią jej prawdziwych uczestników. Tak jakby ktoś pozwalał nam zajrzeć w ich wspomnienia.
Jest bardzo trudny w odbiorze, ale podobnie jak książka mocno działa na emocje oglądającego. Wrażnie samotności i bezsilności dodatkowo pogłębia fakt, że nie ma w nim zadnego muzycznego tła. Są tylko ciche dźwieki otoczenia, wspinaczki i głosy opowiadających, ale te nie zawsze, gdy są sceny z udziałem Mackeya. Czasem miałam ochotę go wyłączyć, ale mimo to zostawałam przed ekranem telewizora i oglądałam dalej. Widzimy prawdziwych ludzi, którzy naprawdę to przeżyli i człowiek może zrozumieć to co przeżyli. Aktorzy spisali się naprawdę dobrze, chociaż nie mieli łatwo. Musieli zmierzyć się z wyobrażeniami ludzi, którzy sięgną po ten film po przeczytaniu książki i faktem, że odgrywają ludzi, którzy na prawdę przeżyli coś tak strasznego. Z resztą odegranie takiej pełnej desperacji i bólu roli musiało być też bardzo wyczerpujące.
Podobnie jak książkę uważam, że warto obejrzeć "Czekając na Joe" chociażby po to żeby usłyszeć jak o tych wydarzeniach opowiadają Joe i Simon, na którego głowię zwaliła się krytyka całego alpinistycznego świata.
Powinni według mnie też przeczytać albo obejrzeć to wszyscy ci turyści, którzy bezmyślnie pchają się w góry w japonkach. Bo jak już wspomniałam z górami nie ma żartów i potrafią pokonać ludzi nawet z bardzo dużym doświadczeniem.



Źródła ilustracji:
www.whentheshipcomesin.com
www.empik.com
www.hasskod.pl
www.filmweb.pl
pk4.pl