czwartek, 28 lutego 2013

Jack i Jill przybyli na wzgórze

Kolejna książka z bibliotecznego stosiku, kolejny kryminał tym razem poczytnego amerykańskiego pisarza Jamesa Pattersona. Na podstawie jego książek nakręcono kilka filmów m.in z Alexem Crossem oraz serial "Kobiecy klub zbrodni" (na podstawie serii, którą współtworzy z Maxine Patero). Tym razem czytałam "Jacka i Jill" i rozczarowałam się.
W zasadzie to był mój pierwszy kontakt z serią o detektywie Alexie Crossie, który zajmuje się profilowaniem seryjnych zabójców, psychopatów itd. "Jack i Jill" to trzecia książka z tym bohaterem, ale nie miałam problemu żeby się połapać w sytuacji rodzinnej i zawodowej bohatera. Szybko dowiadujemy się, że ma dwoje dzieci, mieszka z babcią, która go wychowała, a jego żona została zabita w strzelaninie. Poznajemy jego najlepszego przyjaciela, chociaż przyznam się szczerze, że czasem zwracali się do siebie w dwuznaczny sposób (i nie żeby mi to przeszkadzało).Dowiadujemy sie też, że całe swoje dowództwo uważa za skończonych kretynów.
W pierwszych dwóch rozdziałach jesteśmy świadkami brutalnych morderstw, a przynajmniej dowiadujemy się jak do nich doszło. Takie malutkie spojrzenie w umysł mordercy. Po takim wstępie spodziewałam się czegoś wciągającego, przerażającego i fascynującego, nie zawsze przecież możemy w kryminałach spojrzeć na sprawę oczami mordercy, a jak w przypadku "Jacka i Jill" morderców.
Pierwsza sprawa jaką nam przedstawia Patterson to brutalne zabójstwo kilkuletniej dziewczynki, której zwłoki ktoś podrzucił na szkolne podwórko. Jakiś czas później w podobny sposób ginie kolejne dziecko. Ewidentnie mamy do czynienie z szaleńcem i nie potrzebujemy "super mocy" Crossa żeby do tego dojść.Już na samym początku śledztwo drepcze w miejscu, a nasz bohater zaczyna czuć mięte do dyrektorki szkoły, co jest aż na zbyt oczywiste. No i dostajemy od informatora cynk, że jest człowiek, którego para naszych detektywów być może szuka. Mamy szaleńczy pościg ulicami i dachami Waszyngtonu, który kończy się śmiercią podejrzanego. Oczywiście Cross ma wątpliwości, czy to faktycznie poszukiwany morderca małej Shanelle, ale jego szefowie uznają inaczej i oddelegowują go do innej sprawy.
W tym momencie pojawia się morderstwo z pierwszego rozdziału. Crossem razem z innymi detektywami próbuje rozwikłać zagadkę zabójstwa znanego senatora. Potem kolejnych osobistości, przy których mordercy zostawiają wierszowane wiadomości, pod którymi podpisują się Jack i Jill. To właśnie najbardziej przeraża ludzi z Secret Service, ponieważ tak nazywają prezydenta i pierwszą damę USA. Zostaje zebrana ekipa składająca się ze speców wszystkich możliwych agencji, a jak wiadomo w Stanach jest ich na pęczki.
Mordercy działają bez wyraźnego schematu i to utrudnia zadanie ekipie "myśliwych". Za to my znamy tożsamość co najmniej jednego z morderców, a dodatkowo dowiadujemy się, że pracuje w Białym Domu. Sprawa sławnych i bogatych wlecze się niemiłosiernie, a Cross razem z resztą gonią własny ogon. Natomiast psychopatyczny morderca dzieci zostaje zepchnięty na dalszy plan i w zasadzie nic się w niej nie dzieje.
Co oprócz sprawy mnie zniechęciło?
Między innymi krótkie, czasem jednostronicowe rozdziały, które często wydawały się niepotrzebne lub skończone za szybko. Owszem potrafiło to znacznie przyspieszyć akcje albo sprawić wrażenie, że dzieje się ona szybciej zwłaszcza w rozwleczonym środku. Jednak w przerażającej większości wybijało z rytmu, bo nagle z umysłu mordercy dzieci wskakujemy w zdarzenia, w których bierze udział Cross albo jesteśmy widzami kolejnego mordu dokonywanego przez Jacka i Jill. Drugą sprawą była narracja. Nie mam nic do narracji pierwszoosobowej i jeśli jest dobrze zbudowany bohater nie wyobrażam sobie innego sposobu. Jednak bohater Pattersona działał mi na nerwy. Albo się nad sobą użalał, albo jego mniemanie o sobie szybowało do termosfery. Dodatkowo zdarzało mu się gadać bez sensu i jak na profilera o takiej sławie był wybitnie mało spostrzegawczy, a mocno zapatrzony w siebie. Już bardziej podobało mi się prowadzenie postaci i styl narracji u Mariusza Czubaja. Pozostałe postacie wydawały się płaskie, a często nawet zupełnie głupie. Rozumiem, że Stany to specyficzny kraj, ale nagłe uwielbienie dla prezydenta i całej otoczki też ostro działało mi na nerwy. Dodatkowo widać było, że sam autor ma za złe segregowanie ważności spraw pod względem tego, czy ofiara była sławna, czy nie, ale też ciągle przebija się wątek konfliktu na tle rasowym i o dziwo nie podsycają go biali bohaterowie, a Afroamerykanie. Takie segregowanie ważności spraw też mi się nie podoba, ale podkreślanie, że sprawa mordercy dzieci była nieważna, bo ginęły dzieci czarne było moim zdaniem zbyteczne.
Czy polecam? Zdecydowanie nie. Męczyłam się niemiłosiernie i nie miałam z tej książki żadnej przyjemności. Pod koniec zdarzało mi się pomijać duże partie tekstu, a nawet rozdzialiki, co zabawne bez szkody dla odbioru książki. Może inne części serii o Crossie, który nie potrafi pozbyć się traumy z dzieciństwa i uważa za traumatyczną swoją pracę są lepsze, ale "Jack i Jill" wypada bardzo blado. Na razie Pattersona będę unikać, a nieprzyjemnego wrażenia spróbuję się pozbyć czytając "Twój cień" Jeffery'ego Deavera. Jego "Kolekcjoner kości" był genialny, więc autor ma wysoko zawieszoną poprzeczkę.


Źródło ilustracji:
www.empik.com

poniedziałek, 25 lutego 2013

Flirt z Bogiem

Przyznam się szczerze, bez bicia,"Poznam sympatycznego Boga" kupiłam bo podobała mi się okładka i tytuł jak z ogłoszenia matrymonialnego. Coś co dla pewnej specyficznej grupy mogłoby być nie na miejscu, ale czy naprawdę tak powinno być? Dodatkowo oliwy do ognia, czyli mojej ciekawości dolał opis z tylnej okładki. Pomyślałam sobie: "Ha! Jak trwoga to do Boga." i tak wiedziona ciekawością poczłapałam do pani w Matrasie z pytaniem czy jest ta książka w miękkiej oprawie (zawsze to te 5zł mniej). Po burzliwych przekopywaniach półek (bo komputer twierdził, że jest czemu przeczył stan fizyczny) zostałam posiadaczką drugiej książki w dorobku Erica Weinera.
Może napiszę troszkę o samym autorze, ponieważ siłą rzeczy jest on naszym dość specyficznym przewodnikiem po niekiedy dziwacznym świecie religii. Eric Weiner jest zagranicznym korespondentem NPR (National Public Radio) i regularnie publikuje swoje teksty w magazynie podróżniczym AFAR. Ma też swoją własną stronę, na której możemy znaleźć jego artykuły, które ukazywały sie w różnych czasopismach. Sam o sobie mówi, że jest innym korespondentem niż inni. Ponieważ przeciętny korespondent wybiera najsmutniejsze miejsca i opisuje najsmutniejszych ludzi, on robi zupełnie odwrotnie i to widać w jego tekstach. Na swoim koncie ma też dwie książki "Geografię szczęścia" i "Poznam sympatycznego Boga".
Cała przygoda Erica zaczyna się w szpitalu, a dokładniej w momencie kiedy jedna z pielęgniarek zadaje mu dość osobliwe pytanie "Czy odnalazłeś już swojego Boga?". Pytanie to wwierciło się gdzieś głęboko w jego podświadomość i nie dawało mu spokoju. Postanowił więc poszukać na nie odpowiedzi i wokół tych poszukiwań skupia się cała książka. 
Jeszcze w domowym zaciszu wybrał z setek religii osiem, które postanowił "wypróbować". Są to: islam, chrześcijaństwo, judaizm (sam jest autor jest Żydem, więc wybrał jeden z popularniejszych i kontrowersyjnych odłamów - kabałę), buddyzm, taoizm, realianizm, szamanizm i wiccę.  Po czym wyrusza w podróż, podczas której przebywa z i rozmawia z ludźmi. Próbuje różnych praktyk, często dziwacznych. Wiruje (a przynajmniej próbuje) jak derwisz, medytuje (też się stara, ale za dużo myśli), a nawet przebiera się za kobietę (realianie są zbyt dziwaczni nawet jak dla mnie).
Pomimo, że Weiner podejmuje poważny temat to jego książka i sposób pisania nie są pozbawione humoru. W tej książce opowiada bardzo dużo o sobie samym, często przytacza nam anegdoty ze swojego życia, przemyślenia, rozmowy z przyjaciółmi (moim numerem jeden są jego rozmowy z córką). Ułatwia nam w ten sposób jej odbiór i sprawia, że nie jest to kolejna rozprawa na temat religii, a ponieważ autor tak jak pewnie większość z nas sam jest pełen różnych wątpliwości i ma tysiące pytań, na które bardzo trudno znaleźć odpowiedzi łatwo się z nim utożsamić. 
Nie znajdziemy tu odpowiedzi na trudne pytania może będzie ich jeszcze więcej. Sam autor pokusił się na coś w rodzaju podsumowania, ale nie opowiada się po żadnej konkretnej stronie. Jest to swojego rodzaju przewodnik po różnych wyznaniach i podejściach do Boga, bez krytyki, czy wskazywania na konkretną wiarę. Po za tym autor pokazuje, że wiara nie musi być poważna i sztywna, ale może być jak dobry przyjaciel. Pomaga otworzyć się na inne, często zupełnie odmienne od naszych własnych doświadczenia i sposoby myślenia.
Książka ta na pewno wiele może nauczyć (jako zakreślacz książkowy pozaznaczałam sobie w niej całkiem sporo fajnych przemyśleń autora i dopisałam swoich) i pomóc otworzyć się na odmienne wizje świata.
Muszę kiedyś przeczytać "Geografię szczęścia", bo jak jest napisana takim samym lekkim i jednocześnie refleksyjnym językiem, to będzie to bardzo przyjemna i pouczająca lektura.

źródła ilustracji:
http://www.dwpwn.pl/

piątek, 22 lutego 2013

W świecie poszukiwaczy skarbów

Z Tomkiem Michniewiczem poznałam się przez przypadek biorąc w bibliotece do ręki "Samsarę". Świetnie napisana książka o tym jak Tomek z przyjaciółmi i plecakami przedzierają się przez dżungle te miejskie i te prawdziwe, gonią za magią, przemytnikami dzieł sztuki, a nawet załapali się na spotkanie partii socjalistycznej. Opowieść o podróży z gigantyczną dawką pozytywnej energii, rozbrajającym humorem i dystansem do siebie. Chętnie dorwę ją jeszcze raz i najlepiej by jej było na mojej półce (albo podłodze, bo półki i  biurko zaczynają już mówić nie). Tym razem chciałam opowiedzieć jednak o drugiej z książek tego dziennikarza. 

"Gorączka. W świecie poszukiwaczy skarbów" to w zasadzie reportaż z podróży śladami poszukiwaczy skarbów, szalonych milionerów, złodziei, przemytników, a nawet kłusowników. Opowieści o przygodach Tomka, jego przyjaciela i ludzi, na których w czasie pogoni za poszukiwaczami skarbów wyglądają jakby wydarto je żywcem z filmów o Indianie Jonesie. Michniewicz pokazuje, że poszukiwacze skarbów nie należą tylko i wyłącznie do świata bohaterów książek przygodowych, czy minionych epok. Są to ludzie z krwi i kości, którzy porzucili dotychczasowe poukładane życie, czasem z niezbyt ciekawą przeszłością, ale nawet wśród takich awanturników można znaleźć naukowców: historyków, geografów, oceanologów i wielu innych. Mozolnie przeczesują archiwa w poszukiwaniu potwierdzenia legend, czy opowieści o skarbach, z odpowiednim sprzętem i mapami przeszukują jaskinie i morskie dno.
Z jednej strony widzimy, że takie poszukiwanie skarbów staje się wręcz ogromnym przemysłem jak to ma miejsce w przypadku poszukiwania zatopionych galeonów, a z drugiej podobnie jak prof. Jones możemy wpakować się w niebezpieczne pułapki. Tak, tak może nam grozić ucieczka przed toczącymi się głazami jeśli staniemy nie na ten kamyk, co trzeba :)
Całe to poszukiwanie skarbów ma też swoje brutalne oblicze. Od wzajemnego okradania się, do regularnych "wojen" związanych z gorączką złota, która może pochłonąć człowieka bez reszty, budząc najgorsze instynkty. Po brutalną rzeź słoni i nosorożców. Bo skarbem są nie tylko kruszec, czy dzieła sztuki, ale też kość słoniowa, rogi nosorożców uważana przez głupich ludzi za lekarstwo wzmacniające potencję.
Tomek Michniewicz opowiada nam o tym jak w dalszym ciągu kwitnie handel kością słoniową. Sam nawet z kumplem od plecaka wpakowali się w historię z demaskowaniem nielegalnych handlarzy kością. Oraz o tym jak kłusownicy są w stanie zabijać zwierzęta nawet w ogrodzonych rezerwatach. Przytaczana jest smutna historia nosorożca Tatende, która koniec końców skończyła się dla malucha dobrze. Wyobrażacie sobie jak takie wielkie cielsko włazi wam do kuchni? No to ten zwierzak wychowywany w rezerwacie Imre właśnie to zrobił! Wlazł Traversom do kuchni. 
Razem z Tomkiem i jego przyjaciółmi podróżujemy po pustyniach USA, głębinach Morza Karaibskiego, niebezpiecznych miastach (czytamy chociażby o przerażających zdarzeniach w RPA), śpimy nawet w buszu. Dużo się dzieje, ale są też chwile na odpoczynek i refleksje nad ludzką głupotą albo miłością do przygód. Co najważniejsze są to prawdziwe przygody i opowieści o prawdziwych ludziach, o czym nas zapewnia autor na osobnej stronie.
Książka ta podobnie jak "Samsara. Na drogach, których nie ma" jest napisana z lekkością i humorem, ale autor nie boi się poruszać też trudnych spraw (np. wspomniane kłusownictwo). Do tego wszystkiego dochodzą naprawdę piękne zdjęcia  często opatrzone zabawnym komentarzem w stylu:
 "Moi znajomi z buszu spali w namiocie. Gdy w środku nocy nieopodal ryknął lew, wskoczyli do samochodu, nie opuszczając namiotu." 
uwierzcie mi ciężko jest się nie uśmiechnąć, gdy sobie wyobrazicie namiot biegnący do auta.
Po za tym w książce została podjęta fajna inicjatywa. Po całej historii naszego małego nosorożca Tomek Michniewicz z pomocą Greenpeace i Grant Thornton zorganizował zbiórkę, dochody z której zostały przekazane do rezerwatu Imre. Poniżej podziękowania za tę akcję.
 
Naprawdę fajna rzecz, a każda akcja, która pomaga ratować zagrożone zwierzęta jest dobra (chociaż ja za Greenpeacem nie za bardzo przepadam, chociażby z powodu ludzików łażących po ul. Stawowej w Katowicach).
Wracając do samej książki. Otwarte naprawdę się postarało, "Gorączka" wydana jest na mocnym papierze (ładnie prezentują się zdjęcia), w przyjaznej do transportu broszurowej okładce (nie zajmowała mi połowy torby, a jak się zsunęła na dno to nie dźgała mnie kantami). Z drugiej strony ten papier też może być wadą, bo spowodował, ze książka swoje waży. Niestety tak jak w większości książek klejonych, wypadło mi z niej kilka pierwszych stron, co mnie zezłościło. Po książce za 39,90 zł oczekiwałabym jednak tego, że kartki z niej nie wypadną.
Pomijając aspekty techniczne książkę naprawdę polecam! Jest jedna z lepszych książek podróżniczych, które czytałam i porusza naprawdę fascynujący temat, który rozpala wyobraźnię.

A i byłabym zapomniała! Każdego kto chce więcej zapraszam na oficjalnego bloga Tomka Michniewicza, na którym można poczytać teksty równie dobre jak w obu jego książkach i audycjach radiowych lub na jego oficjalną stronę internetową .

czwartek, 21 lutego 2013

Dramat nocnego czytacza

No, to oficjalnie mogę powiedzieć, że rozpoczął się dramat spowodowany ostateczną śmiercią lampki nocnej, która dogorywała już od jakiegoś czasu.
Lampka już w okolicach listopada zaczęła dosłownie pożerać żarówki. Normalnie jeden grzybek starczał czasem nawet na więcej niż pół roku, a tu nagle musiałam chyba w odstępie dwóch tygodni wymienić aż dwa. Pojechałam 11.11.12 w góry zostawiając z tym problemem tatę. Po powrocie z Tatr, gdzie halny szalał na całego i na domki, w których mieszkaliśmy prawie zwaliło się drzewo, lampka zdawała się powrócić do normalnego stanu. Tata coś tam śrubokrętem podkręcił i działała. Przynajmniej tak mi się wydawało...
Któregoś cudownego wieczoru zapaliłam sobie światełko i przestawiłam lampę w okolice biurka. Zadowolona z siebie w najlepsze rozmawiałam z przyjaciółką, rzeźbiłam wyniki do magisterki, gdy nagle usłyszałam jakieś dziwne dźwięki. Odwróciłam się, spojrzałam na lampę i nagle... BUM!!! 
Żarówka wyleciała w powietrze i wysadziło bezpieczniki w całym domu. Raz mi się coś takiego w akwarium zdarzyło, ale to ryby postanowiły się pobić o wodzienia tuż pod powierzchnią wody. Wiadomo, zimna woda plus rozgrzana żarówka to niezbyt dobre połączenie i też było małe BUM. Co było powodem wybuchu żarówki w tym razem nie mam pojęcia.
Posprzątałam resztki żarówki z podłogi, tata znów coś pokręcił i działała w sumie do dzisiaj. Tylko połykała żarówki w tempie małego hobbita. Od listopada do dzisiaj poszło prawie 8 grzybków. Prawie, bo ostatni się nie spalił (sprawdzałam w innej lampie i świeci), za to lampa zepsuła się do reszty.
Ponowna próba naprawienia tej poczwary skończyła się tym, że oprawka żarówki rozsypała się dosłownie w drobny mak i klosz wylądował na półce razem z tuzinem śrubek, a reszta stoi i straszy wystającymi kablami.
Nie wiem, czy da się jeszcze te lampę naprawić, czy nie. Tata obiecał coś z tym zrobić, a na razie pozostaje mi czytanie w dzień, co z kilku powodów jest niemożliwe lub odgrzebanie czołówki i udawanie przed mamą, że nie czytam przy kiepskim świetle. Opcja druga to filmy, ale ile można? Zwłaszcza, że ostatnio dobrych filmów i seriali jest jak na lekarstwo.
Po prostu dramat...

Na pocieszenie puszczam sobie Inis Monę za co pewnie sąsiedzi mnie przeklną prędzej, czy później.



wtorek, 19 lutego 2013

Zanim znowu zabiję

Pierwszej randki z książkami Mariusza Czubaja niestety nie pamiętam zbyt dobrze. "Kołysanka dla mordercy" polecona przez panią z biblioteki długo leżała na biurku nieprzeczytana, a po przeczytaniu zginęła gdzieś mojej pamięci. Nie przywiązałam się ani do zagadki, ani do głównego bohatera, chociaż autorowi trzeba oddać honor. Była napisana bardzo dobrym językiem, ale czegoś mi brakło. 
Kiedy w stosiku, który dostałam w bibliotece znalazła się kolejna pozycja Czubaja, coś mi zaczęło dzwonić i jak tylko skończyłam "Plewy na wietrze" Anny Brzezińskiej to sięgnęłam po "Zanim znowu zabiję". Kryminał z piłką nożną w tle? Czemu nie. Lubię jedno i drugie, więc może być ciekawie.
No i się zaczęło od dość mrocznego prologu, w którym opisywane są przeżycia porwanego chłopca. Głodzone i przywiązane do słupa w jakiejś piwnicy dziecko krąży wśród najróżniejszych myśli. Czuje, że nie przeżyje tego, ale cudem udaje mu się uciec. Bo znajduje w sobie siłę żeby nie rzucić się na jedzenie, przyniesione przez oprawcę, który z powodu niespodziewanego telefonu gdzieś wyszedł. To jest pierwsza część, po której myślałam, że fabuła będzie kręcić się dookoła tych wydarzeń. No i się pomyliłam, w drugiej części prologu nie jesteśmy już w Belgii, ale w Polsce dokładnie 10.04.2010. W Warszawie w okolicach "Markotu" jesteśmy świadkami samobójstwa piłkarza, które nie zostaje zauważone z powodu wydarzeń, którymi żyła cała Polska.
Tego samego dnia, ale o innej porze i w innym miejscu poznajemy naszego bohatera i komentatora wszystkiego, co będzie się działo. Po pierwszych kilku stronach i przemyśleniach Rudolfa Heinza miałam wrażenie, że ten człowiek nie potrafi patrzeć na świat inaczej niż przez pryzmat swojego pesymizmu. Skomplikowana sytuacja rodzinna, frustracja powodowana wykonywanym zawodem, brak dbania o siebie. Wszystko to brzmi znajomo i spotęgowane w podobnym stopniu, co w powieściach Arnaldura Indriðasona. Z tą różnicą, że Heinz nienawidzi ojca za to, że porzucił jego i matkę, a Erlendur Sveinsson sam porzucił swoją rodzinę. Może Hipis nie ma tak skomplikowanych relacji z synem, co Sveinsson z córką, ale w obu przypadkach z książek wręcz bije trudny do przyswojenia pesymizm. Chociaż Heiznowi brakuje błyskotliwości Maca Taylora z CSI to w jakiś sposób można w nim odnaleźć nawiązania do tej postaci. Kto Oglądał "Kryminalne Zagadki Nowego Jorku" pewnie zgadnie.
Wracając do sprawy. Ojciec, który wraca po latach prosi syna, profilera w katowickiej policji o pomoc w rozwiązaniu zagadki samobójstwa Jacka Kosa (piłkarza z prologu). W tym samym czasie ze szpitala psychiatrycznego ucieka Inkwizytor, który kiedyś o mal nie spalił naszego bohatera żywcem. 
Zrozumiałe są dla mnie zarówno reakcja na osobę Josepha Heinza i niechęć jaką wywołuje w jego synu, ale niektóre są czasem przerysowane, co może drażnić. Bo próbując nawiązać jakąś relację z synem na siłę wciąga go do swojego piłkarskiego świata, co oczywiście nasz policjant w swoim często dość irytującym stylem komentuje. Sama zagadka wydaje mi się dość chaotyczna. Bo nagle z Katowic przenosimy się do Warszawy, a potem pakujemy się w sam środek zalanego Sandomierza, gdzie znajdujemy zwłoki dziennikarza sportowego. Kolejny raz Warszawa i Katowice. Potem znów na złamanie karku pędzimy do Darłowa. W tym momencie miałam ochotę wziąć i porządnie trzepnąć Heinzem, bo przecież logiczne było, że nie tam powinien być i nie tej osoby szukać. Sam narzeka na niedomyślność i nieudolność akcji policyjnych, a tu nagle sam nie widzi rozwiązania, które ma pod samym nosem. Częste rozmyślania i wspomnienia potrafią skutecznie rozwalić akcję, która czasem szalona nagle traci impet. Powodowało to, że często odkładałam książkę albo przebiegałam przez tekst dość pobieżnie. 
Dużym plusem był pokazywany czasem obraz społeczeństwa i komentarze na jego temat. Od grypy kiboli, do szaleństwa jakie ogarnęło ludzi po katastrofie Smoleńskiej. Fajnie się te momenty czytało zwłaszcza, że człowiek sam był tego świadkiem i miał to samo podejście do tego wariactwa, co Heinz. Dobrym pomysłem było też wykorzystanie motywów piłkarskich i fanatyzmu niektórych bohaterów. Chociażby ojca Heinza, który w dalszym ciągu żył "na murawie".
Podsumowując książka pokazywała w jakiś sposób obraz społeczeństwa i "rodziny policyjnej". Jednak tchnęła często niestrawialnym pesymizmem, a wyjaśnienia niektórych wątków były jak na mój gust zbyt pobieżne. Zakończenie tego półprywatnego śledztwa też było łatwe, może nawet zbyt łatwe do przewidzenia. Trochę niepotrzebny wydaje mi się też wątek Inkwizytora, tak jakby autor na siłę próbował połączyć "Zanim znów zabiję" z wcześniejszymi częściami cyklu. Spodziewałam się jakiejś bardziej spektakularnej akcji z tym psychopatą, a tu mocno rozczarowujący finał.
Myślę, że jest to książka warta przeczytania, ale czy zapamiętania nie wiem. W moim przypadku pewnie będzie tak jak z "Kołysanką dla mordercy". Zginie gdzieś w tłumie ciekawszych zagadek i bohaterów.


źródło ilustracji:
www.wab.com.pl

czwartek, 14 lutego 2013

A co by było gdyby...

... wieczni chłopcy z "Piotrusia Pana" dorośli ?
Odpowiedź na to pytanie zafundował nam Jakub Ćwiek pisząc "Chłopców"
Tym razem nietypowo zacznę od okładki, bo ta już dużo nam mówi o zawartości książki. Motory, skóry, noże i wygląd bohaterów z okładki dają mocno do zrozumienia, że nie będzie to grzeczna opowiastka, bo i nie jest.
Wieczni chłopcy z opowieści sir Jamesa Matthew Barrie dorośli, chociaż może jest to powiedziane na wyrost, bo dorósł tylko Stalówka, a pozostali jak Milczek, Kędziorek, czy Bliźniaki w dalszym ciągu pozostają dzieciakami. Zachowanie bardziej odpowiadające grupie aroganckich mających dużym poważaniu wszelakie zasady nastolatków niż dorosłych. Ot, sławny syndrom Piotrusia Pana. Całą sprawę dodatkowo zaostrza fakt, że Dzwoneczek ani trochę nie przypomina tej małej sympatycznej, acz złośliwej wróżki. Jest raczej wykreowana na bezwzględnego przywódcę gangu, a zanim wieczni chłopcy dorośli zastępowała im mamę i wbrew pozorom nadal trzyma w ryzach (w zasadzie gniew wróżki jest jedyną rzeczą, której ci muskularni harleyowcy się boją). Zagubieni Chłopcy tworzą gang motocyklowy, który zagnieździł się w starym wesołym miasteczku i handluje proszkiem, który przyspiesza podróżowanie, ale także potrafi w czasie tego podróżowania wciągnąć w nie lada tarapaty. A wszystko to w realiach współczesnej Polski.
Książka Ćwieka to tak w zasadzie zbiór opowiadań, które są ze sobą dość mocno splecione. W zasadzie to, co nie wyjaśnia się w jednym może się rozwiązać w kilku kolejnych. Podoba mi się taka konstrukcja, bo opowiadania nie są powyrywane z kontekstu jak to miało miejsce w "Kłamcy" i nie wkrada nam się chaos. Co do prowadzenia samej opowieści autor poprawił się i opisy już nie są takie drewniane, nabrały plastyczności (na pewno w jakimś stopniu wymusiła to obecność Milczka). Bohaterów poznajemy bardziej przez akcję niż opis i to jest jeden z większych plusów. W dalszym ciągu mocną stroną Ćwieka są dialogi, które czasem stanowią większą część tekstu. Są momenty, które zmuszają niekiedy do głośnego parsknięcia śmiechem. Wartko prowadzona akcja z zaskakującymi zwrotami sprawia, że nie można się przy tej książce nudzić, a do nieprzyjemnych typów grających główną rolę zapałać pewnego rodzaju sympatią.
Inną sprawą jest język. Po za dobitnością, charakteryzuje się on znaczną wulgarnością i to nie tylko przy dialogach lub przemyśleniach postaci. Narratorowi też zdarza się popłynąć, ale jestem w stanie to zrozumieć, bo opisywanie gangu motocyklowego rządzi się swoimi prawami, co nie znaczy, że mi się to podoba. Podobnie jest z dość mocno szowinistycznym humorem, w którym kobieta została uprzedmiotowiona i sprowadzona do roli blondyny, która poleci za każdym. Kolejnym minusem dla mnie jest zakończenie, które stoi troszkę w opozycji do reszty książki. Wymuszona powaga, powoduje rozczarowanie, a ewidentne zostawienie przez autora furtki na kolejny tom drażni tym bardziej, że jest realna możliwość długiego czekania na kolejne części.
Warto też zwrócić uwagę na to, że książka wydana przez Wydawnictwo SQN mocno nawiązuje do oprawy książek charakterystycznej dla fabryki słów np. błyszczący nadruk wybranych elementów. Dużymi plusami są też ilustracje Roberta Adlera, które wpasowują się idealnie w klimat książki. Fajnym mykiem tez było dodanie wstążeczki jako zakładki
Książka jest lekkim czytadłem, które pozwala się należycie odmóżdżyć po ciężkiej pracy, dlatego autorowi można wybaczyć brak realizmu i humor czasem wciskany na siłę. Podobnie jak w przypadku wcześniej recenzowanego przeze mnie "Kłamcy" można wyłapać wiele nawiązań do popkultury.
Swoją drogą czasem czytając te książkę nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to taka zinfantylizowana wersja "Synów Anarchii".


poniedziałek, 11 lutego 2013

Hiszpańskie oczy

O tym, że czytam dużo wiedzą wszyscy. Czasem nawet zdarza mi się podrzucać książki przyjaciołom jeśli wydaje mi się, że mogą im się spodobać. Tak, więc w świat posłałam kilka książek. Jedne wracają szybciej innym zajmuje to troszkę więcej czasu jak to na przykład stało się z książką Olgi i Piotra Morawskich "Od początku do końca". Książka napisana przez żonę himalaisty po śmierci męża i jego samego (tak, tak proszę państwa Piotr Morawski też ją napisał, bo w głównej mierze opiera się ona na jego listach) krąży po ludziach już drugi rok, ale o tej książce kiedyś indziej. Czasem też zdarza się, że to ja dostanę książkę do przeczytania. Takim sposobem udało mi się dorwać m.in. "Klaudiusza i Messalinę" Roberta Gravesa, czy "Gajusza Juliusza Cezara" Aleksandra Krawczuka. Takim samym sposobem wpadły mi w ręce "Hiszpańskie oczy" Marii Nurowskiej.

W tej książce autorka opowiada nam historie trudnej relacji między matką, a córką i jaki wpływ na nie miała przeszłość. A jest to przeszłość trudna, pełna bólu, rozpaczy i nienawiści. Anna (matka) opowiada nam o swoich losach od momentu kiedy jako nastolatka została wywieziona przez sowietów na Syberię. Mówi o potwornościach jakie się tam rozgrywały, ale jednocześnie o miłości jaka ją tam spotkała, która też łatwa nie była. Mówi też o tym jak trudno było jej i jest nadal zaakceptować córkę, którą jak sama mówi obdarza jakąś chorą miłością. Jednak Anna opowiada nie tylko o trudnych doświadczeniach z łagru, ale też o trudach odnalezienia się w społeczeństwie po powrocie, o tym jak została aktorką. Próbuje też pomóc córce Ewie zwalczyć bulimię, stanąć na nogi i wychować syna. Jednak trudno jest im przestać ranić siebie nawzajem i wydaje się, że nawet psycholog, do którego chodzą na terapie nie jest w stanie pomóc.

Maria Nurowska pisze o kobietach, ale nie są to opowieści radosne. Historie jej bohaterek, a przynajmniej ta o Annie i Ewie są trudne. W "Hiszpańskich oczach" widzimy dwie złamane przez życie kobiety o trudnej przeszłości, jednak gdzieś tam tkwi troszkę nadziei na poprawę tej sytuacji ponieważ obie chcą to zmienić. Próbują zmierzyć się i zaakceptować swoją przeszłość.

"Hiszpańskie oczy" to trudna dramat psychologiczny, w którym trudno wyjść ze zdumienia, że jedna kobieta była w stanie tyle przeżyć. Trudno też nie zauważyć, że właśnie to wszystko, co przydarzyło się Annie odbiło się tak silnym piętnem na Ewie, która ledwie wkracza w dorosłość, a już ma tak traumatyczne przeżycia, które ją w jakiś sposób złamały.


Przeczytanie tej książki zajęło mi dużo czasu, ponieważ momentami musiałam po prostu przerwać. Przytłaczała mnie ilość cierpienia obu bohaterek. Jednak czasem nie mogłam wręcz się od niej oderwać. Czy mi się podobała? Myślę, że mimo całego tego bólu podobała mi się. Zmuszała do zastanowienia się nad moim własnym życiem i moimi problemami.
 Nie wiem, czy sięgnę po inne książki Nurowskiej. Ciężko przy niej nie wpaść w dołek, ale chyba warto ją przeczytać. Jednak trzeb mieć też na to też mieć siłę, a mi jej czasem brakuje.



Źródło ilustracji:
www.poczytaj.pl

sobota, 9 lutego 2013

Arrakis... Diuna... Pustynna planeta...

Są książki, które mają taką moc przyciągania, że nie skończy się na jednokrotnym przeczytaniu. Może to też zabrzmi jak banał, ale takie książki potrafią też stać się pewnymi punktami zwrotnymi nie tylko w literaturze, po którą sięgamy, ale też w życiu. Takie książki bez przeczytania, których trudno mi sobie wyobrazić jak mogłabym funkcjonować jest w zasadzie tylko kilka. 
Do takich książek należy właśnie "Diuna" Franka Herberta. Tak w zasadzie i ku przerażeniu mojej mamy to była pierwsza kupiona przeze mnie książka. Teraz mnie to trochę bawi, ale te 10 lat temu stanowiłam pewien ewenement w księgarni. Większość dzieciaków wychodziła z książkami Musierowicz albo bzdetami w stylu "Pamiętnika księżniczki", a ja dumnie drałowałam do kasy z czymś zupełnie innym.
W zasadzie cała moja zabawa z opowieścią o losach Paula Atrydy, rodzie Harkonnenów, Bene Gesserit i Wolanach zaczęła się od filmu. Kto widział "Diunę" wg. Davida Lyncha z Ianem McKellenem i Stingiem nie mógł się w tym filmie nie zakochać. Z całego serca polecam ten film. Pomimo, że liczy już sobie kilkadziesiąt lat (swoją premierę miał w 84 roku, więc jest nawet pięć lat starszy ode mnie) to ten śmieszny miniserial z 2000 roku to jakaś kpina i nawet nie oglądajcie bo pozostaje po tym tylko niesmak.
Co do książki... Jest to druga powieść Franka Herberta, a pierwsza z sześciu części sagi Diuna. Wydana w 1965 roku powieść została uhonorowana Hugo i Nebulą - dwoma najbardziej prestiżowymi nagrodami z literatury fantastycznej. W Polsce książka ukazała się dopiero w 1985 roku (mam wrażenie, że wcześniejsza premiera filmu Lyncha trochę się do tego przyczyniła, ale mogę się mylić). moim zdaniem jest to też najlepsza ze wszystkich pozostałych części sagi. O ile przez "Mesjasza Diuny" chociaż z oporami jakoś udało mi się przebrnąć, to kolejne części były dziwne... Może dlatego, że człowiek był jeszcze młody i głupi, więc pewnie kiedyś jeszcze sięgnę po całą sagę.
Wracając już do samej "Diuny". Już z pierwszymi kartami zostajemy wplątani w sieć intryg prowadzonych przez kobiety z zakonu Bene Gesserit, Harkonnenów i cesarza Szaddama IV, a wszystko jest spowodowane przez jedną niewielką pustynną planetę Arrakis. Jednak jest o co się bić, bo: Kto kontroluje Arrakis, kontroluje przyprawę, a kto kontroluje przyprawę włada wszechświatem. Przyprawa to substancja, która umożliwia jasnowidzenie niezbędne do ponadwymiarowych podróży kosmicznych, a te są podstawą istnienia wszechświata i Imperium.
Naszych głównych bohaterów: Paula Atrydę i jego matkę Lady Jessicę poznajemy w momencie, gdy ród Atrydów ma objąć lenno na Arrakis. Przeniesiony zostaje tam cały dwór i armia Atrydów. Jednak w wyniku zamach dokonanego przez ród Harkonnenów (wcześniej do nich należała Diuna) wspieranego przez żołnierzy Imperium dochodzi do pogromu. Paulowi wraz z matką udaje się uciec i znaleźć schronienie wśród Freemenów. Ludzi pustyni, którzy nie ufają obcym i podporządkowujący swe życie prawom pustyni.
W czasie, gdy Paul stopniowo uczy się zasad panujących w siczy i pozyskuje poparcie tych twardych ludzi. Harkonnenowie uciskają ludność Arrakis powodując co raz większe niepokoje na planecie. Wreszcie, gdy nadchodzi odpowiedni czas Paul Muad'Dib po przemienieniu Wody Życia budzi uśpionego w sobie proroka (Kwisatz Haderach jest to wynik selekcji, którą prowadziły Bene Gesserit w celu stworzenia nadczłowieka) i prowadzi swoich ludzi do zwycięstwa. Oprócz pokonania tyranów przejmuje on władzę w Imperium, po unieruchomieniu cesarskich wojsk, które miały wspierać Harkonnenów.
Krótko mówiąc w książce dzieje się naprawdę dużo i możemy spojrzeć na wydarzenia z wielu różnych perspektyw. Dodatkowo w samym tekście można wyłapać bardzo dużo mądrych rad, myśli, przesłań o ponadczasowym charakterze. Mi samej zdarza się cytować w różnych sytuacjach niektóre z nich. Cała moja książka jest pozakreślana (tak należę do tych zbrodniarzy, co bazgrzą po książkach, zwłaszcza tych ukochanych). Mam kilka ulubionych np. Litania przeciwko trwodze potrafi być przydatna przed trudnym egzaminem, a niektóre cytaty zgrabnie podsumować jakieś wydarzenie.
Co do praktycznych informacji. Książka w Polsce wydana została pod kilkoma tłumaczeniami. Najlepsze przynajmniej według mnie jest Ładysława Jerzyńskiego (w zasadzie to pseudonim Jerzego Łozińskiego i to tłumaczenie jest tylko poprawioną wersją wcześniejszego). Jednak różnice między poszczególnymi czasem są delikatne i do przełknięcia. Nie tak jak w przypadku "Władcy Pierścieni", gdzie Łoziński naprawdę nie wczytał się w książkę i zafundował nam Frodo Bagosza, Gorzałkowo, z Obieżyświata zrobił Łazika, a z krasnoludów krzaty oraz wiele, wiele innych błędów nawet rzeczowych. Jednak w przypadku "Diuny" moim zdaniem sprawdził się doskonale i nie mamy kul świętojańskich (tak, Marek Marszał zafundował nam kule świętojańskie w świecie science-fiction), a jarzyce, które bardziej pasują do klimatu powieści.
W książce (przynajmniej mojej wydanej w 97 roku przez Zysk i S-ka) mamy mapę z objaśnieniami, słowniczek i charakterystyki postaci oraz ekologii planety, co znacznie ułatwia orientację w tym dość skomplikowanym świecie.
Mimo, że czasem może to być tekst trudny w odbiorze to polecam tę książkę, bo porusza bardzo wiele ważnych tematów. Od filozoficznych rozważań nad istotą człowieczeństwa do ekologii, ale nie tej, którą funduje nam telewizja tylko do tej prawdziwej. Bo przecież "najdonośniejszą funkcją ekologii jest poznawanie konsekwencji".

Dla mnie "Diuna" jest bardzo ważną i cenną książką. Mimo, że teraz jest wiele ładniejszych wydań ja zostanę przy swojej starej, pożółkniętej, pogniecionej i z suszonymi robaczkami (lubię czytać na dworze, więc muszę ponosić tego konsekwencje).


źródło ilustracji:
www.stopklatka.pl

czwartek, 7 lutego 2013

"Szachy" dla biologa, czyli Rój

Ponieważ są gry, które uczą myślenia jak książki to postanowiłam pokazać wam dzisiaj Rój.
Z Rojem zetknęłam się podczas przygotowań do "Nocy Biologów" na UŚ. Znajoma zaproponowała mi i kilku osobom przeprowadzenie turnieju tej gry podczas imprezy. Na początku było trochę strachu, bo nikt z nas w to nie grał, ale jak już dowiedziałam z czym to się je to oszalałam na jej punkcie.
Rój jest grą logiczną, której celem jest otoczenie królowej przeciwnika, czyli trochę tak jak w szachach. Z tym, że nie mamy planszy, a piony zastąpione są przez 22 sześciokątne klocki, ale podobnie jak w szachach mamy do wyboru dwa kolory: czarny i biały. Na każdym z klocków  narysowane są owady takie jak: konik polny, mrówka, pająk, żuk i królowa pszczół. Każdy z nich może poruszać się w konkretny sposób np. konik polny przeskakuje nad tytułowym rojem, a żuk przeskakiwać o jedno pole lub wskakiwać na inne klocki. Do podstawowej wersji możemy jeszcze dokupić komara i biedronkę, które mogą znacznie przyspieszyć grę lub ją jeszcze bardziej skomplikować.
Zasady gry są proste, chociaż początkowo problem może sprawiać zapamiętanie ruchów poszczególnych owadów, ale im dłużej się gra tym łatwiej to przychodzi i sprawia dużo radości. Oprócz ruchów klocków musimy także pamiętać o tym, że nie wolno nam rozerwać roju na dwie części. W praktyce sprowadza się to do tego, że nie możemy wyciągać owadów ze środka "planszy". Ograniczona liczba klocków sprawia też, że musimy się trochę nakombinować zanim otoczymy królową przeciwnika (i w tym celu nie muszą być użyte tylko nasze robale). Cała rozgrywka według autora gry może trwać do 20 minut, ale osobiście byłam świadkiem jak na naszym turnieju grano po 30 i 45 minut! Czyli mimo prostoty nie jest łatwo wygrać, a chyba jeszcze trudniej doprowadzić do remisu.
Dodatkowym plusem jest to, że płytki możemy spakować do dołączonego worka i zabrać ze sobą bez obawy, że coś zgubimy. Niewielkie rozmiary i fakt, że planszę gry tak naprawdę tworzymy sami powoduje, że można w Rój grać wszędzie, gdzie tylko jest jakiś kawałek płaskiej powierzchni.
Gra jest przeznaczona dla dzieci powyżej 9 roku życia, ale nie ma co sugerować się napisem na pudełku, bo grać mogą i starsi i młodsi. Taka gra dzieciom na pewno pomoże w rozwoju logicznego myślenia i nie zniechęci bo jest ciekawie zrobiona. Dorośli natomiast na chwilę oderwą się od monotonnych zajęć i pozwolą mózgowi popracować nad czymś zupełnie innym.
Jeżeli jeszcze się nie przekonaliście to dodatkowym argumentem powinno być to, że w 2006 roku została ona uznana przez MENSĘ najlepszą grą umysłową.

A bo byłabym zapomniała! W Rój można zagrać też on line. Na oficjalnej stronie producenta gry, ale tam gra zacina się i odmawia współpracy po położeniu dwóch, czy trzech owadów. Inną stroną jest Boardspace, na którym nie musimy się logować, wystarczy wejść jako gość. Tam możemy grać z botem lub ludźmi z całego świata.
Tym, których udało mi się zachęcić zapraszam do zabawy!

środa, 6 lutego 2013

Opowieści z Wilżyńskiej Doliny



Czasem tak bywa, że z nadmiaru książek, które proszą się o przeczytanie, czuję swojego rodzaju przesyt i muszę odpocząć. Jednak nie trwa to zwykle zbyt długo bo jestem uzależniona od literek i czytać muszę. Po takim właśnie okresie wpadłam w dziurę, bo o dziwo na biurku nie leżało nic nowego. Pierwsza rzecz to panika „I co ja mam teraz czytać?!”. Na szczęście z pomocą przyszedł znajomy, który zaproponował żeby przeczytać coś Anny Brzezińskiej, bo pisze ona w nieco inny sposób niż cała reszta autorskiego światka fantasy. No to poczłapałam do biblioteki, a tam nic. No to do księgarni i tam dorwałam wyszperane gdzieś z zaplecza „Opowieści z Wilżyńskiej Doliny”.

Wilżyńska Dolina jest ukryta pośrodku Gór Żmijowych i – jakkolwiek władyka i pleban mogą mieć w tej kwestii inne zdanie – niedowładnie i niepodzielnie należy ona do Babuni Jagódki.

A Babunia Jagódka to nie tak jak się wydaje na pierwsze skojarzenie przyjemna starsza pani, co udzieli dobrej rady i nakarmi ciasteczkami. O, co to, to nie. Babunia Jagódka jest najprawdziwszą wiedźmą. Taką do której latają po uroki i po odpędzenie uroków, miłosne wywary, lecznicze kordiały…  Która, gdy ma taką ochotę przybierze postać wyzywająco pięknej kobiety lub zamieni swego kochanka w kozła. Z tym, że trzeba uważać na jej humory, kota i to, czego się pragnie. Bo a nóż może się to spełnić, ale nie do końca tak jakby sobie ktoś tego życzył.
„Opowieści z Wilżyńskiej Doliny” wydane w 2002 roku to zbiór dziewięciu opowiadań, w których nasza wiedźma w najróżniejszy sposób pomaga mieszkańcom doliny. Nie we wszystkich odgrywa ona także główną rolę, ale stanowi coś w rodzaju tła. Na przykład w Kocie Wiedźmy pierwsze skrzypce gra kot, a w opowiadaniu Szczur i panna wszystko kręci się koło wioskowej ladacznicy Gronostaj i szczurołaka. Niektóre opowiadania są ze sobą powiązane inne tworzą osobną całość. Mogą być zabawne i trochę nostalgiczne, a czasem zmuszające do refleksji. Z każdą kolejną stroną chce się więcej.
Anna Brzezińska pisze bardzo obrazowo i autentycznie. Wszystko łącznie z językiem używanym przez narratora jest stylizowane na Średniowiecze, ale w niczym to nie utrudnia odbioru tekstu. Nawet przeciwnie. Sprawia, że czyta się go przyjemniej i głośniej śmieje.
Co ważne, pożyczyłam te książkę kiedyś koledze ze studiów i tak się wkręcił, że zaczął polować na inne książki tej autorki. Niestety z takim skutkiem jak ja. Jest ich niewiele i ciężko je dostać, a naprawdę warto. Zwłaszcza, że w tej krainie, gdzie leży Wilżyńska Dolina dzieją się inne równie ciekawe rzeczy, w które wplątał się zbój z Gór Żmijowych. No może wyjątkiem są „Wody głębokie jak niebo”, ten zbiór opowiadań jest utrzymany w zupełnie innej stylistyce i wydaje mi się w wielu momentach niezrozumiały.
Na razie czytam „Plewy na wietrze” i kombinuję jak tu dorwać całą sagę o zbóju Twardokęsku. Bo bardzo mnie intryguje jak rozwiąże się ta cała awantura, w którą wpadł po same uszy.

niedziela, 3 lutego 2013

Kłamca, czyli współczesna wersja Lokiego w polskim wydaniu



Kłamca to seria czterech książek autorstwa Jakuba Ćwieka, których głównym bohaterem jest Loki, ale w nieco nietypowej wersji.
Loki jak przystało na jego nordycką wersję jest bogiem kłamstwa, oszustem i cwaniakiem jakich mało. Świetnie, a może nawet lepiej radzi sobie we współczesnych realiach, bo dają mu duże pole do popisu. Jednak ten nasz kłamca nie jest tym jakiego znamy z mitologii, czy chociażby osławionych już Avengersów. Podstawową różnicą jest to, że działa on po tej dobrej stronie pomagając aniołom w naginaniu zasad, których oni nie mogą złamać. Trochę w myśl zasady: gdzie anioł nie może tam Loki pójdzie i zrobi zadymę. Tyle w skrócie o naszym głównym bohaterze.
Książki o Lokim są cztery.
Pierwsza książka zatytułowana po prostu „Kłamca” jest zbiorem opowiadań w mniejszym lub większym stopniu ze sobą powiązanych i co najważniejsze, przy których można się pośmiać. Jest napisany w sposób lekki, a uważni mogą wyłapywać kilka fajnie wykorzystanych nawiązań do popkultury. Dialogi też bywają powalające na kolana. Czasem jednak drażni, to że główny bohater nagle staje się drugoplanowy i nic z tej awantury nie wynika po za kilkoma piórami. Trochę dezorientacji mogą też wprowadzać krótkie opisy miejsc, zdarzeń. Jasne ktoś może powie, że zostało sporo miejsca dla wyobraźni, ale ja się nie zgadzam. Nie wymagam opisu pojedynku na miarę Sienkiewicza, ale powiedzmy sobie szczerze, więcej spodziewałam się po pojedynku Thora z Michałem Archaniołem. Mimo to po pierwszej książce miałam ochotę na więcej i nadzieję na poprawienie przez autora błędów technicznych.
„Kłamca 2: Bóg marnotrawny”. Tu już jest troszkę inaczej. Kolejne opowiadania, bo chyba w dalszym ciągu tak to należy traktować są już ze sobą bardziej powiązane. Łączą je nie tylko postaci, ale historia i całe tło. Loki dalej pozostał naszym bezczelnym draniem, który jak przystało na faceta od brudnej roboty, nie przepuści okazji by oprócz zleconego zadania przyrobić na boku. Robi się troszkę poważniej, ale tylko momentami. No bo jak tu nie parsknąć śmiechem, kiedy wyobrazimy sobie wkurzonego archanioła z piłą mechaniczną w rękach. Znów pojawiają się jednak znajome błędy, ale jest ich mniej, a czasem nieobecność naszego bohatera ma porządne uzasadnienie. Dodatkowym atutem jest miś. Tak właśnie zwykły pluszowy miś, który oprócz nieodpartego uroku działa jak sumienie Lokiego. Potrafi nawet spojrzeć na niego z wyrzutem, po za tym przywiązanie jakby nie patrzeć dorosłego zabijaki do Kłamczucha jest słodkie.
„Kłamca 3: Ochłap sztandaru” rozczarował może nie aż tak bardzo, ale jednak. Tu już mamy spójną opowieść, podzieloną na dwie logiczne części. Mamy nawet króciutki prolog, który na początku wydaje nam się bezsensowny, ale jego tajemnica wyjaśnia się już później. Wracając jednak do samej treści. Loki dostaje za zadanie zabicie Antychrysta, który… No właśnie zniknął. I tu zaczyna się zabawa, bo Kłamca w jego poszukiwaniu przenosi się dosłownie na drugi koniec tęczy do krainy stworzonej przez Szekspira we „Śnie nocy letniej”. Tymczasem Lucyfer zaczyna sobie szaleć… No i tyle. Książka kończy się jakby ktoś czytelnika walnął obuchem w tył głowy. Siedziałam nad ostatnią kartką chwilkę i zadawałam sobie pytanie: Co do cholery? Koniec?. Nie wiem, czy było to spowodowane goniącymi autora terminami i nadmiarem projektów, czy pomyślał sobie, że dobrze jest to podzielić na części i rozwlec. Po za tym miotający się Loki, już nie jest chyba tym samym spryciarzem, którego poznaliśmy wcześniej. Ciągle też odnosi się wrażenie, że ten „tom” jest jakby wstępem do czegoś większego, ale nie wiadomo czego. Generalnie, gdyby nie to, że mam zwyczaj doczytywania całych cykli i nie miała sympatii do Lokiego to rzuciłabym Kłamcą w kąt.
No i wreszcie „Kłamca 4: Kill’em all”. Pomijając fakt, że kazał na siebie długo czekać (na pewno nie tyle ile Grzędowicz na ostatni tom „Pana lodowego ogrodu”, ale jednak), miałam nadzieję, że po kiepskiej trójce Ćwiek odbije się i wyleci z czymś na miarę pierwszych dwóch. Niestety tu też mnie spotkał zawód jeszcze chyba nawet większy niż w przypadku trójki. Wszystko jest na siłę przeładowane odniesieniami do popkultury (nastoletni Lucyfer aż do bólu tweetuje i facebookuje). Z apokalipsy nagle robi się szopka trącąca „Świtem żywych trupów”, bo chaos to nie jest.  Nagle okazuje, że to Bóg pozwolił poużywać sobie Luckowi lub jak kto woli Po Prostu Teddy'emu i wykończyć  świat jaki znamy, bo doszedł do wniosku, że chce dać ludziom naprawdę wolną wolę cokolwiek by to miało znaczyć. Nie powiem, sama koncepcja takiego zakończenia była w założeniu dobra. Trochę takiej obrazoburczości nawet by pasowało do Lokiego, ale wydaje się, że autorowi brakło i pomysłu, i talentu na to by wykorzystać pomysł. No cóż… Całość dosłownie kończy się tak jak kiepskie przedstawienie w teatrze bez braw, skazane na zapomnienie.

Podsumowując:
Kłamca jako cykl jest niezbyt udany, jednak warto sięgnąć po dwie pierwsze książki. Jako osobne, nie łączone z 3 i 4 są warte przeczytania i dobrej zabawy. Ochłap sztandaru i Kill’em all lepiej sobie darujcie, według mnie nie warto psuć sobie pozytywnych wrażeń tymi dwoma pozycjami. Dużym atutem jest sama postać głównego bohatera, który jak na gościa od brudnej roboty i cwaniaka da się lubić. Zbrodnią byłoby też nie wspomnieć o okładce. Wiem, nie powinna ona mieć wpływu na ocenę książki jednak tutaj trzeba, bo Piotr Cieśliński odwalił kawał dobrej roboty. Prosta biała okładka z postacią Lokiego, która doskonale współpracuje z książkowym pierwowzorem przyciąga wzrok i pobudza ciekawość.









źródło ilustracji: http://ksiazki.polter.pl/

piątek, 1 lutego 2013

Biali bogowie



Kupiłam ich już jakiś czas temu razem z Marzeniem Celta Mario Vargasa Llosy w ramach bożonarodzeniowego prezentu dla siebie. Początkowo miał być sam Llosa, ale jak to ze mną bywa po wejściu do księgarni, jak zwykle dostałam małpiego rozumu. No i na jednej książce się nie skończyło.
Na fantastykę i kryminał nie miałam ochoty, bo o to zazwyczaj dba pani w bibliotece więc grzebałam po półkach w poszukiwaniu tak naprawdę niewiadomo czego. No i znalazłam Białych bogów. Nie pierwszy raz mi się obił o uszy ten tytuł i postanowiłam, że to właśnie oni zasilą moją biblioteczkę.
Wydawca z tyłu pisze, że :

„Prowokacyjna, ironiczna i perwersyjna powieść ukazuje barbarzyństwo cywilizowanej dwudziestowiecznej Europy w zderzeniu z rzekomym barbarzyństwem dzikiego plemienia indiańskiego […].”

No cóż… Jest to dość odważny i zaczepny opis, ale po głębszym zastanowieniu muszę przyznać, że inaczej chyba nie da się tej książki określić. Jednak zacznijmy po kolei.
Naszymi bohaterami są Niemcy, którzy uciekają z upadłej Rzeszy po II Wojnie Światowej. Narratorem jest szesnastoletni chłopak Erich Linden, który w swój już nie dziecinny, ale i jeszcze niedojrzały sposób opowiada historię swojej rodziny. Całość zaczyna się na statku do Argentyny - płynie tam razem z matką i młodszym bratem do wuja Klausa, który po śmierci swojego brata (oficera Wermachtu) postanowił ożenić się z wdową po nim.
Opowieść można podzielić na dwie części. Część pierwsza (krótsza) rozgrywająca się na statku. Jest opowieścią o jego rodzinie, relacjach z młodszym bratem. Przeplatana wspomnieniami i planami chłopaka na przyszłość, a w zasadzie tym jak imponować wujowi, który jest lekarzem. I część druga, w której jak w greckiej tragedii wszystko obraca się przeciwko bohaterom. Kłopoty w porcie, katastrofa samolotu, nagłe i brutalne wepchnięcie w rzeczywistość dzikiej przyrody.
Erich z rodziną chronią się w dżungli, o przetrwaniu w której nie mają pojęcia. Dostają coś w rodzaju pomocy ze strony  plemienia Yayomi, które uważa ich za delfiny.  Niespodziewanym wsparciem i źródłem wiedzy staje się dla nich schorowany antropolog, który mieszka z Indianami. Jednak ta pomoc też nie pozwala im na zachowanie wpojonych norm zachowania i powoli zaczynają się budzić w nich szaleństwo, wyrachowanie, brutalność… Całą książkę kończy dramat Zeppiego, po którym wszystko sypie się lawinowo.
Co o niej myślę? Na pewno muszę przynajmniej częściowo się zgodzić z wydawcą. Książka jest prowokacyjna i na pewno perwersyjna, ale czy ironiczna? Owszem w pewien sposób obrazuje ironię cywilizowanego człowieka postawionego w ekstremalnych warunkach i zderzającego się z obcą kulturą.  Bez elektryczności i innych udogodnień nie daje sobie rady. Jednak przeraża mnie dosłowna brutalność niektórych opisów. Wyrachowanie nastoletniego Ericha, którego wrzucono z jednej skrajności w drugą i jego pragmatyczne podejście do kobiet, miłości, życia jako takiego, też nie pozwala na dobry odbiór książki. Jest raczej strasznie irytujące. Nic nie jest tam proste, ani czarnobiałe, a cywilizacja może okazać się o wiele bardziej prymitywna niż dzikie plemię. Z każdą kolejną stroną spotykamy się z narastającym szaleństwem, chaosem. Pomysł autora jest dobry i nietypowy, zwłaszcza osadzenie powieści w czasie tuż po upadku III Rzeszy, ale na tym chyba się kończy.
Nie jest to może najprzyjemniejsza i najłatwiejsza z książek, które dane było mi przeczytać. Wiem też, że na pewno do niej nie wrócę. Lubię książki, w których analizie poddawana jest ludzka psychika, ale dla mnie Biali bogowie to za dużo. Zbyt ekstremalna.
Warto także dodać, że książka dużo straciła też na tłumaczeniu. Już sam tytuł nie jest trafnie dobrany. Bardziej adekwatny wydaje mi się angielski The dolphin people. Język jakim jest napisana sprawia wrażenie zbyt infantylnego nawet jak na rozwydrzonego nastolatka. Często odnoszę też wrażenie, że niektóre fragmenty są tłumaczone zbyt dosłownie. Czy przetłumaczyłabym to lepiej? Pewnie nie, ale tu niczego to już nie zmieni.